About Massimiliano Pironti, two grandmas, cold hands and roasted tomato soup

above / powyżej: Massimiliano Pironti “QUO VADIS”, BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019


pl

Passionately I read my grandmother’s recipe notebook. Every time I do this with great love, sentimentality and never changing interest, because always I discover something new. Today, for example, I have found recipes by my two great grandmothers there! So I continue studying stained pages, I smell old paper and it’s reminding me of my grandma’s modest kitchen, where she kept plastic and paper bags (separately) in a drawer to use them again and where she kept a special plate for breadcrumbs. She used to cut old bread crusts into tiny pieces, mixed with breadcrumbs and give it to turtledoves, which visited her every day at the same time (wood pigeons weren’t welcome). She cooked just a few very simple dishes without any imagination or ambition, however in her recipe notebook there are recipes for meringues, soufflés and even macaroons! It seems that my grandma was fascinated by different cultural cuisines, by recipes in themselves, but her repertoire wasn’t the best one, not so interesting and the worst thing – it was repeated, repeated and repeated.

In London’s National Portrait Gallery there is now (until 20th October this year*) the exhibition “BP Portrait Award 2019” where, among many great paintings, there is a portrait of 95 year old Italian lady Vincenza, painted by her grandson Massimiliano Pironti. Vincenza is sitting in her kitchen, warming her hands on red hot-water bottle – “Quo vadis?”.

Massimiliano-Pironti-QUO-VADIS-detail-1-photo-by-Serafin-2019
Massimiliano Pironti “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019

 

Massimiliano-Pironti-QUO-VADIS-detail-photo-by-Serafin-2019
Massimiliano Pironti “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019

I’m sitting with my always cold hands (after my grandma), thinking about kitchens where some rituals repeat irrespective of its location. I’m thinking what my Grandma used to prepare – the best yeast cake (always dense in the middle instead of being fluffy), a goulash stewed in a pot with broken handles, so she used to burn her hands. I’m thinking about Vincenza and sunny Italy, not having a clue what she cooks, or what she prepares when Massimiliano visits her. I’m thinking about what soothes souls and what gives warmth to bodies, especially in Southern Europe. Suddenly I know!  – Tomatoes warmed by the sun! Roasted tomatoes and soup made from them! I imagine Vincenza eating it and warming her hands with the hot bowl (the same as my Grandma would do, and me too).

Does Vincenza like tomato soup?

Does she make tomato soup?

Is it from her own tomatoes?

Does she have a garden?

I don’t know. Unfortunately I don’t know Vincenza. I only know her from the painting and the short video “Portrait Of An Artist (The stories of the artists who won the BP Portrait Award and their sitters)” made by BBC Reel

Cordiali saluti cara Vincenza! Cordiali saluti!

Roasted-Tomato-Soup-by-Cuisine-And-Art-2019

ROASTED TOMATO SOUP

2 kg tomatoes
good splash of olive oil
1 big onion
salt, pepper
rosemary (preferably fresh)

Cut the tomatoes and the peeled onion into the pieces. Place them on a baking tray or any baking dish you like. Season with salt and pepper, add rosemary, pour over some olive oil. Put into a preheated to 180°C oven and bake for about 1 hour, until everything will be soft and the tomatoes edges a little caramelized. Push it through a mesh strainer to get rid of seeds, skins and rosemary. Season it well, add some water if needed – you should obtain 1-1.5 l of soup.

Devour this liquid heaven. Warm hands with hot bowl. Think about those ones who showed their love through cooking“.

* “BP Portrait Award 2019” exhibition will tour to Scottish National Portrait Gallery in Edinburgh (7 Dec 2019 – 22 Mar 2020) and Ulster Museum, Belfast (Mar – Jun 2020).


MASSIMILIANO PIRONTI, 2 BABCIE, ZMARZNIĘTE DŁONIE I ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW

Czytam przepisy Babci. Namiętnie. Z ogromną miłością, sentymentem i z niezmieniającym się zainteresowaniem, bo zawsze znajduję coś nowego. Dziś odkryłam przepisy dwóch prababć na przykład. Studiuję więc poplamione kartki, wącham stary papier, przypominam sobie Jej skromną zimną kuchnię, gdzie w szufladzie chowała torebki (osobno plastikowe, osobno papierowe) do ponownego użytku i gdzie na kredensie stał zawsze ten sam talerzyk na okruszki. Kroiła każdego dnia o tej samej porze skórki chleba w drobną kosteczkę i karmiła przylatujące na parapet synogarlice (miejskie gołębie nie były mile widziane!). Gotowała skromnie i bez polotu, choć w przepisach nie brak bez, sufletów czy makaroników! Widać Babcię fascynowały przepisy same w sobie, ale w swojej kuchni repertuar był bardzo skromny, nie najlepiej wykonany i powtarzający się.

