A table au Bazart! – a supper inspired by art

pl

Have you ever seen the movie “The Hundred Foot Journey” with the amazing Helen Mirren? Food, Southern France, charming Saint Antonin Noble Val! And do you know what? I’m going to cook there next Tue! How great is that?

Cuisine And Art with Bazart (www.facebook.com/Bazart Textile) have the pleasure to invite you for a supper inspired by art “À TABLE AU BAZART”!!!
12/09/2017 – 7 PM

A-table-au-BazArt-www
on the photo (by Serafin) Txomin Badiola “Double trouble”

———————————————————————-
MENU:

// Invisible Bloody Mary Inspired By Andy Warhol(also available Invisible Virgin Mary = with no alcohol)

// Improved Beans Tin Inspired By Eduardo Paolozzi With Pure Buckwheat Bread

// Sausage From Toulouse Meatballs Stew In Apple Juice, Inspired By Toulouse-Lautrec, With Polenta (vegetarian version available on request)

// Surprise Inspired By …

// Organic red and white wine
———————————————————————–
/Menu is gluten free//Organic vegetables
/Meat – Boucherie Vincent Paluzzano, Naucelle//Wine – organic/
———————————————————————–

P.S. And here you have the trailer for “The Hundred Foot Journey”:



À TABLE AU BAZART! – KOLACJA INSPIROWANA SZTUKĄ

Widzieliście kiedyś film z obłędną Helen Mirren „Podróż na sto stóp”? Jedzenie, południowa Francja, urocze Saint Antonin Noble Val. I wiecie co? W najbliższy wtorek będę miała przyjemność tam serwować kolację! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa – tak się właśnie czuję!

Cuisine And Art razem z Bazart serdecznie zapraszają na kolację, inspirowaną sztuką „Do stołu w Bazart!”12/09/2017, godzina 19.00

MENU:

// Niewidzialna Bloody Mary, w wersji bez alkoholu Niewidzialna Maria Dziewica – inspiracja: Andy Warhol

// Puszka Ulepszonej Fasoli z Chlebem Gryczanym – inspiracja: Eduardo Paolozzi

// Pulpeciki Z Kiełbasy Z Tuluzy Z Polentą (wersja wegetariańska – na specjalne życzenie) – inspiracja: Henri Toulouse-Lautrec

// Niespodzianka inspirowana…

// Wino czerwone, białe – bio

———————————————————————————–

/ Menu bez glutenu // Warzywa bio

————————————————————————————
eng

About Soutine, Toulouse-Lautrec’s herrings and Pancake Day

pl

You would think that today is such an easy day to write a post. It is very probable that in the country you are now it is Fat Tuesday today. Mardi Gras. Pancake Day. So I could write a lovely post about pancakes, put the photo of The Most Beautiful Pancake made by Polish artist Anna Królikiewicz and it would be done, as I did a few years ago (here).

But the situation is not such an easy task. As you know I’m Polish and as I wrote before we celebrate Fat Thursday (not Tue), when we eat doughnuts (not pancakes)! Our Fat Thursday was last week, so I put a painting of doughnuts by Ralph Goings titled “Chocolate on the top” on my fb page, I found one shop with terrible doughnuts and I ate X number of them (I was dreaming about being in Poland that day, but I wasn’t.).

But this is not the end of the story, not at all! Today in Poland we have ….. Herring Day (“Śledzik”)…. Yes, herring!!!!!!!! We eat them, drinking vodka, and we go to parties. But you can drink a Chianti, as below. This is our Polish celebration of the last day of carnival!

soutine-herrings-and-a-bottle-of-chianti-c1917
Soutine “Herrings And A Bottle Of Chianti / Śledzie i butelka Chianti” (c./ok. 1917)

I hope you can still follow me, can you? Fat Day – fat herrings. Sweet – savoury. Thu – Tue. Now you can perfectly understand my pain connected with writing today’s post… You get it now! Finally I waded through it somehow and it is thanks to … Henri Toulouse-Lautrec! Good Old Henri helps me even with bloody smelly herrings (which I adore anyway!). And I invited along side him Mister Chaim Soutine. Ladies and Gentelmen! Sisters and Brothers! Here you have in all their glory – amazing herrings, beautiful, proud and tasty!

soutine-still-life-with-herrings-c1916
Soutine “Still Life With Herrings / Martwa natura ze śledziami” (c./ok. 1916)

HERRINGS WITH ONIONS (original recipe by Toulouse-Lautrec, Joyant)

“Have some white salt herrings from Boulogne-sur-Mer, preferably herrings with soft roes. Desalt them well.

Brown some chopped onions in a pot with one part butter, one part oil. In a separate pan brown the herrings in oil.

Next put them to simmer for a good half hour to an hour in a covered pot with the onions; add a nut of butter, a trace of salt, and some pepper.”

The Editor’s note: “Desalt by soaking in water 24 hrs. Use 2 onions, 1 Tbs. oil, 1 Tbs. butter for each pound (about 1/2 kg) herring.  Finish with 1 Tbs. butter per pound (about 1/2 kg fish).”

soutine-still-life-with-her
Soutine “Still Life With Herrings And Onions / Martwa natura ze śledziami i cebulami”


SOUTINE, TOULOUSE-LAUTREC ZE ŚLEDZIAMI ORAZ DZIEŃ NALEŚNIKA

Można byłoby sobie wyobrazić, iż napisanie kilku zdań o Dniu Dzisiejszym jest niezmiernie łatwe. Można byłoby. Można byłoby nawet rozpisywać się o śledziach, o ostatnich baletach, czy być może o przygotowaniach do postu. Gdyby ten blog był jedynie po polsku, pewno by tak było właśnie. Ale że Cuisine And Art nie zna granic, to sprawa bardzo się komplikuje i może być wyjątkowo myląca.

Sytuację w Polsce mamy klarowną – Tłusty Czwartek był, pączków miliony zjedzone, a na fb’owej stronie Ralph Goings z pączkami wyjątkowo dorodnie wyglądał. Dziś Śledzik – też wiadomo, jazda ostrzejsza (tylko dla tych, którzy osiemnaście lat skończyli).

Nie samą jedną Polską człowiek żyje, choćby wielu tak sobie życzyło. W Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach nikt o żadnym innym tłustym dniu niż dzisiejszy wtorek nie słyszał – Mardi Gras w całej krasie, Fat Tuesday czy Dzień Naleśnika (tak, naleśnika!).

O naleśnikach pisałam już dawno temu tutaj, przedstawiając Najpiękniejszy Naleśnik Tego Świata, wykreowany przez Annę Królikiewicz. Możesz więc i obejrzeć, i przeczytac, możesz zabrać się za eksperymenty kolorystyczne i jeść naleśniki z czymkolwiek sobie zamarzysz. Naleśników temat na dzień dzisiejszy uznaję więc za zamknięty. Uff.

Z całej tej zawieruchy międzynarodowej na szczęście ratuje mnie Toulouse-Lautrec! Dobry stary Henryk w towarzystwie obłędnego wręcz Soutine’a – śledzie w całej swojej krasie, pełne uroku, typowego smrodku, rozpływające się w ustach. Śledzie takie, za jakimi tęsknię, gdy mnie w Polsce nie ma. Śledzie takie, które szczęśliwie kupić mogę a to w rosyjskim sklepie, a to polskim lub arabskim. Śledzie, o których śnię po prostu…

ŚLEDZIE Z CEBULĄ (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

Zaopatrz się w białe solone śledzie z Boulogne-sur-Mer, najlepiej takie z miękkimi delikatnymi mleczami. Wymocz je porządnie w wodzie, by odsolić.

Podsmaż posiekaną cebulę na maśle i oleju (tyle samo masła co oleju). Na osobnej patelni podsmaż śledzie na oleju.

Następnie duś pod przykrywką razem z cebulami przez dobrą godzinę; dodaj trochę masła, posól, popieprz.”

Nota Wydawcy: ”Odsól śledzie, mocząc je w wodzie przez 24 godziny. Użyj 2 cebul, 1 łyżki oleju, 1 łyżki masła na każdy funt (ok. ½ kg) śledzi. Na sam koniec dodaj po 1 łyżce masła na funt (ok. ½ kg) ryb.

