About post-party landscape

Yesterday’s madness of Henri Toulouse-Lautrec’s 155th Birthday Party unfortunately is finished. Today the “Post Party Landscape” looks like this and somebody has to clean it!

Wczorajsze szaleństwa Balu Urodzinowego Henryka niestety zaliczyć trzeba już do przeszłości. Dziś Krajobraz Post Imprezowy wygląda tak i ktoś to musi posprzątać!

P.S. More about Daniel Spoerri and remains here. / Więcej o resztkach i wyjątkowym Danielu Spoerri’m tutaj.

Spoerri-MOCAK-Krakow-2013-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “The Seville series No.16 / Cykl z Sewilli, nr 16” (1991); MOCAK, Kraków, 2017, by Cuisine And Art
1-Spoerri-Les-Abbatoirs-2017-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014); Les Abbatoirs, 2017; by Cuisine And Art
2-Spoerri-Les-Abbatoirs-2017-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014); Les Abbatoirs, 2017; by Cuisine And Art
Resztki by Serafin 12
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)
Resztki by Serafin 03
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)
Resztki by Serafin 11
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)

About sweet chestnuts, chocolate and birthday party for Henri Toulouse Lautrec

pl

Henri Toulouse Lautrec The Flower Seller 1894
Henri Toulouse-Lautrec “The Flower Seller” / “Kwiaciarka” 1894; from/z: wikiart.org

Cakes, birthday cakes, flowers. Oops, the flowers are already sold! All of them! It means plenty of guests are coming for Henri Toulouse-Lautrec’s Birthday Party! There is something for everyone – Ralph Fleck with his cream cakes and a cheesecake! Jeff Koons as always in full swing – pink and shiny – “Cake” with a rose – Henri will be touched! And we will get fat!

TortenstŸck 2/VII (SchwarzwŠlder) 1993 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 2/VII (Schwarzwäld Cake), 1993; from/z: www.ralphfleck.de
Ralph Flecke Torte SahneTortenstck8_XII_98
Ralph Fleck, Piece Of Cake 8/XII (Cheesecake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de

In the meantime I am checking if the bastards are cooked already. “Bastards” – I say with affection, because there is no reason to think or treat badly of sweet chestnuts.

My story with them would certainly never even have begun if not my foraging nature, which is extremely strong. It is even stronger than my taste buds’ lack of love for sweet chestnuts. Really, I could live without them and I wouldn’t miss them! (OK, not until now – The Era Of The Best Ever Chocolate Chestnut Tart). But when I go for a walk and I see the thick spiky carpet made of chestnuts I have to collect them. I just have to, because no food can be wasted!

Jeff Koons Cake
Jeff Koons, Cake / Ciasto, 1995-1997, from/z: www.jeffkoons.com

I have been learning for years how to prepare them, as I have written here before. Handling them is still not my favorite thing to do, but I have to say, that now I know perfectly how! First of all keep children as far away as possible, because everything is hot, very hot to be honest with you, and every paw will be burned! You need to act quickly, when sweet chestnuts burn the fingers they are the easiest to be peeled. Mean, aren’t they? Small nasty little bastards, that’s all! Anyway, I do it as fast as possible. Afterwards everything is easy peasy. I finally chop them in a food processor, I dry them, I grind them and I dry and I grind once again to obtain flour. Sometimes I do not grind, but just freeze the finely chopped sweet chestnuts. And do you know what? They are still not my favorite things to eat! After all that hassle! But they exist, I have them – organic and for free – and they are very rich in vitamins (especially vitamin C), minerals, antioxidants and fiber. Thanks to them I can enjoy The Best Chocolate Tart Ever, which will play the role of The Birthday Cake for Henri this year. In short – it is worth it! It is worth having burn paws! This cake, this tart, this delicacy has become my Culinary Heaven. My Revelation. Constant Surprise. World Champion. Gluten Free Masterpiece (which significantly expands the group of potential eaters too). And last but not least – it is 3 desserts in 1! Really! Gobbled hot is like a delicate, fluffy chocolate mousse on a crunchy base. Eaten the next day (if it would still be there the next day…) is like a crazy mad heavenly chocolate cheesecake. Yes, like a cheesecake – nothing else describes its texture better than cheesecake (don’t ask me why). And frozen is also amazing – like the softest chocolate parfait! How good is that – just perfect for a celebration of Henri’s birthday!

Chocolate-chestnut-tart-by-Cuisine-And-Art-2019-for-Henri-Toulouse-Lautrec-Bday

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT TART FOR TOULOUSE-LAUTREC

BASE

160 g wholemeal flour
80 g potato starch (you can use corn starch too)
80 g sugar
160 g butter
pinch of salt

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT FILLING

100 g sweet chestnut flour
125 ml milk
200 ml cream
80-100 ml water
pinch of salt
2 tbsp cocoa powder
50 ml strong coffee (espresso or instant coffee made of 2 tsp) to intensify the chocolate flavour

100 g dark chocolate
125 g butter

3 egg yolks
150 g sugar or 3 big tbsp honey

3 egg whites

Knead the dough from all the ingredients for the base. Roll it very thinly on a pre-floured surface. Place it in a 24 cm springform cake tin (I put in just on the base, not on the sides). Bake it for 15 minutes in a preheated oven at 180°C.

Whisk the sweet chestnut flour, milk and cream together until completely combined. Pour it into a pan and cook it gently on a low heat until thickened, whisking continuously.

Finally chop the chocolate, put it into a heat-proof bowl, add chopped butter. Put the bowl on the top of a pan with boiling water in it on a low heat. Melt the chocolate with butter, whisking non-stop.

In a separate bowl whisk egg whites until soft peaks form.

In another bowl whisk egg yolks with sugar or honey. Mix it with the sweet chestnut mixture and the melted chocolate / butter mixture. Add the whipped egg whites very gently – spoon by spoon, slowly stirring from bottom to top with long spoon movements. This method prevents the mixture loosing air and will create a fluffy cake.

Pour the mixture on the pre-baked pastry. Put it into 180°C oven for 30 min and not a minute longer. Yes, the cake will be wobbly in the middle, but it is fine, it will set while cooling (if you do not eat it when warm of course). Switch off the oven and open it, not allowing the cake to bake any longer (because if so – it will be too dry and too dense).

Eat it directly from the oven as a hot mousse on a crunchy base.
Eat it cold the next day as a chocolate “cheese”cake (with no cheese).
Freeze any remaining piece and rediscover it later as a heavenly parfait.

You can add some whipped cream or mascarpone to break the depth of the chocolate flavor. I didn’t, but on my photo you can see a beautiful small white shape (plus some pecans) – this is a ceramic meringue made by the great French ceramicist Gisèle Garric about whom I have written before on the Cuisine And Art fb page.

I’m going to Henri Toulouse-Lautrec’s birthday party. Good company and a wealth of flavours – what more could you want?



JADALNE KASZTANY, CZEKOLADA I TOULOUSE-LAUTREC URODZINOWY

Ciasta, torty, kwiaty. Ups, kwiaty już wyprzedane! Wszystkie! Dobrze, że Henri zdąrzył przynajmniej kwiaciarkę nam przedstawić! Widać goście tłumnie na urodzinową balangę Toulouse-Lautrec’a się wybierają! W słodkościach nic tylko wybierać – Ralph Fleck z tortami z kremem oraz sernikiem, Jeff Koons jak zawsze pełną parą, imprezowo – różowo i błyszcząco – tort z różą – Henryk będzie wzruszony, utuczymy się wszyscy!

TortenstŸck 7/XII (Himbeersahne) 1998 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 7/XII (Raspberry And Cream Cake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de

W międzyczasie sprawdzam czy bydlaki ugotowały się. „Bydlaki” mówię o nich z czułością, bo w końcu nie ma żadnego powodu by źle myśleć lub źle traktować jadalne kasztany.

Moja z nimi historia z całą pewnością by nigdy się nawet nie zaczęła, gdyby nie natura zbieracza, która w moim przypadku jest wyjątkowo silna. Silniejsza nawet niż brak miłości kubków smakowych do tychże kasztanów. Naprawdę mogłabym bez nich żyć i nie tęskniłabym nawet za nimi! (To jest tak było do teraz, do czasu „magicznej” tarty czekoladowej.) Ale jak idę na spacer i pod nogami pojawia mi się kolczasty dywan z gigantycznych kasztanów, to muszę je zebrać. Po prostu muszę, bo żadne jedzenie nie może się przecież zmarnować.