W londyńskiej National Portrait Gallery do 20. października trwa wystawa „BP Portrait Award 2019*”, na której wśród wielu świetnych obrazów znajduje się portret 95-letniej włoskiej staruszki o imieniu Vincenza, siedzącej w swojej kuchni i grzejącej dłonie, namalowanej przez wnuka Massimiliana Pironti’ego – “Quo vadis?

 

 

I ja siedzę, grzeję dłonie zawsze zmarznięte (to po Babci). Myślę o kuchniach i rytuałach w nich powtarzających się bez względu na to, gdzie dana kuchnia się znajduje. Myślę o tym, co gotowała moja Babcia – najlepszą na świecie drożdżówkę z zakalcem (zawsze z zakalcem), gulasz w garnuszku z obłamanymi uszkami (Babcia parzyła dłonie, próbując opanować nimi gorące naczynie). Myślę o Vincenzie i słonecznej Italii, nie wiedząc co gotuje, nie mając pojęcia czym raczy wnuka Massimiliana, kiedy ten Ją odwiedza. Myślę o słońcu. O cieple – fizycznym i psychicznym. O tym, co koi dusze i rozgrzewa ciała, szczególnie na południu Europy. I już wiem! – Ciepłe od słońca pomidory! Pieczone! I zrobiona z nich zupa! Vincenza z pewnością, jak i ja sama z Babcią, ogrzałaby chłodne dłonie na wypełnionej nią misce. Czy włoska babcia lubi pomidorówkę? Robi ją sama? Z własnych pomidorów? Czy ma ogródek?

Nie mam pojęcia. Niestety Vincenzę znam jedynie z Jej niesamowitego portretu i krótkiego filmiku o artystach i ich modelach, zrobionego przez BBC Reel, który można obejrzeć tutaj.

ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW
2 kg pomidorów
oliwa z oliwek
1 duża cebula
sól
pieprz
rozmaryn (najlepiej świeży prosto z krzaczka)

Pomidory i cebulę kroimy, przekładamy do wybranej formy lub blachy do pieczenia. Solimy, pieprzymy, dodajemy rozmaryn, polewamy oliwą z oliwek. Wstawiamy do rozgrzanego do 180°C piekarnika. Pieczemy około godziny – pomidory muszą być bardzo miękkie, nieco przypieczone przy brzegach. Przecieramy przez sito, doprawiamy, jeśli konieczne, lub dodajemy wody, jeśli zupa jest za gęsta (z tej ilości powinno być około 1-1,5 litra zupy). Pochłaniamy to płynne słońce na talerzu, ogrzewamy łapki, myślimy o tych wszystkich, którzy nas karmiąc pokazywali, że nas kochają.

Massimiliano-Pironti-with-his-painting-QUO-VADIS-photo-by-Serafin-2019
Massimiliano Pironti  & “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019
* Wystawa “BP Portrait Award 2019” po Londynie będzie prezentowana w Scottish National Portrait Gallery w Edynburgu (7/12/2019-22/03/2020) oraz w Ulster Museum w Belfaście (marzec-czerwiec 2020).
eng

 

About Bounties and Toulouse-Lautrec’s Spanish Soup

pl

 

Jean-Claude – The Best Gardener In The Village came one morning with a wooden box of goods  – the crinkly carrots, the biggest ever onions (650 g each one!) and a turnip. A great start for making soup, especially when the weather doesn’t spoil anyone, it’s cold and wet. I took “The Art of Cuisine” cookbook and I read once again every recipe for soup. According to Toulouse-Lautrec and Joyant you always need to have a carrot and a turnip. In Polish cuisine every soup has to have an onion, carrot, parsnip and celeriac, but never a turnip. We are not big lovers of this veg and I have to admit – it is not one of my favorites either! But bounty is bounty and I had to use it.

Writing my two last posts about Spain (1st post and 2nd post) and having Gastrofestival Madrid still going on (until the end of this week) I chose a recipe for the Spanish Soup, which is so beautifully written, that I have no choice but to present it to you in its original form. I have no idea if this soup has any Spanish roots or the French just named it that. It’s great for winter time and according to Henri very healthy too.

www-bounty-nr1-byserafin
BOUNTY #1 / DAR #1 by Serafin 2017
www-bounty-nr2-byserafin
BOUNTY #2 / DAR #2 by Serafin 2017

SPANISH SOUP by Henri Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant

“For a liter of consommé: put four liters of cold water in a stewpot made of earthenware, some salt, two spoons of lentils, a spoon of split peas, and a spoon of white haricot beans.
When the water boils, add a large leek cut in pieces, a hundred grams of carrots and a hundred grams of thinly sliced turnips, half a stick of celery, a piece of thistle, parsnip, and a lettuce cut in pieces.
Let it boil without a lid; then, with a lid; let it reduce on a low fire until one liter of consommé remains from the four liters of water.
Strain and serve hot.
This soup is excellent for intestinal inflammation and diarrhea and has the same properties as milk.
If one wants to eat it, without being ill, add pepper, salt, and a
binding of butter with egg yolk and fried croutons.”