Oczywiście nie bądźmy drobiazgowi! Śledzie nie muszą być z Boulogne-sur-Mer i mogą już być przygotowane wcześniej, że nie trzeba ich odsalać. Trzeba ułatwiać sobie życie i iść się bawić!

eng

About Toulouse, Les Abattoirs, New Realism and Daniel Spoerri

pl

Sometimes it happens to me that when I have too many things to do I freeze, I stop, I do totally nothing. This year seems very busy to me, I’m preparing 3 exhibitions (2 not connected to Cuisine And Art), 2 Cuisine And Art events (one is a meal for 100 people!) and I generally have no time to sleep. But… last week my body said “STOP” and I stopped for seven days and I lay in my bed, sneezing, coughing and sputtering. And afterwards I felt quite surprised that the job wasn’t done and I didn’t write this post about the opening which took place at the beginning of February! Time is flying and I really can’t understand it. I don’t get it at all!

The nearest big city to me is Toulouse, where I go back often with pleasure. I like these trips, I like strolling on the same small streets, peering into the same corners and discovering new ones. I don’t like first visits to big cities, when I feel the stupid pressure of being a tourist and having to tick off obligatory tourist attractions. I can’t stand it, I hate it. But I repeat it every time in every big city. How stupid is that? So in Toulouse I feel great, I can do whatever I want. I have my rituals there, places where I go ALWAYS. First I have to visit the Russian shop, where I buy Polish cottage cheese, jars of Russian braised eggplant in tomato sauce and Greek filo pastry. Afterwards I take direct route to my favorite, the most delicious Lebanese bistro O’SAJ (15 rue Leon Gambetta), where I ALWAYS eat a saj (Lebanese flat bread baked on a special domed griddle) with eggplant in tomato sauce (of course), cheese and parsley. And I’m in heaven, ready to conquer Toulouse! I’m still in the same heaven when eating pistachio sorbet near by.

My travel-related obsession with ritual dominates also when the main purpose is the big opening of a huge exposition. Early evening opening gives me the time to visit the Russian Shop, the Lebanese bistro and to eat an Italian ice-cream. It gives me the time to visit my favorite small galleries – Fondation espace écureuil pour l’art contemporain (3 Place du Capitole) and Exprmntl (18 rue de la Bourse), which is also a bookshop, and two shops with supplies for artists. Afterwards there is just strolling along the riverbanks and around the other side of the river – to the quarter Saint-Cyprien, where there is a great modern art museum with a very good mediatheque – Les Abattoirs.  If it happens that Les Abattoirs is closed or an exhibition is crap – don’t worry, it is still worth seeing the old buildings of the slaughterhouses, which were turned into the museum in 2000. They are stunning!

les-abattoirs-celebrating-new-realism

This time the place was open and the crowd was standing politely in the queue to enter. “Celebrating New Realism” exhibition presents (for the first time in Toulouse) a collection of Nouveau Realist for the 40th anniversary of the Pompidou Centre. The exhibition includes: Arman, Ben, César, Gérard Deschamps, François Dufrêne, Raymond Hains, Horst Egon Kalinowski, Yves Klein, Robert Malaval, Robert Rauschenberg, Jean-Pierre Raynaud, Martial Raysse, Mimmo Rotella, Niki de Saint Phalle, Daniel Spoerri, Richard Stankiewicz, Jean Tinguely, Jacques Villeglé, Gil Joseph Wolman, M.A.T. Editions and more.

Everything (New Realism) started in 1960 in Yves Klein’s studio, where the group of artists signed the manifesto. Others joined them later. They called ”Nouveau Réalisme – new ways of perceiving the real”.

“The group offered an alternative to the Abstract wave which followed the Second World War and quickly became a major trend in Avant Garde throughout France and Europe. Nouveau Réalisme’s perspective on the object and gesture joined the change that was happening internationally throughout the world of art (Néo-Dada, Fluxus, Pop Art, groupe Zéro…).

Like Pop Art, Nouveau Réalisme addressed the rise in industrialism and consumerism in society. Drawing material for their works from the daily life of the early 1960s, Nouveau Realists used everyday objects, adverts, posters, junk, neon lights… Their works were however dense and radical, marked by action and movement; destroying, ripping, compressing, assembling, sticking, tearing, stretching, stamping, and wrapping. Each artist had their own particular method of creating a <>>.” [from www.lesabattoirs.org]

New Realism art never fascinated me, but I have to say that the ideas of it are very close to me. Recycling. Using every day objects. I’m a collector of many things. I collect things which others throw away. I process and I create. Now I’m preparing an exhibition structured from the rubbish I have found on the beach. I could say that I create My Own Realism.

So, New Realism’s ideas – YES YES YES, but the art of New Realism itself …? So so. But of course I found a few extraordinary pieces in that exhibition:

yves-klein-arman-1962
Yves Klein “Embossed portrait of Arman”, 1962
cesar-compression-de-sacs-1
Cés „Compression de sacs” , 1976

Yves Klein “Embossed portrait of Arman” from 1962 (bronze from plaster mould of the body painted in blue and set on gilded plywood) – what a beauty! One of us – humans, but just a blue one… César’s „Compression de sacs” or Tony Morgan and Daniel Spoerri’s movie „Beefsteak Resurrection” (1968), which “reverses the story of a steak from excrement to its genesis as a cow in a field.”

tony-morgan-beefsteak-resurrection-1968
Tony Morgan, Daniel Spoerri “„Beefsteak Resurrection / Zmartwychwstanie Befsztyka” (1968)
spoerri-les-abattoirs-2017
Daniel Spoerri “La Sainte Famille / Święta Rodzina” (1986)

And here I come to the point (of my trip). My goal wasn’t the New Realism in itself, but one man, one artist being a part of it – Daniel Spoerri, who took the basement in Les Abattoirs with another Daniel (Daniel Cordier) to create their exhibition “Daniel Spoerri, les dadas des deux Daniel”. Both of them – collectors, fanatics in collecting crumbs of the world, enjoying their life.

For <> Spoerri will set up the exhibition to show the complicity between his works, and both his and Daniel Cordier’s collection. Daniel Cordier is an art dealer, writer, historian, and critic. (…) His donations of Modern and Contemporary works, and also ethnographic artefacts, art works and curios from all the continents, make up a substantial part of Les Abattoirs collection; a permanent regional loan from the Centre Pompidou. Just like for Daniel Spoerri, where his work slots intrinsically in with his collection, for Daniel Cordier the very different geographical zones, cultures and themes of his chosen pieces go happily hand in hand.” [from www.lesabattoirs.org]

What a beautiful marriage of two Daniels! Two explorers. Two inquisitive observers. Two open minded men, living (life) to the full. Both, in ripe old age, came to the opening. One (Spoerri) like a Black Bird With White Hair, trying (perhaps) not to be so visible in the crowd. The other (Cordier)  like a Colorful Bird. Charming Gentleman.

The first time in my life I saw Spoerri’s art was in Krakow’s MOCAK (Museum of Modern Art) in 2013 (Until 2 April 2017 there is Daniel Spoerri’s exhibition “Art taken out of the ordinary” there!!!). It was just one piece of art, but the only one I managed to remember.

spoerri-by-cuisine-and-art
Daniel Spoerri “The Seville series No.16 / Cykl z Sewilli, nr 16” (1991)

Afterwards I forgot Daniel for a while and by pure accident I re-discovered him in Les Abattoirs’s mediatheque, looking at his menus and food remains stuck onto tables. It was great! Eat Art movement in all its loveliness. And when I saw another Spoerri piece in the Reina Sofia Museum in Madrid I was quite disappointed. The spell had been broken. The exhibition in Toulouse could change that. Did it?

His Eat Art.
Assamblage.
Object Art.
His snare-picturesobjects, which are found in randomly, orderly or disorderly situations, are mounted on whatever they are found on (table, box, drawer, etc.) in the exact constellation they are found in (…). By declaring the result to be a tableau, the horizontal becomes vertical. For example: the leftovers of a meal are mounted on the table and the table is then hung on a wall (…)”. [from www.danielspoerri.org]

His collections.
His interactions with the surrounding world.
His amazing, brilliant, breath taking giants – monsters – creatures, in which I totally fell in love:

spoerri-11
Daniel Spoerri
spoerri-12
Daniel Spoerri
spoerri-10
Daniel Spoerri
spoerri-13
Daniel Spoerri

Yes. The exhibition in Les Abattoirs refuted the doubts and it re-established my faith in the essence of art. And Mr Spoerri? Still he is not my favorite artist, but…. Look at these pieces above! How great they are!!!