Lata całe uczyłam się jak je traktować, o czym pisałam już rok temu tutaj. Obchodzenie się z nimi nie należy wciąż do moich ulubionych, choć nie powiem, wiem już doskonale co z nimi czynić! Przede wszystkim trzymać dzieci (kolejny powód do radości z braku posiadania własnych) jak najdalej, bo wszystko jest gorące i każde łapki poparzone zostaną! Działać trzeba szybko, właśnie wtedy kiedy parzą palce – kasztany są najłatwiejsze do obierania. Wredne prawda? Paskudy jedne! No bydlaki! W każdym razie tak działam – szybko i na gorąco. Potem to już wszystko idzie jak z płatka. Rozdrabniam je w robocie kuchennym, suszę, mielę, suszę i mielę na mąkę. Niekiedy nie mielę, ale rozdrobnione mrożę. I bez względu na to wszystko – nadal nie są moim ulubionym pokarmem! Ale są, darmowe, bio, z mnóstwem różnych dobroci (witamin – szczególnie witaminy C, minerałów, przeciwutleniaczy i są bogatym źródłem błonnika). Dzięki nim też mogę rozkoszować się najlepszą na świecie tartą czekoladową, która w tym roku odgrywa rolę urodzinowego tortu dla Henryka. Czyli jednym słowem – warto. Warto parzyć łapki! To ciasto, ta tarta, stała się moim kulinarnym rajem. Objawieniem. Zaskoczeniem za każdym razem. Mistrzostwem świata. W dodatku bezglutenowym, co poszerza znacznie grono potencjalnych zjadaczy. I jest 3 deserami w 1! Naprawdę! Pożerana na gorąco jest delikatnym, puszystym musem czekoladowym na kruchym spodzie. Dnia następnego (jeśli tegoż doczeka!) jest obłędnym czekoladowym sernikiem. Tak, sernikiem właśnie, bo nic innego bardziej nie przypomina. Genialna jest również mrożona! Jak najdelikatniejsze czekoladowe parfait! Jakaż ona jest dobra, w sam raz na świętowanie z Henrykiem!

CZEKOLADOWO-KASZTANOWA TARTA DLA TOULOUSE-LAUTREC’A

BAZA

160 g mąki pełnoziarnistej
80 g mąki ziemniaczanej
80 g cukru
160 g masła
szczypta soli

MASA CZEKOLADOWO-KASZTANOWA

100 g mąki z kasztanów jadalnych
125 ml mleka
200 ml śmietanki
80-100 ml wody
szczypta soli
2 łyżki kakao
50 ml bardzo mocnej kawy (espresso lub z 2 łyżeczek dobrej rozpuszczalnej), by wzmocnić smak czekolady

100 g ciemnej czekolady
125 g masła

3 żółtka
150 g cukru lub 3 czubate łyżki miodu

3 białka

Zagnieć ciasto ze wszystkich składników. Cienko rozwałkuj. Wyłóż ciastem dno tortownicy (tym razem nie robię boków ciasta). Piecz 15 minut w rozgrzanym do 180°C piekarniku.

Do mąki kasztanowej dodaj powoli mleko i śmietankę, dokładnie mieszając, by nie powstały grudki. Przelej masę do garnuszka i podgrzewaj na małym ogniu, aż zacznie gęstnieć. Dodawaj powoli wodę, kakao, sól i kawę do uzyskania masy o konsystencji gęstego budyniu.

Podziel czekoladę na kawałki i wsyp do miski razem z masłem. Postaw miskę na garnku z gotującą się wodą i stop składniki, delikatnie mieszając.

Ubij białka.

W osobnej misce ubij żółtka z cukrem lub miodem. Wymieszaj z budyniem kasztanowym i stopioną czekoladą z masłem. Bardzo delikatnie dodaj ubite białka – łyżka po łyżce, powoli mieszając od dołu do góry długimi ruchami łyżki – to metoda, dzięki której białka nie tracą powietrza, a masa czekoladowo-kasztanowa będzie puszysta.

Przełóż masę na podpieczony spód i włóż do ciągle rozgrzanego do 180°C piekarnika na 30 minut. Ciasto będzie nieco „galaretowate” po środku, ale nie piecz ani minuty dłużej. Wyłącz piekarnik i otwórz, by tarta nie piekła się dłużej, bo będzie potem za sucha i zbyt zwarta.

Jedz na ciepło jak gorący mus na kruchym cienkim spodzie.
Jedz na drugi dzień jak czekoladowy sernik.
Zamróź kawałek i odkryj go po jakimś czasie jako niebiańskie
parfait.

Możesz podawać z ubitą śmietaną lub mascarpone, żeby złamać niesamowicie głęboki czekoladowy smak. Ja nie dodałam, choć na zdjęciu widać piękną białą formę – to ceramiczna maleńka beza mojej ulubionej Gisele Garric, o której już pisałam.

Idę na bal urodzinowy Henryka. Doborowe towarzystwo i bogactwo smaków – czegóż chcieć więcej?

eng

About Paweł Błęcki, zero waste crumble and recipe for Happy November

pl

A beautiful and happy November? Yes, of course! Miserable outside. Drizzly. An overwhelming grey. It’s a great idea, no, not an idea, but a must (if you don’t want to be cold) to light the woodstove. Later, when it is roaring hot , it’s almost obligatory to cook something on it, not wanting to waste this hot opportunity. First I put the kettle on to prepare tea. There is no way to do anything without the tea! (No way of doing something without a cup of tea!). I put the Cuban music on and I decide to go to my freezer to explore its mysterious depths. It’s almost empty now, but normally after almost every walk I add something foraged to it. Apples – sliced, but with skin, the last pear found under the neighbour’s tree – sliced, with skin – both will end up in a cake or on a tart. Two young puffball mushrooms* the size of a hazelnut – when there will be more, I will fry them in olive oil, just adding garlic and parsley. A handful of collected sorrel. Parasol mushrooms. Sliced porcinis.

My freezer is my treasury. I try to grow and to collect as much as possible. I do not waste anything, never. This is the way I was taught by my mum and my grandma, although now it is called fashionably “ZERO WASTE”. Whatever. At the end of the day it is not important what something is called but how it works. All this made me create a new category in my Cuisine And Art blog – ZERO WASTE – the category with recipes, in which I use leftovers, remains, things that would normally not end up on a plate.

Paweł-Błęcki-Tymczasowe-zagęszczenie-materii
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from/z: Magazyn RTV

Paweł Błęcki, Polish artist, started his project „Temporary density of matter” in 2017 as an “open project” which means that the artist could work on it until the end of his artistic life. It is the right decision, because for sure he won’t be lacking objects to find. With the help of which, he raises questions about very important matters – that we possess too much, that we waste and that we make endless amount of garbage (I wrote about it, here). He tells about the plastic sea and about beaches, where he finds the ingredients for his art. He is honest as the day is long and he doesn’t beat about the bush. He shoots straight from the hip. He is stunning, surely shocking for many and surprising (such beautiful compositions made of waste, such amazing gems created of rubbish!). “Objects and their remains” is how Błęcki calls it. The art, not waste.

 

pawel_blecki_tymczasowe_zageszczenie_materii_05
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from www.pawelblecki.com
HAVE-NOTHING-photo-by-Serafin-2019
“HAVE NOTHING IN YOUR HOUSE THAT YOU DO NOT KNOW TO BE USEFUL OR BELIEVE TO BE BEAUTIFUL” – William Morris, photo by Serafin 2019

Coming back to my freezer – I found in its frozen chasms a handful of pears, apples and bananas (yes, I do a banana cake, also using frozen bananas). In a small box next to the fruit there is some weird lumpy thing. It is the remains of a crumble! What great leftovers I have found! This is a great pleasure, clearance of the freezer.

I put my frozen fruit in the baking dish and I add a tablespoon of grated quince with honey which I found at the bottom of the fridge. I put everything into a preheated oven, at 180°C, for 15 min. Afterwards I sprinkle it with the crumble, which I made using only chestnut flour (I make my own chestnut flour every autumn, but you can use normal flour or ground oats). This crumble doesn’t contain any sugar, because I prefer to add some honey when served, but you can add sugar if you prefer. Another 15 min in the oven is needed. Then, it’s ready to be served warm with a dollop of cream or yogurt. This time I added a pinch of grated tonka beans, petals of the last pot marigold flower (Calendula Officinalis) from the garden and just a few tiny leaves of mint – crème de la crème.

ZERO-WASTE-CRUMBLE-by-Cuisine-And-Art-2019

RECIPE FOR HAPPY NOVEMBER
rain (preferably lasting several days)
cold
damp
Cuban music
hot cup of good tea
leftovers

Mix. Serve without any moderation. Enjoy!

P.S. If you don’t have a woodstove don’t worry! An oven will do the job, you will need to add only a candle or two (or more) 

*Only very young puffballs can be eaten – they are small, firm and white inside. If you will find puffballs that are not firm and/or not completely white – do NOT eat them!