DARY I HISZPAŃSKA ZUPA TOULOUSE-LAUTREC’a

Jean-Claude – Najlepszy Z Ogrodników zawitał ostatnio ze skrzynką dóbr – powykrzywiane urocze marchewki, największe z cebul (650 g każda!), piękna dorodna rzepa, której jednak miłością nigdy nie darzyłam ani nadal nie darzę. Dary jednak darami są i trzeba je dobrze wykorzystać! A że zimno, mokro i buro za oknem, a że dwa ostatnie posty o Hiszpanii były (ten i ten tutaj), a że Gastrofestival Madrid trwa jeszcze do końca tygodnia, postanowiłam ugotować Hiszpańską Zupę Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a. Czy ona hiszpańska czy jedynie tak przez Francuzów nazwana – sprawa to mało istotna. Istotny jest urok przepisu samego w sobie, który powyżej cytuję po angielsku, a poniżej samodzielnie, mniej lub bardziej zgrabnie, tłumaczę. Proszę zwrócić szczególną uwagę na porady zdrowotne Henryka oraz na budowę receptury, czyli brak wyszczególnionych składników, co moim zdaniem nie ułatwia jednak gotowania.


HISZPAŃSKA ZUPA (przepis org. Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a)

“Na litr consommé*: wlej cztery litry zimnej wody do glinianego naczynia na zupę, odrobinę soli, dwie łyżki soczewicy, łyżkę grochu łuskanego i łyżkę białej fasoli. Gotuj pod przykryciem, potem bez, na niewielkim ogniu, aż płyn zredukuje się do jednego litra consommé.
Odcedź i podawaj gorące.
Zupa ta jest wyjątkowo dobra na problemy jelitowe, biegunkę. Ma takie same właściwości jak mleko.
Jeśli osoba zdrowa chciałaby ją jeść, dodaj pieprzu, soli, mieszanki masła i żółtka oraz małe grzaneczki.”

*Consommé – klarowny bulion, przygotowany w odpowiedni sposób.
Ze względu na sposób przyrządzania consommé, osobiście nie użyłabym tutaj tej nazwy, ale zastąpiłabym ją „wywarem” lub „bulionem”, w przepisie jednak użyto tego wyrazu.

eng

 

About onion and garlic soup, mountains and Damien Hirst

pl

 

What does Damien Hirst have in common with onion and garlic soup and mountains? Onions of course, onions! Two thousand to be precise.

Damien Hirst And Then There Were Four A Famous Musketeer 2002
Damien Hirst, And Then There Were Four A Famous Musketeer, 2002, *limited edition of 2000, photo from www.mutualart.com

When travelling by car many times I press the “info” button on the sat nav screen and I observe at what altitude I am. One place is lower. Another is higher. It is something to do during my trips around the Midi-Pyrénées. That’s why I know that I live at 500m above sea level. Or something like that. Far, far too low for following this recipe:

ONION AND GARLIC SOUP
by Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant, “The Art of Cuisine”

“In a large earthenware soup pot put about eight pounds of good butter and brown a good dozen large onions chopped fine and as many cloves of garlic.

Stir continuously with a wooden spoon while adding as much good wheat flour as the butter can absorb.

Salt and pepper strongly; continue to work this mixture as long as possible since it must become a paste. Turn this paste into a pot or into a tinned box with a tight cover and let it get cold.

With this preparation one can, in the high mountains, make about thirty soups, allowing a large spoon of the mixture per hunter.

Pour the spoonfuls into a marmite in which there is boiling water from the glaciers or from the snow; let it boil a few minutes, then soak the bread, previously toasted in front of the fire.

This soup is made to carry when hunters keep to the mountains for a fortnight or so, and in the evening to fortify people in a state of exhaustion, who are no longer hungry but only thirsty, and who sleep out of doors at altitudes of three thousand meters.”

THREE THOUSAND he said! Bloody THREE! And I’m only at 500 meters! Worse, I can’t even see anything 3000 high around me! OK, let’s say that 500 meters is fine. Glaciers? Snow? Nope. The coldest place is a freezer, but being a big one it allows me (I suppose) to say that it is ok. Is it? And I’m not a hunter but when there is hunting season here I can hear shots all day long and I avoid walking into the forest in fear of being mistaken for a deer or a wild boar.

So in these circumstances I decided that I could make this soup. And I made it, eating so quickly that there was no time to make a picture (no proof then I’m afraid).

P.S. Last month Damien Hirst opened his new restaurant “Pharmacy 2” in south London with chef and restaurateur Mark Hix.

hirst-pharmacy-restaurant-2
Pharmacy 2 from www.pharmacyrestaurant.com

P.S. 2. In 2013 I painted “This is not for Mr Hirst”.

serafin-this-is-not-for-mr-
Serafin 2013, This is not for Mr Hirst, acrylic on canvas


ZUPA CEBULOWO-CZOSNKOWA, DAMIEN HIRST I GÓRY

Co ma wspólnego Damien Hirst z zupą cebulowo-czosnkową i górami? Cebule oczywiście, cebule! Dwa tysiące*, żeby być precyzyjnym.