„New Realism” and „Daniel Spoerri, les dadas des deux Daniel” exhibitions will last until 28 May 2017. More information: www.lesabattoirs.org



TULUZA, NOWY REALIZM I DANIEL SPOERRI

Zdarza mi się niekiedy, że przy wyjątkowym natłoku prac zamieram, nie robię nic. Nagle wydaje mi się, że robienie lub nie nie zmieni stanu rzeczy, przestaję panikować i pozwalam sobie na najzwyklejsze lenistwo. Innym razem przy wyjątkowym natłoku prac mój organizm sam mówi „Stop” i przeziębiona zalegam w łóżku przez dni kilka, chrypiąc, kichając i smarkając na wszystkie strony świata. Właśnie z łóżka wyległam, odkrywając, iż natłok pracy sam nie zmalał i jestem w punkcie wyjścia o tych kilka dni uboższa.

Przygotowuję 3 wystawy, 2 zupełnie nie związane z Cuisine And Art, oraz kilka wydarzeń, związanych tylko i wyłącznie z Cuisine And Art, w tym obiad dla 100 osób w przepięknym zamku, gdzie będę miała wystawę. Dla 100 osób nigdy nie gotowałam, na szczęście sytuację ratuje fakt, iż wydarzenie będzie miało miejsce za mniej więcej pół roku. Mam czas. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Usiadłam więc dzisiaj przy komputerze i przez dobrych kilka godzin starałam się ubrać w słowa krótki opis wystawy i wernisażu, na którym byłam (o zgrozo!) dwa tygodnie temu. Jak to jest możliwe, że czas tak leci? Nie wiem, nie rozumiem, nie ogarniam. Chciałam po prostu napisać, że byłam, że dobra wystawa, że miejsce fantastyczne, że miasto godne wizyty. Chciałam dodać, że wystawa jednego z artystów odbywa się równocześnie w innym muzeum, w innym mieście, w innym kraju. I chciałam w końcu przyznać się, że wystawa wystawą, ale jeść trzeba i gdzie w różnych miastach do tych samych miejsc namiętnie wracam. Dupa, zero, nic. Spędziłam ostatnich kilka godzin na rozpoczynaniu zdań różnych i kasowaniu ich. Po prostu umiejętność sklecenia kilku słów w jakiś choćby odrobinę interesującą całość okazała się niemożliwością. Zmieniłam więc taktykę, rozpoczynając pisanie po polsku, potem zacznie się orka tłumaczenia.

Uff. Udało się jakoś! Płynnie w miarę przejść do tematu mogę, cudownie. W końcu. Nareszcie.

Najbliższym Wielkim Miastem jest Tuluza, do której wracam chętnie. Lubię takie powroty, przechadzanie się po tych samych uliczkach, zaglądanie do tych samych kątów, ale i odkrywanie nowych. Nie lubię pierwszych wizyt w dużych miastach, kiedy to czuję jakąś kretyńską wręcz presję zaliczania obowiązkowych turystycznych punktów. Nie znoszę, nie cierpię, nie trawię, a i tak zawsze podczas pierwszej wizyty to robię. Potem jest tylko z górki. Tak więc w Tuluzie przede wszystkim odwiedzam Rosyjski Sklep, gdzie kupuję polski twaróg, rosyjskie słoiki duszonych bakłażanów w sosie pomidorowym i greckie ciasto philo. Następnie obieram kierunek ulubiony, ukochany, najważniejszy – O’SAJ (15 rue Leon Gambetta), maleńki libański bar, gdzie ZAWSZE posiłkuję się. O’SAJ znajduje się w samym centrum, menu ma proste – placuszki typowo libańskie z różnymi nadzieniami, które nazywają się SAJ i pieczone są na specjalnej półkolistej patelni, będącej jednocześnie czymś w rodzaju otwartego pieca. Wybieram duszone bakłażany w sosie pomidorowym z serem i jestem w niebie. W tym niebie jestem również później, gdy udaję sie do pobliskiej lodziarni na sorbet pistacjowy. I jestem gotowa do podbijania Tuluzy!


Obsesja rytuałów, związanych z podróżami, jest dominującą nawet wtedy, gdy celem jest wernisaż ogromnej wystawy. Wernisaż wczesno wieczorową porą, zaliczyć więc muszę i rosyjski sklep i libański bar i włoskie lody. Odwiedzić mam czas ulubione niewielkie galerie – Fondation espace écureuil pour l’art contemporain (3 Place du Capitole) i Exprmntl (18 rue de la Bourse), która jest równocześnie księgarnią, oraz zrobienie zakupów w jednym ze sklepów z zaopatrzeniem dla artystów. Potem już tylko szlajanie się po drugiej stronie rzeki, odkrywanie uroków dzielnicy Saint-Cyprien, gdzie znajduje się świetne muzeum sztuki współczesnej z równie świetną mediateką – Les Abattoirs. A jeśli wystawa jest kiepska albo miejsce akurat zamknięte i tak warto zobaczyć sam budynek starej rzeźni, przepiękny.

Tym razem miejsce było otwarte, a tłumy wernisażowych gości grzecznie stanęły w ogonku do wejścia. „Celebrowanie Nowego Realizmu” to wystawa, zorganizowana z okazji 40-lecia Centre Pompidou w Paryżu, prezentująca po raz pierwszy w Tuluzie kolekcję Nowego Realizmu (Arman, Ben, César, Gérard Deschamps, François Dufrêne, Raymond Hains, Horst Egon Kalinowski, Yves Klein, Robert Malaval, Robert Rauschenberg, Jean-Pierre Raynaud, Martial Raysse, Mimmo Rotella, Niki de Saint Phalle, Daniel Spoerri, Richard Stankiewicz, Jean Tinguely, Jacques Villeglé, Gil Joseph Wolman, M.A.T. Editions).

Wszystko zaczęło się w 1960 roku w studiu u Yves’a Klein’a i nigdy jakoś nie oczarowało mnie specjalnie, choć idea sama w sobie przedstawiania rzeczywistości samej w sobie, jej obiektów, przedmiotów dnia codziennego przemawia do mnie. Ba, przemawia do mnie ówczesna walka z konsumpcjonizem i działanie artystów do używania zużytych już materiałów (recycling w sztuce). Idea więc, szczególnie że chodzi przecież o lata 60-te, zacna i bardzo mi bliska (Jestem zbieraczem wszystkiego, kolekcjonuję to, co inni wyrzucają, przetwarzam, tworzę. Właśnie przygotowuję wystawę, zbudowaną ze śmieci znalezionych na plaży. Kreuję więc Własny Realizm.). Idea więc Nowego Realizmu po milion razy TAK TAK TAK, a idea w sztuce jest dla mnie ważna, jest wręcz podstawą – jeśli nie wierzę w dane dzieło sztuki, to może być najwspanialszym i najbardziej uznanym przez innych, ale odrzuconym i zapomnianym przeze mnie. W Nowy Realizm wierzę, ale nie marzę o nim. Zbyt wiele podobieństw w nim, powtórzeń, ale… Na wspomnianej wystawie kilka prac zachwyciło mnie, przyznać muszę.

Yves Klein „Embossed portrait of Arman” z 1962 roku (zdjęcie powyżej) toż to po prostu samograj! Atrakcyjny wizualnie, jednocześnie będący jednym z nas (to naturalnej wielkości odlew).Skompresowane worki César’a (zdjęcie powyżej) czy film Tony’ego Morgan’a „Zmartwychstanie Befsztyka” (1968) (zdjęcie powyżej), który zrobił we współpracy z Daniel’em Spoerri, gdzie proces życia i śmierci zostaje odwrócony – od ekskrementów, poprzez stek aż do krowy na polu.