PAWEŁ BŁĘCKI, OWOCOWA KRUSZONKA  ZERO WASTE I PRZEPIS NA SZCZĘŚLIWY LISTOPAD

Piękny i szczęśliwy listopad? Oczywiście! Za oknem plucha. Zimno. Mżyście. Wszechogarniając szarówka. Doskonały powód (ba! mus wręcz, gdy nie chce się zamarznąć) do rozpalenia w piecu. A kiedy w piecu już się pali – nie można marnować tej cudownej możliwości – trzeba gotować! Na placie stawiam najpierw czajnik, bo bez kubka dobrej aromatycznej herbaty (z mlekiem, „po angielsku”) nie da się nic zrobić! Włączam kubańską muzykę i idę zmierzyć się z coraz bardziej pustym zamrażalnikiem, do którego prawie po każdym spacerze coś dorzucam. A to jabłka – pokrojone, ale ze skórkami. Ostatnią gruszkę, znalezioną pod drzewem u sąsiadów – też już pokrojoną, by potem po prostu wrzucić do ciasta, władować na tartę etc. Dwie młode purchawki* wielkości orzechów laskowych (gdy nazbiera się więcej – usmażę je bez rozmrażania, ot wrzucę na gorącą patelnię z odrobiną oliwy z oliwek, dodam czosnek i pietruszkę. Garść zebranego szczawiu. Pokrojone prawdziwki. Kanie.

Mój zamrażalnik to mój skarbiec. Staram się jak najwięcej rzeczy hodować lub zbierać. Nigdy nic nie może się zmarnować. Tak zostałam nauczona przez Mamę i Babcię, choć teraz nazywa się to „ZERO WASTE” i stało się pewnego rodzaju modą wśród młodych ludzi. Niech będzie i tak. W końcu i tak nie ma znaczenia jak się coś nazywa. Znaczenie ma jak działa. Wszystko to sprawiło, że utworzyłam tutaj na blogu nową kategorię – ZERO WASTE, czyli kategorię z przepisami, w których używam popularnie zwane „resztki”, które zazwyczaj nie lądują na talerzu. (O niemarnowaniu pisałam wcześniej tutaj.)

 

Paweł Błęcki rozpoczął „Tymczasowe zagęszczenie materii” w 2017 jako projekt „otwarty”, czyli taki, którym być może będzie się jako artysta zajmował do końca życia. Słuszna to decyzja, bo z całą pewnością (i smutkiem) nie zabraknie Błęckiemu przedmiotów, które znajduje i za pomocą których opowiada o bardzo ważnych sprawach – o tym, że posiadamy zbyt wiele, że marnujemy i że wytwarzamy nieskończoną ilość śmieci. Opowiada o morzach pełnych plastiku, o plażach, na których znajduje ingrediencje swej sztuki. Paweł nie bawi się w delikatne przekazywanie informacji, wali prosto z mostu. Jest oszałamiający, szokujący z pewnością dla wielu i zaskakujący (jakież to piękne kompozycje można układać ze śmieci, jakież śmieciowe cudeńka znajdować!). „Przedmioty i ich pozostałości” – jak o nich mówi Artysta. Sztuka zamiast marnowania.

pawel_blecki_tymczasowe_zageszczenie_materii_02
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from www.pawelblecki.com

 

Powracając do mego zamrażalnika – odnajduję w jego mroźnych czeluściach, w jego lodowych otchłaniach garść pokrojonych gruszek, jabłek i bananów (tak, robię ciasto bananowe również z mrożonymi bananami). W pudełeczku obok zamrożonych kilka łyżek kruszonki. Cóż to za resztki! Cóż to za przyjemność czyszczenia (zamrażalnika)!

Układam owoce w żaroodpornych naczynkach, dodając resztkę startej pigwy z miodem. Wkładam do rozgrzanego do 180 stopni C piekarnika na kwadrans. Posypuję kruszonką (moja jest z mąki kasztanowej, którą robię od kilku lat jesienią, i masła, ale można użyć zwykłej mąki, zmielonych płatków owsianych etc). Wkładam całość na kolejny kwadrans do piekarnika. Podaję z odrobiną śmietany lub jogurtu i z miodem (nie słodzę samej kruszonki, dodaję jedynie szczyptę soli). Tym razem dodałam odrobinę startego ziarna tonki, płatki ostatniego nagietka i aromatyczną miętę z ogrodu – crème de la crème.

PRZEPIS NA SZCZĘŚLIWY LISTOPAD
deszcz (najlepiej trwający kilka dni)
chłód
kubańska muzyka
gorąca aromatyczna herbata
resztki

Wymieszaj. Podawaj bez żadnych ograniczeń. Rozkoszuj się!

P.S. Dla tych bez pieca koniecznością jest piekarnik lub prodiż i minimum 1 świeczka!

*Purchawki można jeść kiedy są młode, czyli maleńkie, bardzo jędrne i bielusieńkie w środku. Inne, czyli starsze, mogą zaszkodzić.

eng

About Sasnal, forest, parasol mushrooms and dry stale bread

pl

For the last two years I have planted some walnut and oak trees. I buried a few walnuts and acorns in the back garden and now I stare at them with a big smile – 6 tiny trees which hopefully one day will be great big ones. What a beautiful green nursery!

Wilhelm Sasnal LAS 2002
Wilhelm Sasnal “FOREST” / “LAS” 2002; from/z: https://archiwum-obieg.u-jazdowski.pl/wydarzenie/2295

Wilhelm Sasnal, Polish artist (1972) painted his “Forest” in 2002. Powerful vivid  green space seems to be huge, massive, all surrounding. But it’s not. It’s quite a tiny forest – 45cm by 45cm only! To create such a powerful image on just 2025cm² is a magic trick or perhaps a very personal, intimate image of the artist’s own world?

I cannot imagine my life without a forest nearby. Forest was everywhere. Always. As was the sea. First it was coniferous forest. Later deciduous forest. Afterwards there was a gap – no forest at all for a couple of months, which seemed like forever (luckily at least the sea was a few hundred metres away). For the lack of it I couldn’t stay there any longer and I moved to a place with a eucalyptus forest, where every October and November I was collecting parasol mushrooms in almost wholesale quantities. It seemed that the Catalan tribe don’t like them at all, even though they are (Catalans not the mushrooms!) a foraging nation. Better for me, I thought! I never, and I mean NEVER, had so many parasols! I started to dry them and to freeze them, because I couldn’t eat them any more for every breakfast, lunch and supper! At the same time I was collecting slippery jack mushrooms amongst the palm trees next to the beach. Of course every Catalan passing by warned me of the probable deadly danger of eating these small slimy beauties, which I have eaten a lot throughout my life.

Forest is a scent for me. It is space. Silence. And last, but not least, foraging! Billberries, blackberries, raspberries, lingonberries, cranberries and mushrooms. But most of all mushrooms! I’m always looking for them. Everywhere. Since last year I’ve been looking for them also in winter. Yes, in winter! But on the … trees!!! You can imagine how difficult it was to switch to looking for mushrooms above ground level! It was January, Gdynia, on the Polish coast, where Filip Malinowski from the Healthy Life Foundation organized and led a workshop on foraging for wild winter mushrooms. It was great fun and a delicious feast after freezing work – stewed mushrooms on the campfire with a small side salad from wild plants Filip had found (he also organizes wild plant foraging workshops, you can check it on the fb profile @fundacjazdrowegozycia and/or write to him in English!).

WILD-WINTER-MUSHROOMS-by-Cuisine-And-Art-2019
Wild winter mushrooms – with many thanks to Filip Malinowski and @fundacjazdrowegozycia / Zimowe grzybów zbieranie – z podziękowaniami dla Filipa oraz Fundacji Zrowego Życia

The smell of Scots pine trees. The smell of hot summer in Tuchola Forest in northern Poland. The aroma of eucalyptus and pine trees of southern Europe. The scent of wet decomposing leaves in the Tri-City forests (Tri-City is a metropolitan area in Poland consisting of three cities in the Pomerania region: Gdańsk – my hometown, Gdynia and Sopot). I close my eyes – I can see and feel every tree. I wander along known paths. I discover new ones.

From the young parasol mushrooms found today along the road I make a small starter in the style of Spanish “tapas”. Because nothing is wasted in my kitchen – I serve them on toasted stale bread (Even bread dry like a bone after baking in a toaster becomes not only edible but also delicious!). It’s great that the parsley has sprouted a few new leaves – they will be perfect for my wild appetizer!