Podróżując autem wynajduję różnego typu atrakcje, by droga szybciej mijała. Jedną z nich jest obserwowanie na jakiej wysokości nad poziomem morza się w danym momencie znajduję. Zgaduj zgadula z współtowarzyszami podróży. Tu niżej. Tam wyżej. Dzięki niewielkiemu przyciskowi „info” nawigacji satelitarnej wiem więc dokładnie, iż mieszkam 500 m.n.p.m. Mniej więcej, zależy w którym pomieszczeniu przebywam. W każdym razie jest to za nisko, o wiele za nisko, bym mogła ugotować zupę cebulowo-czosnkową według przepisu Toulouse-Lautrec’a:

ZUPA CEBULOWO-CZOSNKOWA
Toulouse-Lautrec i Maurice Joyant „The Art of Cuisine”
(w wolnym tłumaczeniu własnym)

“W dużym glinianym garnku na zupę umieścić około ośmiu funtów dobrego masła i zbrązowić dobry tuzin drobno posiekanych dużych cebul i tyle samo ząbków czosnku. Mieszać nieustająco drewnianą łyżką, dodając tyle mąki pszennej ile wchłonie masło. Posolić i popieprzyć. Cały czas mieszać do uzyskania gęstej pasty. Gdy pasta będzie gotowa przełożyć ją do pojemniczka lub puszki, zamknąć szczelnie i poczekać do ostygnięcia.

Wysoko hen w górach z takiej puszki można przygotować około 30 porcji dla zgłodniałych myśliwych, po sporej chochli dla każdego. Wystarczy włożyć kilka łyżek wcześniej przygotowanej pasty do gotującej się wody (z lodowca lub rozpuszczonego śniegu), pogotować kilka minut i zanużyć wcześniej przypieczony nad ogniem chleb.

Ta zupa dodaje sił wycieńczonym myśliwym, którzy już nawet nie są głodni, lecz jedynie spragnieni. Którzy od dwóch tygodni spią na dworze w wysokich górach, trzy tysiące metrów nad poziomem morza.”

TRZY TYSIĄCE?! Przeklęte TRZY! Przebywam/ mieszkam/znajduję się na jedynie 500 metrach! Gorzej, nie mogę nawet dostrzeć żadnego trzytysięcznika! Dobrze, może więc jednak 500 metrów wystarczy? Wystarczy! Lodowce? Śnieg? Nic z tego! Aktualnie najzimniejszym miejscem w okolicy jest zamrażarka, ale ponieważ jest bardzo duża to może jednak wystarczy? Przyznaję się też od razu – żadnen ze mnie myśliwy! Ale podczas sezonu myśliwskiego myśliwymi otoczona jestem tak szczelnie, że boję się wychodzić do lasu, by nie zostać pomyloną z jeleniem lub dzikiem… W tych więc okolicznościach doszłam do wniosku, że zupę ugotować mogę. Ba, nawet powinnam. I wzmocnić siły.

Strawa okazała się tak dobra, że zniknęła szybciej niż zrobiłam zdjęcia. Brak więc dowodów, iż w ogóle istniała 😉

P.S. Damien Hirst oraz szef i restaurator Mark Hix otworzyli w ostatnim miesiącu w południowym Londynie restaurację “Pharmacy 2”.
P.S.2. W 2013 namalowałam obraz “This is not for Mr Hirst” /”To nie jest dla Pana Hirst’a/.

eng

 

About Anish Kapoor and Yellow Gazpacho

pl

 

The autumn is coming and there is no hope until next year for hot sunny days. I just wrote my last post about summer in Catalonia, but now I can see – it was reminiscences of long warm days and short nights under the stars. Anyway, now I can enjoy my veg garden, neighbours’ gardens, the fields and forests around – this is a harvesting time. Busy, very busy. Squash, pumpkins, courgettes, tomatoes, peppers, chillis, chard, parsley, basil, beetroots and potatoes in my own small veg garden. Apples, pears, plums, figs and walnuts. Thank God the season for pears and plums has finished, but we’ve started to have plenty of mushrooms instead. And it seems that in my village no one wants any of these goods! Even for a short evening walk around the centre of the village I have to take at least one basket. But normally I take a basket and few bags. Plus someone to carry all those kilos. Then the job in the kitchen starts. And it spreads into the whole house. In every room there are gigantic mountains of walnuts drying. Mushrooms. Cardboard boxes, plenty of empty jars. The sink where I soak jars to remove the labels (This is an obsession I took from my mum – no product labels on jars with our jams and preserves! Only our own.) Oven working almost constantly. Second freezer on.