I tu dochodzimy do sedna (wyprawy). Moim celem nie był Nowy Realizm sam w sobie, ale Daniel Spoerri, będący nie tylko częścią wystawy Nowego Realizmu, ale mający drugą wystawę „Daniel Spoerri, les dadas des deux Daniel” wraz z Danielem Cordier’em. Obaj – kolekcjonerzy, zapaleńcy zbierania okruchów świata. Daniel Spoerri zaprojektował tę wystawę, która stała się nie tylko prezentacją zbiorów sztuki ludów, zbiorem prawie etnograficznym, ale również prezentacją kuriozalnych prac, które sam stworzył.

Daniel Cordier, jeden z największych żyjących kolekcjonerów Sztuki przez duże S, prezentuje tutaj zbiory, które ofiarował Centre Pompidou. Piękny to mariaż dwóch Danielów, pełen wrażliwości, pełen ciekawości świata. Obserwatorzy. Dociekliwi odkrywcy. Otwarci na różnorodności tego świata, czerpiący z tegoż pełnymi garściami. Obaj, mimo sędziwego przecież wieku, pojawili się na wernisażu – jeden w czerni z rozwianymi białymi włosami, starający się wyglądem zginąć w tłumie, być może żeby móc lepiej oglądać, podglądać, czerpać z niego – Spoerri. I kolorowy ptak, piękny i czarujący – Cordier. Musiał to być wysiłek dla obu, szczególnie dla starszego (Cordier), nie mieszkają przecież „za rogiem”, ale szacunek do Sztuki właśnie spowodował, iż przywitali swoich, jakby nie było, gości (zdjęcie powyżej).

Sztukę Spoerri’ego po raz pierwszy zobaczyłam w 2013 roku (zdjęcie powyżej) w krakowskim MOCAK’u (Muzeum Sztuki Współczesnej, w którym trwa do 2.04.2017 Jego wystawa „Sztuka wyjęta z codzienności”!!!). Więcej informacji tutaj: https://mocak.pl/sztuka-wyjeta-z-codziennosci.

To była też jedyna praca, którą zapamiętałam z ówczesnej wystawy. Samego jednak Daniela zapomniałam na jakiś czas i zupełnie przypadkowo natknęłam się w mediatece ww Les Abattoirs w Tuluzie. Cuisine And Art albo już istniało, albo miałam jego istnienie w głowie, zafascynowana więc czytałam menu Spoerri’ego, które tworzył i oglądałam zdjęcia. Potem w Madrycie w Muzeum Reina Sofia natknęłam się na Jego prace i odkryłam, iż to, co mnie w albumach i książkach oczarowało, w rzeczywistości nie było już takie czarujące. Wernisaż w Tuluzie mógł lub też miał to odmienić. Czy odmienił?

Spoerri to „obrazy-pułapki” (tableaux pieges / snare-pictures), czyli znalezione przypadkowe obiekty przymocowane do podłoża i przedstawione w innym planie, jako tak zwany obraz, gdzie to, co horyzontalne staje się wertykalne. Przykładem są resztki jedzenia umocowane do blatu i powieszone na ścianie.

spoerri-01
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014)
spoerri-06
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014)

Spoerri to Eat Art, czy też inaczej Sztuka Jedzenie, gdzie jedzenie staje się Sztuką właśnie.

Czy nadal więc to, co znałam z książeki i albumów, było w nich bardziej czarujące? Czy wystawa zmieniła moje odczucia i Spoerri zaczarował mnie? Zaczarowały mnie i zabrały w zupełnie inny świat te prace, powalily mnie na kolana te giganty, te zbiory przedziwne, te morfy twórcze (zdjęcia powyżej).

Obie wystawy w Les Abattoirs trwać będą do 28 maja b.r. Więcej informacji na stronie www.lesabbatoirs.org.

Więcej informacji o Daniel’u Spoerri’m: www.danielspoerri.org.

Od tego roku do Tuluzy można przylecieć bez przesiadki z Warszawy-Modlina (www.ryanair.com), nie ma więc już wymówek, że daleko, że niewygodnie, że nie po drodze!

eng

About Toulouse-Lautrec’s chocolate mayonnaise

pl

Yes. You’ve read it well – chocolate mayonnaise. M A Y O N N A I S E. Sounds disgusting doesn’t it? How you could even think about chocolate and mayonnaise together? HOW?!

I have no clue how, but the idea came from Henri Toulouse-Lautrec. Looking at this great photo of him from Arcachon it even doesn’t surprise me. Totally Henri, that’s it!

tl-arcachon
from/z: www.rue89bordeaux.com

And I can’t show you any photo of a chocolate, mayonnaise, anything with chocolate or even an empty plate with chocolate remains. I’m surrounded by piles of snotty tissues, fresh tissues, jars of different honey, lemons, oranges, kiwis, juicer, garlic, garlic press, half-emptied cups of tea, glasses of water, some tablets, drops and books. Many books, which I have no energy to read. So you have to be gentle with me and understand that the photo of Henri naked in the summer should be enough to illustrate his sense of madness, crazyness and simple joy of life. Here you have the original recipe, so you can enjoy it on Valentine’s Day or any other day of the year.

And remember – Chocolate Mayonnaise means no more no less than CHOCOLATE MOUSSE. The name now surprises us, but perhaps then it didn’t? They say that Henri was the father of chocolate mousse, so yes, he could name it what he wanted!

CHOCOLATE MAYONNAISE (original recipe by Toulouse-Lautec, Joyant)

“In a saucepan put four bars of chocolate with very little water and let them melt on a very gentle fire. Add four large spoons of granulated sugar, 230g of good butter, four yolks of eggs and mix carefully.

Let it cool and you will have a smooth paste. Beat the whites of eggs to a snow and mix them, while stirring, into the paste.”

The Editor’s note: “A variation on mousse. 250g semi-sweet chocolate, 4 heaping tbs sugar.”

tl-the-kiss-1892
Toulouse-Lautrec The Kiss / Pocałunek, 1892

P.S. And here you have my own recipe for “Chocolat Mousse Hard To Believe“, which is made with “aquafaba” (water from chickpeas).



TOULOUSE-LAUTREC I MAJONEZ CZEKOLADOWY

Tak! Dobrze czytasz! Majonez C Z E K O L A D O W Y. Brzmi wyjątkowo ohydnie. Obrzydliwie. Obleśnie. Brzmi najbardziej fatalnie jak tylko może. Brzmi tak, jak ja się obecnie czuję, obłożona stosami zasmarkanych chusteczek, stosami świeżych chusteczek, otoczona słoikami miodów, cytrynami, pomarańczami, owocami kiwi, wyciskarką do cytrusów, wyciskarką do czosnku, czosnkiem, filiżankami i kubkami niedopitych herbat, szklankami na wpół pustymi / na wpół pełnymi wody oraz książkami. Mnóstwem książek, na które nawet nie mam ochoty spojrzeć. Nie mam więc i ochoty na gotowanie, fotografowanie, a wśród zdjęć żadnego nie ma z czekoladą, z majonezem, z pustym nawet ufajtanym czekoladą talerzem. W bibliotece zdjęć zero. O wybaczenie proszę, tym razem zdjęcie Henryka w pełnej krasie musi wystarczyć! Jego energia, Jego kreatywność i ponoć wymyślony przez Niego MUS CZEKOLADOWY, jakbyśmy go dzisiaj nazwali. Miał więc Henryk, jako Wynalazca, prawo do nazwania deseru jakkolwiek chciał, nawet majonezem!

Tak więc na jutro, na Walentynki (których ja nigdy nie obchodziłam i nadal nie obchodzę, ale może Ty obchodzisz) przepis w sam raz, bo jakże urocze jest podanie Ukochanemu lub Ukochanej MAJONEZU CZEKOLADOWEGO…? A jeśli nie na jutro, to na każdy inny dzień roku!

MAJONEZ CZEKOLADOWY (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

“W garnuszku, na bardzo małym ogniu, stop 4 tabliczki czekolady. Dodaj 4 łyżki cukru, 250 g masła, 4 żółtka i wymieszaj dokładnie. Ostudź. Ubij białka na sztywno i wmieszaj powoli do czekoladowej masy.

Nota od Wydawcy: „250g czekolady mlecznej, 4 łyżki cukru.