2010-11-06-About-Sasnal-forest-parasol-mushrooms-and-dry-stale-bread-by-Cuisine-And-Art

FRIED PARASOL MUSHROOMS ON TOASTED STALE BREAD WITH GARLIC AND PARSLEY

– 2 young parasol mushrooms
– 1 clove garlic
– salt
– black pepper
– 2 slices of old, dry, stale bread
– olive oil for frying

Heat the frying pan, add a splash of olive oil and sliced parasol mushrooms. Wait until they will start to be beautifully brown, almost golden. Add crushed garlic, salt and pepper. Put the bread into a toaster. Wait for mushrooms to be fried and golden. Add some chopped parsley. Serve on warm toasted bread.



O LESIE, KANIACH I STARYM SUCHYM CHLEBIE

Zasadziłam dwa lata temu i w roku ubiegłym orzechy włoskie i dęby. Wsadziłam do ziemi kilka orzechów i żołędzi, a teraz z ogromną przyjemnością patrzę na 6 orzechowych drzewek i 2 maleńkie dąbki. Radosne zielone przedszkole!

Soczyście zielony las Sasnala wbrew pozorom jest niewielkim laskiem. Namalowany w 2002 roku ma zaledwie 45cm na 45cm. Drobnych 2025 centymetrów kwadratowych będących siłą, będących potęgą, będących wszystkim! Magiczna sztuczka czy po prostu bardzo prywatny, osobisty, intymny świat artysty?

Nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić życia bez lasu w pobliżu. Las był wszędzie. Zawsze. Jak morze. Najpierw iglasty. Potem liściasty. Potem nastąpiła przerwa trwająca kilka miesięcy, wydających się jednak wiecznością, kiedy to lasu nie było (morze a i owszem). Z braku tegoż miejsce szybko zmieniłam na las eukaliptusowy, w którym każdego października i listopada zbierałam kanie, których nikt z katalońskich tubylców nie tykał, choć to naród zbieraczy. Nigdy w życiu tylu kani nie miałam! Nigdy! Zaczęłam je suszyć i mrozić, bo nie byłam już w stanie ich jeść na śniadania, obiady i kolacje. Wśród palm i pinii zbierałam również maślaki, przed którymi miejscowi próbowali mnie chronić, głośno krzycząc, że się z całą pewnością otruję!

Las to dla mnie zapach. To przestrzeń. Wyciszenie. I zbieractwo. Jagody, maliny, jeżyny, borówki, żurawiny i grzyby. Przede wszystkim grzyby! Zawsze ich szukam. Wszędzie. A od ubiegłego roku szukam ich również zimą … drzewach! Tak, trudno się było przestawić na poszukiwanie „na górze”, ale Filip Malinowski, prowadzący warsztaty w Gdyni-Orłowie, przekonał mnie i do tego. Było genialnie! Było zimno i przepysznie, kiedy dusiliśmy je na patelni na ognisku. Polecam! Poczekajcie do zimy, obserwujcie na fb profil Fundacji Zdrowego Życia (@fundacjazdrowegozycia) i już – na grzyby do Gdyni albo do Torunia, bo tam Filip również robi warsztaty. Zresztą nie tylko ze zbierania grzybów, ale i jadalnych dzikich roślin.

Zapach sosen. Upalnego lata w Borach Tucholskich. Aromat eukaliptusów i pinii południowej Europy. Mokre liście zaczynające się rozkładać w lasach trójmiejskich. Zamykam oczy i widzę, czuję każde drzewo. Wędruję znanymi ścieżkami. Odkrywam nowe. A z młodych kani, znalezionych dziś przy drodze, robię niewielka przystawkę w stylu hiszpańskich „tapas”. A ponieważ w mojej kuchni nic się nie marnuje – podaję je na opieczonym czerstwym chlebie (nawet bardzo suche pieczywo po opieczeniu w tosterze staje się nie tylko zjadliwe, ale i przepyszne!). Dobrze, że pietruszka wypuściła kilka liści – nada się w sam raz do kani!

SMAŻONE KANIE Z PIETRUSZKĄ I CZOSNKIEM NA OPIEKANYM CZERSTWYM PIECZYWIE

– 2 młode kanie
– 1 ząbek czosnku
– sól
– pieprz
– pietruszka
– 2 kromki czerstwego, suchego pieczywa
– oliwa z oliwek do smażenia

Rozgrzej patelnię, wlej trochę oliwy z oliwek. Wrzuć pokrojone w paski kanie. Podsmaż aż zaczną się rumienić. Dodaj rozgnieciony w prasce czosnek, sól, pieprz. W międzyczasie wrzuć pieczywo do tostera. Do zarumienionych usmażonych grzybów dodaj pietruszkę. Podawaj na gorącym opieczonym chlebie.

eng

About Avedon, Krauwinkel, 2 fathers, 1 mum, roots and apple pie for the lazy

pl

I couldn’t cook for a long time. My painful soul allowed me to take in food and to be fed by others. For long months, two years almost, I was preparing just nutritious purees or body enriching soups for someone very dear to me. Creative cooking and writing were out of the question. But finally I returned to my kitchen. It all came naturally and out of the blue. I’m coming back to writing too – slowly and deliberately. I put every letter carefully, not wanting to lose anything.

I’ve been writing since I remember, a little forced at first I have to admit. On long summer evenings, one of my parents forced me to write a diary, and every few days to send Grandma a postcard. At the end of the summer holidays, I treated both of them quickly, focusing on a telegraphic summary, passing on only the most important information.

“Dear Grandma!
I ate porridge for breakfast today. For lunch there were braised wild mushrooms with potatoes and buttermilk and for dinner sandwiches with jam made from cherries we picked earlier. The weather is nice. I saw 4 heron and 2 deer.
Kisses and love!”

I wrote roughly in those days, being interested just in food, nature and weather. It is pretty much the same decades later, my interests haven’t changed a bit! Today I could write:

“Dear Grandma!

Today I had for breakfast oatmeal with homemade yogurt and homemade apricot jam with no added sugar, but with some baked apples, which I found under a tree (unbaked of course). Our neighbour’s 17 cows are grazing in the meadow. 2 woodpeckers romping in the walnut tree. Season for young small puff mushrooms just started – today I managed to find only 1, so I froze it. Cloudy and cold Monday.

Kisses and love!”

With age, I become more and more sentimental and often I go back to the past. I look at old family photos. I read words written a long time ago, I cook meals from family recipes. I’m looking at the photo of my Mum that I found at the bottom of an old chest. I made this portrait a million years ago, during my studies at the Academy Of Fine Art. It’s an Avedon pastiche – my Mother sitting in a borrowed faux fur. It took us long hours and it was extremely hot not only because of this fur, but because of the spotlights. She was very patient, but at the end she was extremely tired and almost cooked! I tortured her to be honest with you! If she wasn’t my Mother, I couldn’t do it for sure!

AVEDON PASTICHE by Serafin
UNTITLED AVEDON PASTICHE by Serafin

At some point she stopped posing and for a second she allowed herself to be herself. This is the real Mother “after Avedon”. It is also some kind of mirror for myself – artist-daughter photographs mother-sitter showing the burden of relationship and answering the question “Where are we from?”.

Marco-Krauwinkel-FATHER-WITH-PARTNER
Marco Krauwinkel “FATHER WITH PARTNER” from www.marcokrauwinkel.com

This is Marco Krauwinkel’s „Father With Partner” painting (actually shown at the “BP Portrait Awards” in the National Portrait Gallery, London*). What a magnificent dialogue it is! “Dialogues” – I should say – between artist and sitters, between father and son, between three men, between them and the viewer! What intimacy, especially concerning the difficulty in portraying your own parent! This whole baggage of emotions, experiences, a range of complicated relationships (as always in any family) creates the shape of this very unique double portrait, which could be another type of artist’s mirror. This is coming back to roots and showing life as it is in its own honesty and glory. I feel moved by these two men. I feel moved by Krauwinkel causing strangers to become closer. In silence we look at each other.

Marco-Krauwinkel-FATHER-WITH-PARTNER-by-Serafin-2019
Marco Krauwinkel “FATHER WITH PARTNER” by Serafin 2019, National Portrait Gallery, London

I’m thinking about my Father. I have to make his portrait soon to try to freeze time before it is too late. I make apple pie from his recipe called “Apple pie for the lazy”, because it is totally effortless. This is one of the few items in his small, but great, culinary repertoire. Dad! It is a real shame! You should cook more!

2019-10-01-Apple-Pie-For-The-Lazy-by-Cuisine-And-Art

APPLE PIE FOR THE LAZY

1 glass semolina
½ glass wholegrain flour
½ glass of oat flour (if you don’t have it – grind oats in coffee grinder or in a blender)
¾ glass sugar
1 teaspoon baking soda
pinch of salt
200g butter (it has to be very cold)
500g apples

Prepare apples – you can peel them, but I prefer to have them with skin (I do not like any waste in my kitchen and apple skin is rich in vitamins and minerals). Take out cores, slice roughly.