Every autumn the same. Do not forget – I’m Polish, I was born during communism and in those days we had only vinegar in the shops. My grandmother and my mum they had to do their own jams, compotes, syrups. They cooked beetroots, beans. They pickled veg. I remember our bath full of shredded cabbage, because my parents were making sauerkraut. I grew up with the habit of making preserves and being happy counting ready made jars and then staring at them.

Besides making preserves like a mad person I make quite a lot of soups. Almost every dinner there is a soup. And I was thinking – how could I smuggle a soup into my culinary-artistic blog? Even the greatest soup in the word is still only a soup. It gives you warmth and energy, that’s all. There is no excitement there – I thought.

Not so long ago I came back from a beautiful, stunning, staggering, bewildering, magical, addictive, astonishing city, which absolutely hypnotized me and in which I totally fell in love – Istanbul. Every day I’m thinking about Istanbul and it has become a little obsessive to be honest with you. Then suddenly I found IT – I found the connection and the excitement to my soup-story. “Ladies, gentlemen and children…” (as they say on Turkish Airlines) With the biggest pleasure I would like to present to you Anish Kapoor’s few cubic meters of fiberglass – Yellow!

anish kapoor istanbulda
Anish Kapoor, Yellow, photo from Anish Kapoor Istanbulda, Sakıp Sabancı Museum, Istanbul

The Indian born British contemporary artist. One of the greatest sculptors of our time. In 2013-2014 had his first major exhibition in Turkey, in Istanbul’s Sakıp Sabancı Museum. The exhibition was curated by Sir Norman Rosenthal and was sponsored by a private bank, which shows how good banks can be … but unfortunately it doesn’t happen often. Kapoor showed some of his iconic works there, including Yellow (above) and Sky Mirror. Once more time he proved that bringing together sculpture, painting, technology and architecture is possible. Many years before in an interview (Art Monthly, May 1990) he said:

““I think I am a painter who is a sculptor… For me the two things have somehow come together, so that I am making physical things that are all about somewhere else, about illusory space.”

Here you can see the construction of Yellow, a short video from www.anishkapooristanbulda.com, which gives some idea of this huge project:

And if you are interested in Kapoor’s art there are 2 exhibitions in France to visit:

First one titled “Anish Kapoor chez Le Corbusier” is in the La Tourette Convent (the last major work of Le Corbusier in France) and is a part of Biennale 2015 of Lyon. The exhibition is open until 3rd January 2016. You can find more information here (unfortunately not everything is translated into English, so perhaps you will have to learn French) www.couventdelatourette.fr.

The second exhibition is in the Palace of Versailles (until 1st Nov, so you have to hurry up) www.chateauversailles.fr.

So now you can go to the kitchen and prepare this Yellow Gazpacho, made from roasted yellow cherry tomatoes:

2015-10-09-yellow-soup-changed
Ceramic by Leo Savy (Merci beaucoup!)

YELLOW GAZPACHO*

– 1 kg yellow cherry tomatoes
– olive oil
– 2 fresh rosemary stalks
– 1-2 cloves of garlic
– 1 small potato
– salt
– turmeric

Heat the oven to 180°C. Put whole tomatoes, potato with skin and rosemary in to a baking tray. Salt, drizzle with olive oil. Roast about 40-50 minutes until they start to caramelize nicely. Let them cool. Take a sieve and push them through it. Add crushed garlic, turmeric and blend all until very very smooth and silky (silkiness is increased by the addition of the potato). Add some water or coconut milk if needed, the soup has to have the consistency of sour cream. Taste, add salt if needed, blend it once more. Put into a fridge. Before serving drizzle with olive oil.

Of course you can eat it warm, but in this case do not call it gazpacho!

*gazpacho – Spanish cold soup made from raw veg, usually tomatoes



ANISH KAPOOR I ŻÓŁTE GAZPACHO

Jesień idzie. I nie ma na to rady. Przed chwilą prawie pisałam post o słonecznym lecie na wybrzeżu Katalonii, a tu proszę – widzę, że to jedynie tęsknota była, wspomnienie długich upalnych dni i krótkich uroczych nocy. Teraz rozkoszować się muszę nie morzem i plażą, a ogrodem, zbiorami, lasami, polami. Ciężką tyrą rolnika, zbieracza, podkuchennej i kucharza. Czas przetworów. Czas owocny przygotowań na długą ciemną zimę. Na brak roboty nie mogę narzekać. W tym roku obrodziły wyjątkowo wszystkie dyniowate i burakowate. Poza tym pomidory, papryki, ziemniaki. Pietruszka. Gruszki, śliwki i figi (uff, już się skończyły) u sąsiadów. Jabłka wszędzie, gdzie się tylko da. Grzyby. Orzechy. I ja sama z dwoma rękoma jedynie. OK, czasem są jeszcze dwie ręce do tachania kilogramów jabłek ze spacerów i do wykopek. W każdym razie spokojnie to teraz z domu wyjść nie można. A już na pewno nie można bez kosza, bez noża. Siatki jednej lub jeszcze kilku wymiętolonych w kieszeniach dziurawych spodni roboczych. Wystarczy dziesięć minut wokół kościoła i cmentarza, żeby mieć robotę na wieczór! A w domu? W domu piętrzą się stosy suszących się gigantycznych orzechów. Wszędzie siatki z grzybami rozłożone. Pudła ze słoikami. Zlew wiecznie wypełniony po brzegi, bo przecież muszę odmoczyć sklepowe etykietki, by zrobić miejsce na własne (czynność odziedziczona po Rodzicielce). Piekarnik pracujący prawie na okrągło. Druga zamrażalka włączona. Śmiem twierdzić jednak, iż większość mego pokolenia w Polsce prowadzi podobny żywot w spadku po dzieciństwie w komunistycznych czasach. Tyle, że wtedy jeszcze rodzice szatkowali kapustę w wannie! Ja tego nie robię (jeszcze?)!