P.S. A tutaj mój przepis na “Czekoladowy Mus Niemożliwości“, zrobiony z “aquafabą” –  wodą z puszki po ciecierzycy!

eng

About being an Outsider, USPIAM and Sweet Potato Cheesecake

pl

The decision to leave the country where you were born and grew up entails acceptance of the fact of being an Outsider (a Stranger) always. An Outsider in a new country. An Outsider in your motherland, which is now “only” a place of birth. Usually being an Outsider isn’t negative and it doesn’t cause a sea of tears, or even a river. But sometimes, especially close to a birthday, there is some kind of sadness inside, some type of alienation, lack of belonging. Being an Outsider means also constantly searching for something, constantly trying to find THERE.

TAKE ME THERE.
THERE DOES NOT EXIST.
THERE IS NOWHERE. SOMEWHERE. ANYWHERE.
THERE IS USPIAM.

A year ago I landed on The Other Side Of The World in search of my own paradise and I discovered that “Plus ça change plus ç’est la même chose” (The more things change the more they stay the same). I created the photographic series “USPIAM”, which comes from latin and means “somewhere, anywhere”.

uspiam-byserafin
USPIAM – bySerafin 2016

This year I decided to celebrate my birthday, focusing on the bright side of being an Outsider and I created The Outsider Cheesecake, The Uspiam Cheesecake, The Sweet Potato Cheesecake with its amazing orange color derived from sweet potatoes. The Never-Photographed Cake to be honest. But I managed to do a sketch, using the Monge Method of projections.

During my studies at the Academy of Fine Arts we had a whole year long of descriptive geometry, which we – future artists – couldn’t understand at all, most of us. We struggled a lot with pain and anger, not being capable of understanding the whole mystery of descriptive geometry and failing one exam after another. I was no better than the rest, but my honour was saved by a Frenchman – Monsieur Gaspar Monge who discovered a method to describe ANY object.

What I remember is to draw a view from above and a side view or a cross section view. The actual method is far more complicated of course! But for my needs, sketching food when I design it, my adopted method is enough and I always think about Mr Monge. Here you have then The Sweet Potato Cheesecake – above and side views inspired by the Monge Method.

potato-cheescake-views
Sweet Potato Cheesecake – views / Sernik Ze Słodkich Ziemniaków – widoki

SWEET POTATO CHEESCAKE inspired by USPIAM (bySerafin)

TIN: Round tin, 18cm diameter

BASE:
– 130g digestive biscuits
– fresh ginger (about 1cm piece)
– 60g melted butter

Blitz the digestive biscuits, add freshly grated ginger and melted butter. Tip everything into the tin, press it evenly into the bottom and sides of the form.
Put into the preheated oven (180C) for 10 min.

FILLING:
– 300g mashed sweet potatoes (you can boil them or roast them with skin, just pricked with a fork)
– 50g cream cheese
– 100g fructose (or 120g sugar)
– 1 lemon (juice and zest)
– 2 eggs
– 1/2 tbsp of soya sauce

Mixed everything in the food processor. Pour on the pre-baked digestive base. Put into the oven, reduce temperature to 170C. Bake 45-60 min, checking after 30 min. The cheesecake should be a little “wobbly” in the centre, then, switch off the oven and let it cool. Place into a fridge overnight (I know, it is almost impossible to wait so long, but…. After one night it will be even better!).



O OBCYM, USPIAM I SERNIKU ZE SŁODKICH ZIEMNIAKÓW

Decyzja o opuszczeniu kraju, w którym się urodziło i wychowało, wiąże się z zaakceptowaniem tego, iż już zawsze będzie się Obcym. Obcym w kraju, który się na nowy dom wybrało. Obcym we własnej ojczyźnie, z której się już “jedynie” pochodzi. Zazwyczaj bycie Obcym nie wiąże się z negatywnymi emocjami czy morzem wylanych łez, niekiedy jednak, zwłaszcza w okolicach urodzin, ta łza jedna czy druga uroniona zostaje z poczucia tegoż wyobcowania, braku przynależności, wykorzenienia w mniejszym lub większym stopniu. Bycie Obcym wiąże się również z poszukiwaniem, z odwieczną ciągotą, tęsknotą za TAM. TAM będzie lepiej. TAM będzie raj. TAM. GDZIEŚ. GDZIEKOLWIEK.

Rok temu wylądowałam na Drugim Końcu Świata, by odkryć, iż “Plus ça change plus ç’est la même chose”, czyli “Im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje tym samym”. Stworzyłam fotograficzną serię “USPIAM”, co oznacza w języku łacińskim GDZIEŚ/WSZĘDZIE/NIGDZIE/GDZIEKOLWIEK/TAM.

ZABIERZ MNIE TAM.

TAM NIE ISTNIEJE.

TAM JEST NIGDZIE. GDZIEŚ.

GDZIEKOLWIEK.

TAM ZNACZY USPIAM.

Świat Obcego. Innego. Skądś.

W tym roku postanowiłam połączyć USPIAM ze zbliżającymi się urodzinami, które stają się niczym więcej jak pretekstem do upieczenia ulubionego przeze mnie ciasta – sernika. Sernika jednak Innego. Obcego. Sernika-USPIAM, którego zdjęcie nie powstało. Powstał jednak szkic (powyżej).

Szkic, będący pozostałością po trudach studiowania geometrii wykreślnej na pierwszym roku Akademii Sztuk Pięknych jakieś dwadzieścia lat temu. Z przedmiotu wyjątkowo mało rozumianego przez przyszłych artystów, zapamiętałam (i to niedokładnie) tak zwane “rzuty Monge’a” [morza], nie ze względu na brzmienie, lecz na ich przydatność w życiu codziennym. Rzut z góry i rzut z boku (albo przekrój?!) wystarczy, by przestawić KAŻDY przedmiot. Oczywiście to ogromne uproszczenie, w dodatku zaadoptowane przeze mnie na potrzeby własne! Genialna prostota, która przydaje się również w kuchni. Kolejne zeszyty, w których notuję pomysły kucharskie, pełne są prostych rysunków, w których gdzieś kryją się ślady Monge’a. Można więc mój rysunek swobodnie nazwać “Widoki Sernika Ze Słodkich Ziemniaków, zainspirowane rzutami Monge’a”.

SERNIK ZE SŁODKICH ZIEMNIAKÓW, zainpirowany USPIAM (bySerafin)

FOREMKA DO PIECZENIA: okrągła, 18cm

BAZA:
– 130g ciasteczek digestive
– świeży imbir (mniej więcej centymetrowy kawałek)
– 60g stopionego masła

Zmiksuj ciasteczka w robocie kuchennym, dodaj starty korzeń imbiru i masło, dobrze wymieszaj. Wyłóż do foremki i ubij jednolicie, nie zapominając o bokach, a przynajmniej ich kawałku (1 cm wysokości).
Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180C na 10 min.

MASA:
– 300g purée ze słodkich ziemniaków (ugotowanych lub upieczonych ze skórką, nakłutych widelcem przed włożeniem do piekarnika)
– 50g kremowego serka
– 100g fruktozy (lub 120g cukru)
– 1 cytryna (sok i starta skórka)
– 2 jajka
– 1/2 łyżki sosu sojowego

Zmiksuj składniki dokładnie. Wlej na podpieczoną wcześniej bazę. Wstaw do piekarnika, obniż temperaturę do 170C. Piecz 45-60 min, sprawdzając po pół godzinie. Sernik powinien nieco trząść się w samym centrum, wtedy piekarnik wyłącz i poczekaj do ostudzenia. Ciasto wstaw do lodówki na noc, mimo ogromnej, gigantycznej, największej na świecie pokusy zjedzenia go od razu i to w całości! Poczekaj, błagam!

eng

Still about Gastrofestival Madrid

pl

Hi! Gastrofestival Madrid is still on and I have to write to you about some art&cuisine events there which I’m going to miss. Look at these two:

Sat 4th Feb at 6h30 pm – Prado Museum – the conference “THE GASTRONOMY IN THE PRADO MUSEUM” by Mateo Sierra (free entrance until full capacity).

gastrofestival-ca31d-clarapeeters660x335
from: www.gastrofestivalmadrid.com/en/evento/722/-museo-del-prado

THE COLOUR AND THE FLAVOUR IN TAPAS” – NuBel, The Reina Sofia Museum, until 5th Feb, 6h30 pm – 8h30 pm (prices: 2 and 2,5 euros) – something to drink plus a tapa especially designed for this occasion by the chef Javier Muñoz-Calero, based on a piece of art from the museum.

gastrofestival-594c5-gf17reinasofianubel660x335
NuBel, The Reina Sofia Museum
gastrofestival-cae55-gf17reinasofianubeltapa660x335
NuBel, The Reina Sofia Museum


NIEUSTAJĄCO O GASTROFESTIVAL’u W MADRYCIE

Gastrofestival Madrid w toku i nie mogę się oprzeć przed przestawieniem tego, za czym tęsknić jedynie mogę i marzyć.