Mix the rest of ingredients, except butter.

Cut half of the butter finely and lay it on the bottom of your baking dish. Put over half of the dry mixture. Line with apples. Cover with the rest of the dry ingredients. Place the second half of the finely sliced butter on the top.

Bake in 180°C preheated oven for about 50-60 minutes. Serve warm – the best way is to serve it with a dollop of sour cream, chopped almonds, some cinnamon and delicious nasturtium flower!

This recipe is for 1 big round baking dish (23 cm) or 8 small individual ones.

* BP PORTRAIT AWARD 2019″ EXHIBITION WILL TOUR TO SCOTTISH NATIONAL PORTRAIT GALLERY IN EDINBURGH (7 DEC 2019 – 22 MAR 2020) AND ULSTER MUSEUM, BELFAST (MAR – JUN 2020).


KRAUWINKEL, AVEDON, 2 OJCÓW, 1 MATKA, KORZENIE I SZARLOTKA DLA LENIWYCH

Długo nie potrafiłam gotować. Boląca dusza pozwalała tylko na przyjmowanie pokarmów i bycie żywioną przez innych. Przez długie miesiące, lata dwa prawie, przygotowywałam jedynie odżywcze przeciery czy wzbogacające ciało zupy. O kreatywnym gotowaniu, pisaniu, tworzeniu nie było mowy. Do kuchni już wróciłam, przyszło to tak naturalnie, że niespodziewanie. Do pisania wracam. Być może powoli, ale z pewnością rozważnie. Uważnie stawiam litery, nie chcąc nic stracić słowem pisanym.

Piszę od zawsze, najpierw nieco zmuszana, przyznaję. W letnie długie wieczory rodzic zmuszał mnie do pisania pamiętnika, a co kilka dni do wysłania Babci kartki pocztowej. Pod koniec wakacji obie czynności traktowałam pospiesznie i skupiałam się na telegraficznym wręcz skrócie, przekazując co najważniejsze.

„Kochana Babciu! Dziś na śniadanie jadłam owsiankę. Na obiad były duszone maślaki z ziemniakami i zsiadłym mlekiem, a na kolację kanapki z dżemem z nazbieranych wiśni. Pogoda ładna. Widziałam 4 czaple i 2 sarenki. Całuję i kocham!” – tak z grubsza pisałam, interesując się jedzeniem, przyrodą i pogodą. Kilkadziesiąt lat później jest tak samo, moje zainteresowania nie zmieniły się ani ciut ciut! Dzisiaj mogłabym napisać:

„Kochana Babciu! Na śniadanie zjadłam płatki owsiane z domowej roboty jogurtem i domowej roboty bezcukrowym dżemem morelowym z pieczonymi jabłkami ze spadów. 17 krów sąsiada pasie się na naszej łące, a 2 dzięcioły buszują na orzechu. Wysyp młodych maleńkich purchawek – zbieram i mrożę, by było więcej na przekąskę. Pochmurnie, chłodno. Całuję gorąco!”

Z wiekiem staję się coraz bardziej sentymentalna i często wracam do przeszłości. Oglądam stare rodzinne zdjęcia, czytam słowa zapisane dawno dawno temu, gotuję potrawy z rodzinnych przepisów. Patrzę na znalezioną na dnie kufra fotografię, którą zrobiłam Mamie milion lat temu – pastisz Avedon’a. Siedziała godzinami w pożyczonym sztucznym futrze w świetle gorących lamp. Katowałam Ją – bądźmy szczerzy! Gdyby nie była moja Matką – nie mogłabym sobie na to pozwolić. Była już tak zmęczona, zziajana, ugotowana prawie, że w końcu przestała pozować i pozwoliła sobie przez ułamek sekundy być sobą. Ta fotografia jest tą prawdziwą Mamą, „po” czy też „za” Avedon’em. Jest też zwierciadłem mnie samej – artystka-córka fotografuje matkę-modela. Ciężar relacji i przedstawienie tego „skąd jesteśmy”.

Bardzo lubię obraz „Ojciec Z Parnterem” Marco Krauwinkel’a, który aktualnie znajduje się na wystawie „BP Portrait Award” w National Portret Gallery w Londynie (do końca października, potem będzie można go zobaczyć w Edynburgu i Belfaście). Ten dialog dwóch mężczyzn z artystą! Z oglądającymi! Między nimi samymi! Ta intymność i trudność portretowania własnego rodzica! Cały bagaż emocji, doświadczeń, pajęczyna skomplikowanych relacji (jak zazwyczaj w każdej rodzinie) nadaje kształt portretowi i okazuje się, że jest w końcu jakąś formą opowieści o samym sobie. Powrót do korzeni i przedstawienie życia takim, jakie jest. Wzruszają mnie ci dwaj mężczyźni. Wzrusza mnie Krauwinkel, powodując, że nieznajomi stają się bliskimi – patrzymy na siebie. W ciszy.

Myślę o moim Tacie. O tym, że muszę Go sportretować, by choć na chwilę zatrzymać cenny czas. Robię szarlotkę wg Jego przepisu, która w rodzinie zawsze występuje pod nazwą „Szarlotka Dla Leniwych”. Jedna z niewielu pozycji Jego kulinarnego repertuaru. Szkoda, że tak skromnego, szkoda! Tato, gotuj częściej!

SZARLOTKA DLA LENIWYCH

1 szklanka kaszy mannej
½ szklanki mąki razowej
½ szklanki mąki owsianej (Jeśli jej nie masz – zmiel płatki owsiane w młynku do kawy lub blenderze!)
¾ szklanki cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
200g masła (bardzo zimnego!)
500g jabłek

Przygotuj jabłka – ja ich nawet nie obieram, by niczego nie marnować i skorzystać z witamin i minerałów, jakie zawierają, tylko pozbywam się ogryzków. Pokrój jak popadnie.

Wymieszaj pozostałe składniki, oprócz masła. Na tym podobno polega to „dla leniwych”, że nic nie trzeba zagniatać!

Wyłóż foremkę do pieczenia (używam albo okrągłej o średnicy 23cm albo 8 małych indywidualnych) cienko pokrojoną połową masła. Posyp połową suchej mieszanki. Wyłóż jabłka. Na nie pozostała sucha mikstura. I na wierzch znowu cienko pokrojone masło.

Włóż do piekarnika rozgrzanego do 180°C i piecz około 50-60 minut. Podawaj ciepłą, najlepiej z odrobiną kwaśnej śmietany, cynamonem, posiekanymi migdałami i przepysznym kwiatem nasturcji!

eng

About Massimiliano Pironti, two grandmas, cold hands and roasted tomato soup

pl

Passionately I read my grandmother’s recipe notebook. Every time I do this with great love, sentimentality and never changing interest, because always I discover something new. Today, for example, I have found recipes by my two great grandmothers there! So I continue studying stained pages, I smell old paper and it’s reminding me of my grandma’s modest kitchen, where she kept plastic and paper bags (separately) in a drawer to use them again and where she kept a special plate for breadcrumbs. She used to cut old bread crusts into tiny pieces, mixed with breadcrumbs and give it to turtledoves, which visited her every day at the same time (wood pigeons weren’t welcome). She cooked just a few very simple dishes without any imagination or ambition, however in her recipe notebook there are recipes for meringues, soufflés and even macaroons! It seems that my grandma was fascinated by different cultural cuisines, by recipes in themselves, but her repertoire wasn’t the best one, not so interesting and the worst thing – it was repeated, repeated and repeated.

In London’s National Portrait Gallery there is now (until 20th October this year*) the exhibition “BP Portrait Award 2019” where, among many great paintings, there is a portrait of 95 year old Italian lady Vincenza, painted by her grandson Massimiliano Pironti. Vincenza is sitting in her kitchen, warming her hands on red hot-water bottle – “Quo vadis?”.

QUO VADIS by Massimiliano Pironti
QUO VADIS by Massimiliano Pironti from www.massimilianopironti.com

I’m sitting with my always cold hands (after my grandma), thinking about kitchens where some rituals repeat irrespective of its location. I’m thinking what my Grandma used to prepare – the best yeast cake (always dense in the middle instead of being fluffy), a goulash stewed in a pot with broken handles, so she used to burn her hands. I’m thinking about Vincenza and sunny Italy, not having a clue what she cooks, or what she prepares when Massimiliano visits her. I’m thinking about what soothes souls and what gives warmth to bodies, especially in Southern Europe. Suddenly I know!  – Tomatoes warmed by the sun! Roasted tomatoes and soup made from them! I imagine Vincenza eating it and warming her hands with the hot bowl (the same as my Grandma would do, and me too).