Poza masową produkcją przetworów, która niebawem doprowadzi mnie do szaleństwa, zajęłam się zupami, które stały się po prostu kolacjami. Każdego dnia inna zupa. Każdego wieczoru miska. W sumie nic ciekawego. Cóż ja bym o zupie napisać mogła? Jak mogłabym ją przekabacić tutaj? Wciągnąć wybraną do artystycznego świata? W zupach nie ma przecież nic intrygującego. Żadnego ekscytującego momentu. Ot energia dla ciała. Paliwo. Tak rozmyślałam.

Nie tak dawno temu wróciłam z przepięknego, cudownego, oczarowującego, magicznego, hipnotyzującego miejsca, w którym zakochałam się obłędnie i które staje się chyba moją obsesją. Istanbuł, bo o nim mowa, nagle stał się łącznikiem mego myślenia, sztuki i gotowania. W końcu zupełnie niespodziewanie odnalazłam TO – miejsce dla zupy w sztuce! „Panie, panowie, drogie dzieci…” (jak mawiają na pokładach linii lotniczych Turkish Airlines). Z największą przyjemnością pragnę przedstawić kilka dobrych metrów sześciennych włókna szklanego! Oto Yellow!

Autorem “Żółtego” (ang. yellow) jest Anish Kapoor, urodzony w Bombaju, a od lat siedemdziesiątych mieszkający w Wielkiej Brytanii, artysta. Jeden z największych współczesnych rzeźbiarzy. Na przełomie 2013 i 2014 roku miał zorganizowaną wystawę w Istanbule w Sakıp Sabancı Museum. Kuratorem był niejaki Sir Norman Rosenthal, a sponsorem jeden z prywatnych banków, co pokazuje, iż bank dobrym być potrafi, choć niestety zazwyczaj takim nie bywa. Kapoor przedstawił jedne z najsłynniejszych prac – Sky Mirror i Yellow (zdjęcie powyżej w tekście po angielsku). Raz jeszcze udowodnił, iż połączenie różnych światów jest całkowicie możliwe. Rzeźba, malarstwo, architektura z technologią i inżynierią dla artysty współgrają wyjątkowo harmonijnie, tworząc niesamowite dzieła. Lata wcześniej on sam w jednym z wywiadów (Art Monthly, maj 1990) powiedział:

„Myślę, że jestem malarzem, który jest rzeźbiarzem… Dla mnie te dwie rzeczy w jakiś sposób łączą się…”

Również powyżej możesz zobaczyć krótkie video o produkcji „Yellow”. Dzięki niemu można zacząć sobie zdawać sprawę z ogromu tegoż projektu. A jeśli lubisz twórczość Kapoora i wybierasz się akurat do Francji, to aktualnie można obejrzeć dwie jego wystawy:

Pierwsza ma miejsce w klasztorze La Tourette niedaleko Lyonu, zatytułowana jest „Anish Kapoor u Le Corbusiera” i stanowi część Biennale 2015 W Lyonie. Otwarta jest do 3. stycznia 2016 roku. Więcej informacji można znaleźć tutaj (niestety wersja angielska nie jest kompletna i jeśli nie mówisz po francusku, to chyba będziesz się go musiał nauczyć): www.couventdelatourette.fr
Druga wystawa obywa się w Wersalu i trwa do 1. listopada, więc trzeba się bardzo spieszyć (tanie linie lotnicze latają z wielu miast Polski do Paryża): www.chateauversailles.fr.