Sobota 4/02, 18.30, Muzeum Prado, konferencja „Gastronomia w Muzeum Prado”, Mateo Sierra (wstęp wolny, ilość miejsc ograniczona).

„Kolor i smak w tapas” – NuBel, Muzeum Reina Sofia, do 5/02 w godzinach 18.30-20.30, napitek + tapa (cena 2-2,5 euro), specjalnie zaprojektowana i wykonana przez szefa kuchni NuBel, którym jest Javier Muñoz-Calero.

O jakże bym chciała!

eng

About Bounties and Toulouse-Lautrec’s Spanish Soup

pl

Jean-Claude – The Best Gardener In The Village came one morning with a wooden box of goods  – the crinkly carrots, the biggest ever onions (650 g each one!) and a turnip. A great start for making soup, especially when the weather doesn’t spoil anyone, it’s cold and wet. I took “The Art of Cuisine” cookbook and I read once again every recipe for soup. According to Toulouse-Lautrec and Joyant you always need to have a carrot and a turnip. In Polish cuisine every soup has to have an onion, carrot, parsnip and celeriac, but never a turnip. We are not big lovers of this veg and I have to admit – it is not one of my favorites either! But bounty is bounty and I had to use it.

Writing my two last posts about Spain (1st post and 2nd post) and having Gastrofestival Madrid still going on (until the end of this week) I chose a recipe for the Spanish Soup, which is so beautifully written, that I have no choice but to present it to you in its original form. I have no idea if this soup has any Spanish roots or the French just named it that. It’s great for winter time and according to Henri very healthy too.

www-bounty-nr1-byserafin
BOUNTY #1 / DAR #1 by Serafin 2017
www-bounty-nr2-byserafin
BOUNTY #2 / DAR #2 by Serafin 2017

SPANISH SOUP by Henri Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant

“For a liter of consommé: put four liters of cold water in a stewpot made of earthenware, some salt, two spoons of lentils, a spoon of split peas, and a spoon of white haricot beans.
When the water boils, add a large leek cut in pieces, a hundred grams of carrots and a hundred grams of thinly sliced turnips, half a stick of celery, a piece of thistle, parsnip, and a lettuce cut in pieces.
Let it boil without a lid; then, with a lid; let it reduce on a low fire until one liter of consommé remains from the four liters of water.
Strain and serve hot.
This soup is excellent for intestinal inflammation and diarrhea and has the same properties as milk.
If one wants to eat it, without being ill, add pepper, salt, and a
binding of butter with egg yolk and fried croutons.”



DARY I HISZPAŃSKA ZUPA TOULOUSE-LAUTREC’a

Jean-Claude – Najlepszy Z Ogrodników zawitał ostatnio ze skrzynką dóbr – powykrzywiane urocze marchewki, największe z cebul (650 g każda!), piękna dorodna rzepa, której jednak miłością nigdy nie darzyłam ani nadal nie darzę. Dary jednak darami są i trzeba je dobrze wykorzystać! A że zimno, mokro i buro za oknem, a że dwa ostatnie posty o Hiszpanii były (ten i ten tutaj), a że Gastrofestival Madrid trwa jeszcze do końca tygodnia, postanowiłam ugotować Hiszpańską Zupę Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a. Czy ona hiszpańska czy jedynie tak przez Francuzów nazwana – sprawa to mało istotna. Istotny jest urok przepisu samego w sobie, który powyżej cytuję po angielsku, a poniżej samodzielnie, mniej lub bardziej zgrabnie, tłumaczę. Proszę zwrócić szczególną uwagę na porady zdrowotne Henryka oraz na budowę receptury, czyli brak wyszczególnionych składników, co moim zdaniem nie ułatwia jednak gotowania.


HISZPAŃSKA ZUPA (przepis org. Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a)

“Na litr consommé*: wlej cztery litry zimnej wody do glinianego naczynia na zupę, odrobinę soli, dwie łyżki soczewicy, łyżkę grochu łuskanego i łyżkę białej fasoli. Gotuj pod przykryciem, potem bez, na niewielkim ogniu, aż płyn zredukuje się do jednego litra consommé.
Odcedź i podawaj gorące.
Zupa ta jest wyjątkowo dobra na problemy jelitowe, biegunkę. Ma takie same właściwości jak mleko.
Jeśli osoba zdrowa chciałaby ją jeść, dodaj pieprzu, soli, mieszanki masła i żółtka oraz małe grzaneczki.”

*Consommé – klarowny bulion, przygotowany w odpowiedni sposób.
Ze względu na sposób przyrządzania consommé, osobiście nie użyłabym tutaj tej nazwy, ale zastąpiłabym ją „wywarem” lub „bulionem”, w przepisie jednak użyto tego wyrazu.

eng

About Gastrofestival Madrid and art

pl

Do you have plans for this weekend? Or for the next one? No? Great! Go and buy a flight to Madrid! Just go and buy! Now! (And afterwards comeback here to read why 🙂

Two days ago I wrote a post about Madrid, more about art than food, but with a recipe for lamb meatballs. Now I want to add some news – until the 5th of February there is a GASTROFESTIVAL there!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Unfortunately I can’t go, hopefully next year. But you can, I’m pretty sure.

gastrofestival-madrid
www.gastrofestivalmadrid.com/en

The most exiting thing is that Gastrofestival Madrid is not just about food. It is about food, health and culture! Gastronomy in literature, music, cinema, fashion, theatre and art, including photography!!! Madrid’s best museums and galleries take a part in this year’s Festival. There are almost 30 events dedicated to food and art. The Prado Museum, The Reina Sofia MuseumThe Thyssen-Bornemisza Museum and many many more. Look at the map:

gastrofestival-madrid-map
from/z: www.gastrofestivalmadrid.com

Take a deep breath, make a coffee. Do you already have those bloody flight tickets? Yes? (I’m very jealous…) Good then! Now it is a time for packing and reading about Madrid (also about accommodation, which could be helpful). Ready to go?

P.S. Do not forget to write to me how it was there! Take some photos, perhaps they could be shown here, on the Cuisine And Art blog.

cafe-madrid-by-cuisine-and
Madrid by Cuisine And Art


GASTROFESTIVAL MADRID I SZTUKA

Dwa dni temu pisałam o Madrycie i w tym Madrycie pozostaję, przynajmniej teoretycznie. Spieszę donieść, iż weekend się zbliża jeden i drugi, a do 5. lutego w hiszpańskiej stolicy trwa GASTROFESTIVAL!!!!!!!! Dla jednych to wiadomość genialna, dla innych smutna i pozostaną oni (ze mną na czele) w gronie zazdrośników, nie mogących akurat tam być.

Madrycki Gastrofestival tym różni się od innych, iż nie o jedzenie w nim jedynie chodzi, ale o sztukę również!!! Literatura, muzyka, teatr, moda, fotografia, malarstwo. Prawie 30 wydarzeń dotyczy sztuk wizualnych jednie, spójrz na mapę festiwalową powyżej. Wejdź na stronę www.gastrofestivalmadrid.com i rozkoszuj się choćby samymi nazwami: Muzeum Prado, Reina Sofia czy Muzeum Thyssen-Bornemisza to tylko niektóre z muzeów, a dochodzą jeszcze wiodące galerie! Warsztaty, pokazy ,konferencje, prezentacje. Jedzenie. Mnóstwo jedzenia.