Does Vincenza like tomato soup?

Does she make tomato soup?

Is it from her own tomatoes?

Does she have a garden?

I don’t know. Unfortunately I don’t know Vincenza. I only know her from the painting and the short video “Portrait Of An Artist (The stories of the artists who won the BP Portrait Award and their sitters)” made by BBC Reel

Portrait-Of-An-Artist-by-BBC-2019-Massimiliano-Pironti-and-Vincenza
source: https://www.bbc.com/reel/playlist/portrait-of-an-artist?fbclid=IwAR14MV84EAZn88xxAVMCB_tRlyIg1kqlBxRD7y7hTXNAQd2MvGyYA-5QcY0

Cordiali saluti cara Vincenza! Cordiali saluti!

Roasted-Tomato-Soup-by-Cuisine-And-Art-2019

ROASTED TOMATO SOUP

2 kg tomatoes
good splash of olive oil
1 big onion
salt, pepper
rosemary (preferably fresh)

Cut the tomatoes and the peeled onion into the pieces. Place them on a baking tray or any baking dish you like. Season with salt and pepper, add rosemary, pour over some olive oil. Put into a preheated to 180°C oven and bake for about 1 hour, until everything will be soft and the tomatoes edges a little caramelized. Push it through a mesh strainer to get rid of seeds, skins and rosemary. Season it well, add some water if needed – you should obtain 1-1.5 l of soup.

Devour this liquid heaven. Warm hands with hot bowl. Think about those ones who showed their love through cooking“.

* “BP Portrait Award 2019” exhibition will tour to Scottish National Portrait Gallery in Edinburgh (7 Dec 2019 – 22 Mar 2020) and Ulster Museum, Belfast (Mar – Jun 2020).


MASSIMILIANO PIRONTI, 2 BABCIE, ZMARZNIĘTE DŁONIE I ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW

Czytam przepisy Babci. Namiętnie. Z ogromną miłością, sentymentem i z niezmieniającym się zainteresowaniem, bo zawsze znajduję coś nowego. Dziś odkryłam przepisy dwóch prababć na przykład. Studiuję więc poplamione kartki, wącham stary papier, przypominam sobie Jej skromną zimną kuchnię, gdzie w szufladzie chowała torebki (osobno plastikowe, osobno papierowe) do ponownego użytku i gdzie na kredensie stał zawsze ten sam talerzyk na okruszki. Kroiła każdego dnia o tej samej porze skórki chleba w drobną kosteczkę i karmiła przylatujące na parapet synogarlice (miejskie gołębie nie były mile widziane!). Gotowała skromnie i bez polotu, choć w przepisach nie brak bez, sufletów czy makaroników! Widać Babcię fascynowały przepisy same w sobie, ale w swojej kuchni repertuar był bardzo skromny, nie najlepiej wykonany i powtarzający się.

W londyńskiej National Portrait Gallery do 20. października trwa wystawa „BP Portrait Award 2019*”, na której wśród wielu świetnych obrazów znajduje się portret 95-letniej włoskiej staruszki o imieniu Vincenza, siedzącej w swojej kuchni i grzejącej dłonie, namalowanej przez wnuka Massimiliana Pironti’ego – “Quo vadis?

I ja siedzę, grzeję dłonie zawsze zmarznięte (to po Babci). Myślę o kuchniach i rytuałach w nich powtarzających się bez względu na to, gdzie dana kuchnia się znajduje. Myślę o tym, co gotowała moja Babcia – najlepszą na świecie drożdżówkę z zakalcem (zawsze z zakalcem), gulasz w garnuszku z obłamanymi uszkami (Babcia parzyła dłonie, próbując opanować nimi gorące naczynie). Myślę o Vincenzie i słonecznej Italii, nie wiedząc co gotuje, nie mając pojęcia czym raczy wnuka Massimiliana, kiedy ten Ją odwiedza. Myślę o słońcu. O cieple – fizycznym i psychicznym. O tym, co koi dusze i rozgrzewa ciała, szczególnie na południu Europy. I już wiem! – Ciepłe od słońca pomidory! Pieczone! I zrobiona z nich zupa! Vincenza z pewnością, jak i ja sama z Babcią, ogrzałaby chłodne dłonie na wypełnionej nią misce. Czy włoska babcia lubi pomidorówkę? Robi ją sama? Z własnych pomidorów? Czy ma ogródek?

Nie mam pojęcia. Niestety Vincenzę znam jedynie z Jej niesamowitego portretu i krótkiego filmiku o artystach i ich modelach, zrobionego przez BBC Reel, który można obejrzeć tutaj: https://www.bbc.com/reel/playlist/portrait-of-an-artist?fbclid=IwAR14MV84EAZn88xxAVMCB_tRlyIg1kqlBxRD7y7hTXNAQd2MvGyYA-5QcY0

ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW
2 kg pomidorów
oliwa z oliwek
1 duża cebula
sól
pieprz
rozmaryn (najlepiej świeży prosto z krzaczka)

Pomidory i cebulę kroimy, przekładamy do wybranej formy lub blachy do pieczenia. Solimy, pieprzymy, dodajemy rozmaryn, polewamy oliwą z oliwek. Wstawiamy do rozgrzanego do 180°C piekarnika. Pieczemy około godziny – pomidory muszą być bardzo miękkie, nieco przypieczone przy brzegach. Przecieramy przez sito, doprawiamy, jeśli konieczne, lub dodajemy wody, jeśli zupa jest za gęsta (z tej ilości powinno być około 1-1,5 litra zupy). Pochłaniamy to płynne słońce na talerzu, ogrzewamy łapki, myślimy o tych wszystkich, którzy nas karmiąc pokazywali, że nas kochają.

* Wystawa “BP Portrait Award 2019” po Londynie będzie prezentowana w Scottish National Portrait Gallery w Edynburgu (7/12/2019-22/03/2020) oraz w Ulster Museum w Belfaście (marzec-czerwiec 2020).

eng

About drinking alcohol, milk for adults and New Year

pl
I like wine.
I like beer.
I do not like vodka.
I do not like any strong spirits.
And I do not like cocktails.

But sometimes there are days, evenings or nights that I fancy something different.
Once upon a time it happened that there was no wine at home, no beer and I wanted to drink something. I only found some bison vodka (I don’t like it.), a half a bottle of whisky (I don’t like it.) and “crema catalana” (I like it once a decade for nostalgic reasons). Not having much choice and by pure accident I surprised myself and I created an absolutely delicious drink which I called “Milk For Adults” and which I repeated a few times until the bison vodka, whisky and crema catalana were finished.

MILK FOR ADULTS

2 parts of bizon vodka
2 parts of crema catalana
1 part of whisky

Mix. Pour onto ice cubes. Drink (in moderation) and be happy (without any moderation at all)! HAPPY NEW YEAR 2019!!!

Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88
Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88

“The Drinker”
“The Hangover”
“Portrait of Suzanne Valadon”

Which title do you like the most? Poor Suzanne! She hadn’t even drunk the whole bottle, but for more than one century everyone has known that she was drinking that night and that she had a hangover. Everyone knows that it was her – Suzanne Valadon, the drinker. Oops!



O PICIU ALKOHOLU, MLEKU DLA DOROSŁYCH I NOWYM ROKU

Lubię wino. Lubię piwo.
Nie lubię wódki. Nie lubię żadnych mocnych alkoholi. Ani koktajli.

Ale! Ale! Czasami zdarzają się dni, wieczory lub noc się jakaś przytrafi, kiedy człowiek po prostu musi się napić i tym człowiekiem jest ja. I kiedy nie ma już w domu ani kieliszka wina, ani szklaneczki piwa, kiedy posucha jest – trzeba wykrzesać z siebie odrobinę kreatywności i skorzystać z tego, co się akurat ma. I nie można być wtedy w Polsce, w Trójmieście nie można być, kiedy taka chętka dopadnie. Sopot omijać wielkim łukiem należy, a o SPATIF’ie zapomnieć, uznać go za odległą przeszłość. Za coś co było, minęło, nie wróci. Bo jeśli wróci, to wciągnie i nie wypuści tak łatwo, a dzień następny trzeba będzie wykreślić z kalendarza, bo będzie tym, w którym śmierć wyda się najlżejszym, najprostszym i najprzyjemniejszym rozwiązaniem.

Chętka na szczęście dopadła mnie w domu, napatoczyły mi się resztki żubrówki (nie lubię), pół flaszki whisky (nie lubię), “crema catalana” (lubię raz na 10 lat z lodem, wspominając z łezką w oku okazje, przy których trunek poznawałam), a zupełny przypadek sprawił, iż mieszankę tę później powtarzałam aż do wyczerpania składników, bo okazała się wyjątkowo wyborną. Nazwałam ją „Mlekiem dla dorosłych”.