A teraz czas udać się w końcu do kuchni i wyczarować:

ŻÓŁTE GAZPACHO* Z PIECZONYCH POMIDORKÓW CHERRY zainspirowane Anish’em Kapoor’em


– 1 kg żółtych pomidorków cherry
– oliwa z oliwek
– 2 gałązki świeżego rozmarynu
– 1-2 ząbki czosnku
– 1 mały ziemniak
– sól
– pieprz
– kurkuma


Rozgrzej piekarnik do 180°C. Wsyp pomidory, pokrojonego ziemniaka (ze skórką) na blachę do pieczenia. Posól. Skrop oliwą. Piecz 40-50 minut, aż pomidory zaczną się powoli karmelizować, ale nadal będą pełne soków. Ostudź. Przetrzyj przez sito. Dodaj zmiażdżony czosnek. Zmiksuj. Posmakuj. Dopraw solą, jeśli konieczne. Dodaj wody lub mleka kokosowego, jeśli zupa jest zbyt gęsta (powinna mieć konsystencję śmietany). Zmisuj raz jeszcze do gładkości i aksamitności (uzyskanej między innymi dzięki dodaniu ziemniaka). Wstaw do lodówki. Przed podaniem skrop oliwą z oliwek.

Oczywiście możesz jeść tę zupę na gorąco, nie nazywaj jej jednak wtedy Żółtym Gazpacho, lecz po prostu Żółtą Zupą!

*gazpacho – zimna hiszpańska zupa z surowych warzyw, najczęściej pomidorów

eng

 

About being different (soup)

pl

 

This is a story about a soup with Indian origins. There are thousands of recipes for it. Millions! Trillions even! Never ending numbers! Every hostess has one a little different. Every chef has made his own few changes. Every mulligatawny soup is different and this is what I love about it!

This is my second version of this soup. The first you can find here.

My cuisine depends on two things: my garden and what I have in my fridge and larder. I really really don’t like to follow recipes, I love them to read (my obsession is buying cookbooks), I love them to inspire me. But often I don’t have this or that ingredient, so I need to take this and change it for that. I don’t have that, so I have to replace it with this. And so on and so on. Sometimes at the end of the day the final dish doesn’t resemble the original recipe. And this is the most beautiful part of cooking for me!

The first mulligatawny soup I made was for Henri’s 150th birthday in La Menuiserie. Knowing that there would be one vegan lady there, I didn’t use chicken, which is in Henri’s recipe. According to the book there are only a few ingredients, generally potatoes and onions, plus curry powder. With chicken of course, which I didn’t use that day. So it was really a basic soup, warm and cozy. I blended it to be a cream-soup and it worked great.

Today in the fridge I found some Christmas’s leftovers – tender pieces of turkey with stuffing. I hate to throw away any food, I try to use absolutely everything. I prefer to have an almost empty fridge rather than one full with food which I know will be not used. After adding turkey, I decided to add a few more ingredients to make this soup even richer.

mulligatawny-soup-www

MULLIGATAWNY SOUP NR2 WITH YOGHURT AND BLACK PEPPER
(inspired by Toulouse-Lautrec and Joyant)

– chicken stock/turkey stock/any stock (I used gravy from Christmas plus water)
– water
– 1/2kg potatoes
– 1 big onions
– 1 carrot
– 1 red chili
– 2 large tbs curry powder
– 2 bay leaves
– 1 large tbs of tomato paste
– yoghurt
– black pepper
– olive oil

Put the pan on the fire, add some olive oil. When it is hot put in the bay leaves and curry powder. Mix it. Add peeled and finely chopped onions, carrot, chili and potatoes. Mix them with the olive oil and curry powder. Add the stock, water if needed, and the tomato paste. Put on a small flame and let it cook gently. When the veg is cooked, taste it (always always taste everything that you cook!), add salt if needed. Before serving throw in the small pieces of turkey.

Serve with a dollop of good quality yoghurt and freshly ground black pepper. Enjoy and create your own mulligatawny soup!



O BYCIU INNYM LUB INNĄ (ZUPĄ)

Przepis na zupę mulligatawny ma korzenie indyjskie. Tysiące korzeni. Miliony. Czy tryliony nawet. Każda szanująca się pani domu ma własną sekretną recepturę, różniącą się od jej bliżej lub dalszej sąsiadki. Mój przepis (jest to przepis nr2, nr1 znajduje się tutaj) oparty jest na kilku ograniczeniach, z którymi związane jest moje gotowanie.

Mimo uzależnienia od książek kucharskich i kupowania wciąż nowych, nie jestem w stanie śledzić jota w jotę zawartych w nich przepisów. Muszę, po prostu muszę zmienić przynajmniej jedną rzecz, jeszcze lepiej kilka. A najlepiej potraktować po prostu przepis jako materiał wyjściowy, inspirację jedynie. Mieszkam na wsi, daleko od sklepu, i mam własny ogród warzywny. Jesienią robię kilkaset słoików przetworów. I to te produkty są moją bazą kuchenną. Jestem więc wyjątkowo elastyczna w zamienianiu składników. Nie mam tego, ale mam tamto. Brakuje mi czegoś, ale w ogrodzie znajduję coś innego. Projektuję moje gotowanie na miarę, jak krawiec projektuje suknię. Zdarza się więc, iż finalne danie, przygotowane przeze mnie, w najmniejszym nawet stopniu nie przypomina swego źródła (przepisu).