Kupuj więc bilet teraz, od razu! Nie zwlekaj, nie czekaj, nie zastanawiaj się! Bądź moimi oczyma, napisz mi jak było, prześlij zdjęcia, żebym jeszcze bardziej była zazdrosna. Przeczytaj raz jeszcze co o Madrycie pisałam, może któraś z informacji przydatną się okaże w podróży, na przykład ta o zakwaterowaniu. Zmykaj już, leć!

eng

About Madrid, Castro Prieto and lamb meatballs

pl

There are places which I fall in love with from the first visit. There are others which I need years and years, visits and visits to finally love them. Madrid belongs to this first group. This city has never disappointed me. Ever. Since the first time there, more or less 20 years ago, I adore it. For me Madrid means, far more than just amazing food and wine (as always in Spain), great museums and majestic town houses with enormous elegant entrances.

This time it was the same. The journey itself happened completely by chance – I saw a return flight ticket for 18 euros, so I felt that I just had to go. That it was my obligation. Knowing Madrid already, helped me to choose accommodation – a beautiful, cozy and comfortable small Studio La Latina with everything I needed (fridge+corkscrew+espresso machine) in a very central part  so as to be close to all the great museums – The Prado Museum, The Reina Sofia Museum and The Thyssen-Bornemisza Museum. The Three Huge Cultural Monsters, The Three Giants with every type of art you can dream of! And all of them have a few hours per week of free entry! How great is that!!!

As I had visited each one a few times before, I knew exactly what I wanted to see. I wanted to see Goya’s Black Paintings and Velázquez’s “Christ Crucified”. Why? To be honest just to check if these paintings effect on me was the same as they had been 20 years ago. I always do this when in Madrid. It has become such a habit for me. And the answer is always the same, of course!

Every time I’m totally enthralled by the light in the Black Paintings. I sit there on a bench and I stare at them, almost not believing that that light is coming from the paintings, not from any additional light source. My friend David Frankel, the writer, wrote a little while ago an essay entitled “The Dog, devoted to that specific Goya painting, where he ponders on the mystery of the dog – the enigmatic loneliness of the animal, who is starring at… At what? So I went to the Prado Museum to:

A. solve a mystery,
B. make a self-portrait with The Dog,
C. report everything to David F.

But the results weren’t so optimistic:

A. I didn’t solve any mystery, including that one,
B. it was prohibited to make photos,
C. David F. only received a postcard of The Dog.

Then I moved on to Velázquez. I thought that this time it wouldn’t effect me so much. I thought that this time a religious masterpiece wouldn’t enchant me, but… It was like always – I just couldn’t move and I regret that there is no bench there to sit on (My legs hurt soooo much after walking kilometres around the city, so I understood a little better Christ’s suffering… ;-). One more time I decided that this is the most significant, the most important and the most powerful piece of art for me. For me – a catholic from birth, but not practicing. Yeah…, art is a mystery, that’s for sure…

Remembering my first visit to the Prado Museum years ago with my father and his fascination for Hieronymus Bosch (Spanish “El Bosco”) I moved slowly, very slowly, barely dragging my feet, to see his paintings. My dad was so terribly upset that I didn’t enjoy them then, so I wanted to find out how I feel now. It was the biggest surprise I could have. I just loved them, loved them, loved them! Nothing more, nothing less.

There are so many galleries and museums in Madrid that of course it is not possible to visit all of them being there for just a few days. But I could definitely recommend some of them:

If you like old empty buildings with souls, with a history, with that certain Something, if you love peeling paint in industrial spaces – yes, the Tabacalera is for you, even with no exhibition inside! But this time there was one and it was very special, an absolutely stunning exhibition by Castro Prieto – “CESPEDOSA”. (Unfortunately this exhibition is now finished.)

Juan Manuel Castro Prieto is a Spanish photographer based in Madrid. Perhaps I could call him a documentalist, but I don’t. Perhaps I shouldn’t call him a conceptual artist, but I do. Castro Prieto opened my eyes to “conceptual documentary” photography, as I have called it myself.

It is very difficult for me write about his exhibition, about his works. I entered into the Tabacalera, I saw empty spaces, a labyrinth of corridors and rooms. One photo here, another there. And it was like magic. Something unknown pulled me inside. Juan Manuel left me totally spellbound. Large formats, great quality – of course it is an advantage, but The Soul, The Concept, that Something. It doesn’t happen often in documentary photography. But here…I felt that Castro Prieto first put his mind into every photo, second – his heart and soul, at the end he pressed the shutter. And for the first time in my life I started to desire a photo, his photo. This one to be specific, Cordero Pascual:

castro-prieto-cordero-pascual-2009
Castro Prieto, Pascual Lamb/ Baranek Paschalny, 2009

Of course this photo above is a photo of Castro Prieto’s photo, which I made during the “Cespedosa” exhibition. The original one is a lot “deeper”, if you know what I mean. And I’m asking Juan Manuel quietly – how it happens that you are such a great Observer? That you catch all these rare special moments around you? Do you arrange your surroundings even a little? It is hard to believe that you just happened to meet this young man above with that lamb.

That’s why (not knowing Castro Prieto personally) I believe that he uses everything from his own world and thanks to photography he creates another, not less real, world – Castro Prieto’s World. One of my favorites.

LAMB MEATBALLS WITH ANISE SEEDS inspired by Castro Prieto
500g lamb minced meat
1 small chopped onion
2 crushed cloves of garlic
1 egg
2-3 tbsp of bread crumbs soaked in 1/4 glass of water
salt
pepper
1 teaspoon of ground anise seeds*
1 teaspoon of turmeric
TO SERVE: parsley, rice, lemon juice

www-lamb5-canda-2016
Lamb meatballs with anise seeds / Klopsiki jagnięce z anyżem – Cuisine And Art

Mix everything well with bare hands. Shape into small balls (It is easier to do it with wet hands, so after making each ball wet your hands in cold water). Fry them in a very hot frying pan with a drizzle of olive oil.

Serve with rice and chopped fresh parsley. Squeeze some lemon juice on the top to add a zingy, aromatic flavour.

* If you don’t like anise seeds you HAVE TO try anyway! I didn’t like them either until I tried these lovely meatballs in Istanbul.

www-lamb3-canda-2016
Lamb meatballs with anise seeds / Klopsiki jagnięce z anyżem – Cuisine And Art


MADRYT, CASTRO PRIETO I KLOPSIKI JAGNIĘCE Z ANYŻEM

Istnieją miejsca na tym ziemskim padole, w których zakochuję się od pierwszej wizyty i które darzę miłością lata całe. Istnieją inne zaś, które potrzebuję odwiedzić wiele razy, by w końcu zakochać się. Madryt z całą pewnością należy do pierwszej grupy. To miasto, które nigdy mnie nie rozczarowało, a które oczarowuje mnie za każdym razem. Miasto, które odwiedzam dość regularnie od około 20 lat. Które, poza świetnym jedzeniem i piciem (jak zawsze zresztą w Hiszpanii), może poszczycić się genialnymi wprost muzeami i przepięknymi majestatycznymi kamienicami z ogromnymi eleganckimi wejściami.

Tym razem było tak samo. Oczywiście podróż odbyła się przez przypadek. Poczułam się zobligowana do niej, ujrzawszy przelot w dwie strony za 18 euro. Nie mogłam nie kupić biletów, po prostu nie mogłam i już! Będąc w Madrycie już tyle razy, wiedziałam dokładnie co chcę zobaczyć przez te kilka dni. Potrzebowałam wygodnych butów i dachu nad głową. Dach nad głową znalazłam szybko – w samym centrum, by nie tracić cennego czasu na dojazdy. Urocze małe mieszkanko Studio La Latina, które miało wszystko to, czego dusza potrzebuje (lodówka, ekspres do kawy i korkociąg). A stąd pieszo od 3 do 10 minut do Trzech Kulturalnych Gigantów, do tych trzech obłędnych, fantastycznych i zapierających dech w piersiach muzeów, w których KAŻDY znajdzie coś dla siebie z KAŻDEGO rodzaju sztuki – Muzeum Prado, Muzeum Reina Sofia i Muzeum Thyssen-Bornemisza. I to nie koniec dobrych wiadomości! Każde z nich ma kilka godzin tygodniowo wejściówki za darmo (dot. stałych ekspozycji)! Owszem, nawet zimą trzeba postać 5-20 minut w kolejce (warto więc przyjść wcześniej i nie bać sie długiego ogonka, bo on kurczy się szybko), ale jest to gratka!!! W sezonie letnim nie mam pojęcia jak to jest, bo wtedy nie zwiedzam, zaszywam się w domu, unikając turystycznych tłumów. Ewentualnie chowam się pod wodą, nurkując w ciszy i spokoju.