MLEKO DLA DOROSŁYCH

2 miarki żubrówki
2 miarki crema catalana
1 miarka whisky

Wymieszać. Podawać z lodem. Pić (z umiarem) i radować się (bez umiaru). Szczęśliwego Nowego Roku!

enri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88
Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88

“Pijaczka”
“Kac”
“Portret Suzanne Valadon”

Trzy tytuły! Biedna Suzana! Nawet flaszki nie dopiła, a już ponad wiek wiadomo, że to ona, że piła i że miała kaca! Z imienia i nazwiska! Ups!

eng

About one salad, two bananas and a porpoise

pl
Most of the last year I’ve spent in airports, in a few airports to be exact, on the way to them, or on the way from them. Hours and hours, days and days I was waiting for one plane and then another. No, I do not work at any airport, at least not yet. I do not work for any airline, at least not yet. And unfortunately I’m not even a traveller as you would think of one. No, they were just trips from A to B, sometimes to C or D, but short repetitive flights with long hours of waiting, for something (who knows for what?). This long year I spent mostly surrounded by people from the age group 80+, which sometimes was funny, but mostly quite bizarre and new to me. There was no time for cooking, writing, taking photos or even thinking about cooking (many of my new friends 80+ can eat only blended food which is not the most beautiful food I’ve found for a still life in photos).

However, today I found the perfect time to write about one Toulouse-Lautrec recipe from the series I call “Don’t try this at home!”.

Do you remember any recipes from the category “Curiosities”? The Ancient Recipe, Saint On The Grill, Squirrels? This one is probably not going to finish there, but … it could, it could!

The recipe is called “Catalan salad”, but I have no idea why. Catalonia is my most beloved place on Earth (I wrote two posts dedicated to Catalonia: “About artichokes and Catalonia” and “About black squid ink burger with wild asparagus, Andy Warhol and Claes Oldenburg”) and I really can’t imagine any Catalan preparing something like this. Nor even thinking about eating it. But it starts quite normally with some cooked potatoes, chestnut, celeriac and beetroot. After, there are some walnuts and apples, which still I can understand. But the addition of endive (Belgian endive to be precise), makes me wonder if Henri decided to empty his pantry that day. Maybe it was as simple as that, because at the end there are some ….. bananas (Yes, bananas!) to add.

“And a dolphin!” – added my Better-Half from the depths of somewhere in the house.

And he had a point, because one of “The Art Of Cuisine” recipes includes a porpoise, stewed fillets of it. Poor baby, because now two of the species – the Vaquita and the Yangze Finless Porpoise – are on the WWF list of critically endangered species! But obviously in Henri’s time it was a popular dish in rich families.

Let’s come back to bananas, because this is not the end of this very peculiar “Catalan salad”. Gruyère cheese is needed, salt, pepper and vinegar. And last but not least … mayonnaise! Yeah! You’ve read it well – M A Y O N N A I S E! With bananas!!! What could possibly go wrong? Bon appétit!

CATALAN SALAD (original recipe by Toulouse-Lautrec & Joyant)

“For six people prepare:
Two hundred grams of cooked potatoes, two hundred grams of cooked chestnuts, one hundred grams of cooked red beets. Add fifty grams of shelled walnuts, one hundred grams of sweet apples, two hundred grams of raw Belgian endive, two bananas* cut in rounds, fifty grams of shredded Gruyère cheese. Put all these quantities into a salad bowl.
Let the whole steep in good vinegar with salt and pepper for an hour. Make a good mayonnaise and mix everything together.”

*In the editor’s notes in the English version of the book (the original one was in French) bananas were omitted.

P.S. You have another choice – go to Madrid to Taberna Tirso De Molina (Plaza Tirso De Molina, Lavapiés, Madrid, ES) to see some beautiful Toulouse-Lautrec’s by Lucia and Angel Cabanas and enjoy some great food and drink! That way you will be 100% sure that, no endangered species are eaten by you and that your stomach will survive. Wait, this last one I can’t promise you – it would depend on quantities of wine too ;-).

Taberna-Tirso-De-Molina-09
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-02
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-04
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-06
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas


O JEDNEJ SAŁATCE, DWÓCH BANANACH I MORŚWINIE

Ostatni rok spędziłam w większości czasu na lotniskach, na kilku lotniskach, by być dokładniejszą. W drodze na nie lub z nich. Godziny dłużyły się w oczekiwaniu na kolejny (i kolejny) samolot. Nie, nie pracuję ani na żadnym lotnisku ani dla żadnych linii lotniczych. Przynajmniej jeszcze nie. I trudno byłoby nazwać mnie globtroterem, choć mogłoby się tak z pozoru wydawać. Ot, życie mnie dopadło i przemieszczałam się po prostu z punktu A do B, a czasem C lub D. Ten długi rok był pełen dziwów i nowości. Nagle zaczęłam bardzo zaniżać grupę wiekową, w której sie znalazłam. Otaczający mnie ludzi to osiemdziesiąt plus, poczułam się z moimi czterdzieści plus jak szczeniak po prostu. Nie było więc czasu na gotowanie, pisanie czy fotografowanie. Zresztą bądźmy szczerzy – przecierane zupki nie są najbardziej atrakcyjnym tematem do zdjęć.

Aż tu dzisiaj, prawie zupełnie przypadkowo, natknęłam się na przepis Toulouse-Lautrec’a, który zaliczam do tych „Omijaj z daleka!”. Nie będzie więc zdjęć dania, ale przepis w wersji oryginalnej owszem, będzie, bo przecież jednak może ktoś będzie chciał zaryzykować. Może wielbiciel podwyższonego poziomu adrenaliny poczuje chętkę na gotowanie? A może ciężarna jakaś po prostu poczuje miętę do właśnie takich mieszanek? Może.

Pamiętacie przepisy z kategorii “Ciekawostki”? Starożytna Receptura, Święty Na Grillu, Wiewiórki? Ten przepis najprawdopodobniej nie zostanie w niej umieszczony, choć mógłby, oj mógłby! Nazywa się „Katalońska sałatka”, choć nie mam bladego pojęcia dlaczego. Wiecie, że miłością ogromną darzę Katalonię (pisałam o niej tutaj i tutaj) i śmiem twierdzić, żaden Katalończyk nie byłby tak szalony, żeby wymyśleć przepis na taką sałatkę, a już z całą pewnością żaden nie odważyłby się jej zjeść.

Owszem, zaczyna się zwyczajnie. Gotowane ziemniaki, słodkie kasztany, seler i buraki. Potem orzechy i jabłka, które zawsze świetnie się czują ze sobą. Potem cykoria, przy której miałam wrażenie, że Henryk po prostu postanowił zużyć, co miał pod ręką, postanowił opróżnić spiżarnię calusieńką. Musiało tak być, nie widzę innej opcji, ponieważ na końcu dodaje się … banany. Tak, banany!

„I delfina!” – dobiegło mnie z bliżej nieokreślonej czeluści domu.

Delfina? Może i nie delfina, ale blisko, bo w jeden z przepisów “The Art Of Cuisine” jest na duszone filety z … morświna! Tak, w czasach Henryka widocznie był to przysmak dla bogatych. W naszych czasach dwa gatunki są na liście WWF krytycznie zagrożonych 😦

Ale powróćmy do nieszczęsnych bananów, bo to nie koniec przecież. Ser Gruyere, sól, pieprz, ocet. I ostatni, ale nie mniej ważny od innych składników – majonez! Tak! M A J O N E Z! Z bananami! Czy coś może się tutaj nie udać? Smacznego!

KATALOŃSKA SAŁATKA (wersja oryginalna – Toulouse-Lautrec & Joyant)

„Dla 6 osób przygotuj 200g ugotowanych ziemniaków, 200g ugotowanych słodkich kasztanów, 100g ugotowanego selera, 100g ugotowanych buraków. Dodaj 100g łuskanych orzechów włoskich, 100g słodkich jabłek, 200g cykorii, 2 pokrojone w krążki banany* i 50g startego sera Gruyère. Posól, popieprz, dodaj ocet. Odstaw na godzinę. Zrób dobry majonez. Wymieszaj.”

* W angielskiej wersji książki (oryginalna jest po francusku) w nocie od Wydawcy banany zostały pominięte.