Pierwszy raz zupę mulligatawny zrobiłam na 150. urodziny Toulouse-Lautec’a, na przyjęcie w La Menuiserie. Wiedząc, że będzie tam pewna dama-weganka, odrzuciłam henrykowego z przepisu kurczaka i oparłam całość potrawy na ziemniakach, cebuli oraz curry. Zupa była prosta, zgrzebna i znakomita! (można ją znaleźć tutaj)

Dzisiaj jednak żadnej weganki wokół mnie nie było, ani nawet wegetarianina. Były natomiast resztki świąteczne w lodówce, w rolę których wcielił się nadziewany indyk. A że nie wyrzucam jedzenia, to i o resztki zadbać postanowiłam. Skoro już indycze skrawki miały się pojawić, pole do popisu stawało się większe i większe. Dodawanie składników rozpocząć mogłam! A to napatoczyła się samotna papryczka chili. A to resztka przecieru pomidorowego w szafce na dnie odnaleziona. A to marchewka schowana wśród ziemniaków. Doskonała okazja! Wyborna!

ZUPA MULLIGATAWNY NR2 Z JOGURTEM I CZARNYM PIEPRZEM (inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)
– bulion kurzy/indyczy/jakikolwiek
(ja użyłam resztki sosu z pieczonego świątecznego indyka, wymieszanego z wodą)
– 1/2kg ziemniaków
1 duża cebula
– 1 marchew
– 1 mała papryczka chili
– 2 łyżki curry
– 2 liście laurowe
– 1 duża łyżka przecieru pomidorowego
– jogurt
– pieprz
– oliwa z oliwek

Do gorącego garnka wlać niewielką ilość oliwy z oliwek, wrzucić liście laurowe i curry. Podsmażyć krótką chwilę do momentu uwolnienia aromatów. Pomieszać. Dodać obraną, pokrojoną cebulę, marchewkę, chili i ziemniaki. Wlać bulion, jeśli to potrzebne – dolać wody. Gotować na małym ogniu. Kiedy warzywa będą miękkie, spróbować (zawsze, zawsze próbować!), doprawić, jeśli trzeba. Zupę podawać z jogurtem i świeżo zmielonym pieprzem.

Ja swoją zaserwowałam z resztkami indyka. Wy możecie podać z kurczakiem, smażoną cukinią, prażonymi pestkami dyni, czy czymkolwiek na co macie ochotę! Bądźcie kreatywni! Stwórzcie własną niepowtarzalną wersję mulligatawny!

eng

 

About 3 artists, 5 pixies and 1 soup

pl

 

Henri Toulouse-Lautrec loved to invite guests to his dinners. Normally he preferred to invite no more than 8 guests. Then he could easily not only cook, serve, talk, laugh, eat, drink, drink, drink and one more time – drink. He could draw them, he could make some sketches. All at once, he could have everything he wanted, everything he dreamed about.

soup-for-5-pixes-tri-700
Jeff Midghall, untitled diptych

SOUP FOR 5 PIXIES (Mulligatawny soup nr1)
(inspired by Toulouse-Lautrec and Joyant)

– 1 kg potatoes,
– 1 kg onions,
– 50 g of butter,
– olive oil,
– chicken stock,
– 3 bay leaves,
– 4 tbs. of curry powder,
– salt – if needed.

Put into a saucepan, olive oil and butter. Add bay leaves, then curry powder. Chop the onions finely and let them cook until they are a beautiful golden colour. Add sliced potatoes. Mix well. Pour on the chicken stock and let them cook slowly. Taste. Add salt if needed. Blend until the soup is smooth and creamy.

P.S. Mulligatawny soup’s recipe nr2 is here.



O 3 ARTYSTACH, 5 KRASNOLUDKACH I 1 ZUPIE

Henri Toulouse-Lautrec ubóstwiał spraszać gości na nietypowe kolacje. Ale niezbyt wielu gości. Zazwyczaj nie więcej niż ośmiu. Wtedy mógł bez problemów gotować, serwować, rozmawiać, żartować, śmiać się, rysować, szkicować, pić, popijać, napić się, zaproszonych rozpijać. Wtedy mógł wszystko. Wszystko o czym zamarzył.

ZUPA DLA 5 KRASNOLUDKÓW (zupa Mulligatawny nr1; inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)
– 1kg ziemniaków
– 1 kg cebuli
– 50g masła
– oliwa z oliwek
– bulion kurzy
– 3 listki laurowe
– 4 łyżki curry w proszku
– sól (jeśli potrzebna)

Wlać do rozgrzanego garnka trochę oliwy i masło. Dodać listki laurowe i curry. Posiekać cebulę i podsmażyć aż będzie pięknie złocista. Pokroić ziemniaki w nieduże kawałki, wrzucić do garnka, wymieszać. Gotować na małym ogniu, aż ziemniaki będą ugotowane, a zupa będzie gładka, o prawie kremowej konsystencji. Można zmiksować.

P.S. Drugi przepis na tę zupę znajduje się tutaj.

eng