Tym razem madrycki plan był następujący. Prado. Francisco Goya z Czarnymi Obrazami, a przede wszystkim z „Psem”. I Velázquez z “Ukrzyżowanym Chrystusem”. Za każdym razem, odwiedzając hiszpańską stolicę, lęcę przywitać się z Psem i zobaczyć Chrystusa. Za każdym razem zastanawiam się – może teraz nie będzie tak genialnie? Może już się „przyzwyczaiłam”? Może jednak, będąc jedynie Katoliczką z urodzenia, religijny obraz nie wywoła tych samych wrażeń, a portret Psa okaże się jedynie portretem psa? Oczywiście wywołuje te same wrażenia albo jeszcze większe! Pies nie jest jedynie psem! I za każdym razem wbija mnie w zimię. Nie mogę mówić. Dech mi zapiera. Zamieram. Na dole u Goyi (dolne piętro muzeum) raz jeszcze sprawdzam światło. Czy aby to na pewno poświata z Czarnych Obrazów? Nie ukryli gdzieś dodatkowych lamp? Nie ukryli. Goya po prostu tak potrafił i już. Siedzę więc na ławeczce i patrzę.

Tym razem miałam zadanie, związane z Psem. Przyjaciel pisarz – David Frankel – poświęcił temuż esej, zatytułowany (jakżeby inaczej) „Pies”, w którym zastanawiał się nad samotnością zwierzęcia, jego wyobcowaniem, a przede wszystkim na co on tak patrzy? Czegoż psina wypatruje? Poszłam więc by:

A. zgłębić tajemnicę,
B. zrobić autoportret z tymże,
C. zdać relację David’owi F.

Niestety rezultaty nie przyniosły spodziewanych rezultatów:
B. tajemnica pozostała tajemnicą,
C. nie można było robić zdjęć,
D. David F. otrzymał jedynie kartkę pocztową z Psem.

Mogłam już spokojnie udać się do Velázquez’a. Udać się to może źle powiedziane. Powłóczyć się, ledwo ciągnąc obolałe stopy. Przemieszaczając się w najwolniejszym tempie z możliwych i tylko dzięki temu, że cel był zbożny (dosłownie). I przed tym Chrystusem raz jeszcze zaniemiałam. Stanęłam jak słup, bo z jakiś bardzo niezrozumiałych dla mnie względów w tej sali nie ma ławeczki niestety. I tak stałam, wbijając ślepia i myśląc o bólu. I tym chrystusowym i moim własnym. Sztuka jest tajemnicą z całą pewnością.

Przypomniała mi się moja pierwsza wizyta w Muzeum Prado. 20 lat temu. Z Ojcem, który pognał do Hieronim’a Bosch’a i oboje nie mogliśmy się nadziwić, że (wtedy) tenże nas dzielił. Ojciec zupełnie zafascynowany twórczością. Ja totalnie niewzruszona i nie rozumiejąca. Tym razem jednak … oszalałam na punkcie Bosch’a! Pokochałam Go miłością żarliwą, gorącą i namiętną. I nie mogłam przeżałować, iż nie wybrałam się do Prado kilka miesięcy wcześniej, kiedy to była olbrzymia wystawa Bosch’owskich dzieł. Potem było odrobinę gorzej, kiedy to w każdej księgarni natykałam się na jakiegoś obcego mi zupełnie „El Bosco”, który był jak Hieronim. Oślepiona, otępiała bólem (nóg) nie skojarzyłam, iż Hiszpanie Bosch’a nazywają „El Bosco”. Bosko!

Oczywiście Madryt ma tyle do zaoferowania, że jedyną metodą (jedyną i słuszną) byłoby zamieszkanie tam, by zwiedzać wszystkie muzea i galerie. Mając jedynie kilka dni do dyspozycji mogę z czystym sumieniem polecić (oprócz ww muzeów oczywiście!):

Jeśli lubisz puste industrialne przestrzenie z odłażącą ze ścian farbą Tabacalera jest dla Ciebie, nawet jeśli nie ma w niej wystawy! Podczas mojej wizyty była i to genialna – Castro Prieto „CESPEDOSA”. (Niestety już jej nie ma.)

Juan Manuel Castro Prieto jest hiszpańskim fotografem, mieszkającym w Madrycie. Być może mogłabym Go nazwać dokumentalistą, ale nie potrafię. Być może nie powinnam nazwać Go „artystą konceptualnym”, ale tak właśnie czynię. Castro Prieto otworzył mi oczy i znalazłam w Jego twórczości coś, co nazwałam na użytek własny „konceptualnym dokumentem”. Bo jakże inaczej mogłabym, patrząc na Jego gigantyczne fotografie o zupełnie niespotykanej magii i tym Czymś? Czy jest tylko i wyłącznie tak świetnym Obserwatorem? Czy też aranżuje przestrzenie wokół siebie w mniejszym lub większym stopniu?

Dla mnie jako fotografa, bycie pod tak ogromnym wrażeniem wystawy zdjęć, jest bardzo rzadkie. Podczas tych już około 20 lat życia z fotografią obok, podczas obejrzenia mnóstwa wystaw i zwiedzania festiwali fotografii, na palcach jednek ręki chyba mogę policzyć Takie wystawy. TE. Te wyjątkowe, Te, o którch tak trudno mi napisać, bo nie wiem jak po prostu. I tu nagle w starej, obskórnej bądź co bądź fabryce tytoniu, wśród labiryntu korytarzy i kolejnych pomieszczeń zjawia sie Castro Prieto ze zdjęciami rodzin, portretami, talerzem jabłek. Bez żadnych dziwów-cudów. Bez różowych nagości i kilometrowych teorii. Dobra stara tradycyjna fotografia z duszą. Tak, tego słowa mi brakowało. Bo Juan Manuel fotografuje po pierwsze z Ideą, po drugie z Duszą i Sercem. I dopiero wtedy naciska spust migawki. I wciąga do swojego świata, który stał się jednym z moich ulubionych, a zdjęcie „Baranka Paschalnego” (powyżej) stało się obiektem mego pożądania. Po raz pierwszy w życiu zapragnęłam posiadania czyjejś fotografii. Ta, którą prezentuję na blogu, jest jedynie moim zdjęciem zdjęcia Prieto Castro, nie jest więc takim „głębokim” ani „czystym”. Brak mi słów.

KLOPSIKI JAGNIĘCE Z ANYŻEM zainspirowane twórczością Prieto Castro
500g mielonej jagnięciny
1 mała posiekana cebula
2 ząbki zmiażdżone ząbki czosnku
1 jajko
2-3 łyżki bułki tartej namoczonej w ¼ szkl. wody
sól
pieprz
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka sproszkowanego anyżu*
DO PODAWANIA: ryż, posiekana natka pietruszki, sok z cytryny

Wymieszaj wszystko dokładnie (najlepiej rękoma). Formuj kulki wielkości golfowych, najłatwiej robi się to rękoma, zmoczonymi w zimnej wodzie, mięso wtedy nie przykleja się. Smaż na gorącej patelni z odrobiną oliwy.
Podawaj z ryżem i posiekaną natką pietruszki. Skrop z sokiem z cytryny, by dodać jeszcze więcej aromatu i zbalansować wszystkie smaki.

* Jeśli nie lubisz anyżu, to i tak MUSISZ go dodać i spróbować! Je też go nie lubię, poza tym jednym jedynym (jak na razie) wyjątkiem!
P.S. Nie podoba mi się słowo „klopsiki”. A to klops! Ani „pulpeciki”, kojarzące mi się z puchlnym dziecięciem. „Kulki mięsne” – nie. I „kuleczki” rówież. Jakieś pomysły może?????

P.S. Ten wpis dedykuję Joannie B. ze specjalnymi podziękowaniami “za wszystko”! Przepięknego Madrytu!

eng