P.S. Jest jeszcze inna opcja niż przygotowywanie i spożywanie “Katalońskiej sałatki”, uff! Można polecieć do Madrytu, udać się do Taberna Tirso De Molina (Plaza Tirso De Molina, Lavapiés), żeby podziwiać malowane kafle z dziełami Toulouse-Latrec’a, wykonanymi przez Lucię i Angela Cabanas, zjeść coś dobrego i napić się wina. Przynajmniej można być wtedy pewnym, że ani krytycznie zagrożone gatunki zwierząt nie zostaną skonsumowane na kolację, ani żołądek nie ucierpi (no chyba że od ilości wypitego w nadmiarze wina).

eng

A table au Bazart! – a supper inspired by art

pl

Have you ever seen the movie “The Hundred Foot Journey” with the amazing Helen Mirren? Food, Southern France, charming Saint Antonin Noble Val! And do you know what? I’m going to cook there next Tue! How great is that?

Cuisine And Art with Bazart (www.facebook.com/Bazart Textile) have the pleasure to invite you for a supper inspired by art “À TABLE AU BAZART”!!!
12/09/2017 – 7 PM

A-table-au-BazArt-www
on the photo (by Serafin) Txomin Badiola “Double trouble”

———————————————————————-
MENU:

// Invisible Bloody Mary Inspired By Andy Warhol(also available Invisible Virgin Mary = with no alcohol)

// Improved Beans Tin Inspired By Eduardo Paolozzi With Pure Buckwheat Bread

// Sausage From Toulouse Meatballs Stew In Apple Juice, Inspired By Toulouse-Lautrec, With Polenta (vegetarian version available on request)

// Surprise Inspired By …

// Organic red and white wine
———————————————————————–
/Menu is gluten free//Organic vegetables
/Meat – Boucherie Vincent Paluzzano, Naucelle//Wine – organic/
———————————————————————–

P.S. And here you have the trailer for “The Hundred Foot Journey”:



À TABLE AU BAZART! – KOLACJA INSPIROWANA SZTUKĄ

Widzieliście kiedyś film z obłędną Helen Mirren „Podróż na sto stóp”? Jedzenie, południowa Francja, urocze Saint Antonin Noble Val. I wiecie co? W najbliższy wtorek będę miała przyjemność tam serwować kolację! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa – tak się właśnie czuję!

Cuisine And Art razem z Bazart serdecznie zapraszają na kolację, inspirowaną sztuką „Do stołu w Bazart!”12/09/2017, godzina 19.00

MENU:

// Niewidzialna Bloody Mary, w wersji bez alkoholu Niewidzialna Maria Dziewica – inspiracja: Andy Warhol

// Puszka Ulepszonej Fasoli z Chlebem Gryczanym – inspiracja: Eduardo Paolozzi

// Pulpeciki Z Kiełbasy Z Tuluzy Z Polentą (wersja wegetariańska – na specjalne życzenie) – inspiracja: Henri Toulouse-Lautrec

// Niespodzianka inspirowana…

// Wino czerwone, białe – bio

———————————————————————————–

/ Menu bez glutenu // Warzywa bio

————————————————————————————
eng

About Soutine, Toulouse-Lautrec’s herrings and Pancake Day

pl

You would think that today is such an easy day to write a post. It is very probable that in the country you are now it is Fat Tuesday today. Mardi Gras. Pancake Day. So I could write a lovely post about pancakes, put the photo of The Most Beautiful Pancake made by Polish artist Anna Królikiewicz and it would be done, as I did a few years ago (here).

But the situation is not such an easy task. As you know I’m Polish and as I wrote before we celebrate Fat Thursday (not Tue), when we eat doughnuts (not pancakes)! Our Fat Thursday was last week, so I put a painting of doughnuts by Ralph Goings titled “Chocolate on the top” on my fb page, I found one shop with terrible doughnuts and I ate X number of them (I was dreaming about being in Poland that day, but I wasn’t.).

But this is not the end of the story, not at all! Today in Poland we have ….. Herring Day (“Śledzik”)…. Yes, herring!!!!!!!! We eat them, drinking vodka, and we go to parties. But you can drink a Chianti, as below. This is our Polish celebration of the last day of carnival!

soutine-herrings-and-a-bottle-of-chianti-c1917
Soutine “Herrings And A Bottle Of Chianti / Śledzie i butelka Chianti” (c./ok. 1917)

I hope you can still follow me, can you? Fat Day – fat herrings. Sweet – savoury. Thu – Tue. Now you can perfectly understand my pain connected with writing today’s post… You get it now! Finally I waded through it somehow and it is thanks to … Henri Toulouse-Lautrec! Good Old Henri helps me even with bloody smelly herrings (which I adore anyway!). And I invited along side him Mister Chaim Soutine. Ladies and Gentelmen! Sisters and Brothers! Here you have in all their glory – amazing herrings, beautiful, proud and tasty!

soutine-still-life-with-herrings-c1916
Soutine “Still Life With Herrings / Martwa natura ze śledziami” (c./ok. 1916)

HERRINGS WITH ONIONS (original recipe by Toulouse-Lautrec, Joyant)

“Have some white salt herrings from Boulogne-sur-Mer, preferably herrings with soft roes. Desalt them well.

Brown some chopped onions in a pot with one part butter, one part oil. In a separate pan brown the herrings in oil.

Next put them to simmer for a good half hour to an hour in a covered pot with the onions; add a nut of butter, a trace of salt, and some pepper.”

The Editor’s note: “Desalt by soaking in water 24 hrs. Use 2 onions, 1 Tbs. oil, 1 Tbs. butter for each pound (about 1/2 kg) herring.  Finish with 1 Tbs. butter per pound (about 1/2 kg fish).”

soutine-still-life-with-her
Soutine “Still Life With Herrings And Onions / Martwa natura ze śledziami i cebulami”


SOUTINE, TOULOUSE-LAUTREC ZE ŚLEDZIAMI ORAZ DZIEŃ NALEŚNIKA

Można byłoby sobie wyobrazić, iż napisanie kilku zdań o Dniu Dzisiejszym jest niezmiernie łatwe. Można byłoby. Można byłoby nawet rozpisywać się o śledziach, o ostatnich baletach, czy być może o przygotowaniach do postu. Gdyby ten blog był jedynie po polsku, pewno by tak było właśnie. Ale że Cuisine And Art nie zna granic, to sprawa bardzo się komplikuje i może być wyjątkowo myląca.

Sytuację w Polsce mamy klarowną – Tłusty Czwartek był, pączków miliony zjedzone, a na fb’owej stronie Ralph Goings z pączkami wyjątkowo dorodnie wyglądał. Dziś Śledzik – też wiadomo, jazda ostrzejsza (tylko dla tych, którzy osiemnaście lat skończyli).

Nie samą jedną Polską człowiek żyje, choćby wielu tak sobie życzyło. W Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach nikt o żadnym innym tłustym dniu niż dzisiejszy wtorek nie słyszał – Mardi Gras w całej krasie, Fat Tuesday czy Dzień Naleśnika (tak, naleśnika!).

O naleśnikach pisałam już dawno temu tutaj, przedstawiając Najpiękniejszy Naleśnik Tego Świata, wykreowany przez Annę Królikiewicz. Możesz więc i obejrzeć, i przeczytac, możesz zabrać się za eksperymenty kolorystyczne i jeść naleśniki z czymkolwiek sobie zamarzysz. Naleśników temat na dzień dzisiejszy uznaję więc za zamknięty. Uff.

Z całej tej zawieruchy międzynarodowej na szczęście ratuje mnie Toulouse-Lautrec! Dobry stary Henryk w towarzystwie obłędnego wręcz Soutine’a – śledzie w całej swojej krasie, pełne uroku, typowego smrodku, rozpływające się w ustach. Śledzie takie, za jakimi tęsknię, gdy mnie w Polsce nie ma. Śledzie takie, które szczęśliwie kupić mogę a to w rosyjskim sklepie, a to polskim lub arabskim. Śledzie, o których śnię po prostu…

ŚLEDZIE Z CEBULĄ (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

Zaopatrz się w białe solone śledzie z Boulogne-sur-Mer, najlepiej takie z miękkimi delikatnymi mleczami. Wymocz je porządnie w wodzie, by odsolić.

Podsmaż posiekaną cebulę na maśle i oleju (tyle samo masła co oleju). Na osobnej patelni podsmaż śledzie na oleju.

Następnie duś pod przykrywką razem z cebulami przez dobrą godzinę; dodaj trochę masła, posól, popieprz.”

Nota Wydawcy: ”Odsól śledzie, mocząc je w wodzie przez 24 godziny. Użyj 2 cebul, 1 łyżki oleju, 1 łyżki masła na każdy funt (ok. ½ kg) śledzi. Na sam koniec dodaj po 1 łyżce masła na funt (ok. ½ kg) ryb.

Oczywiście nie bądźmy drobiazgowi! Śledzie nie muszą być z Boulogne-sur-Mer i mogą już być przygotowane wcześniej, że nie trzeba ich odsalać. Trzeba ułatwiać sobie życie i iść się bawić!

eng