About Maurizio Catellan, a banana worth $ 120 000 and banana skin chutney

above / powyżej: Maurizio Cattelan “COMEDIAN / KOMEDIANT”; photo/foto: Sarah Cascone from/z: news.artnet.com


pl

In 2019 during Art Basel Miami Beach, Maurizio Catellan presented his “Comedian” – a banana taped to the Perrotin Gallery wall with duct tape. It was created as an edition of 3. Two of them were sold for $ 120 000, the third one was eaten by the artist David Datun.

David Datuna just ate the “Comedian” by Maurizio Cattelan / David Datuna właśnie zjadł “Komedianta”; photo/foto: Eva Uzcategui (Reuters); from/z: The Guardian

The new owners of Catellan’s bananas assured that they had bought an art idea, perfectly knowing the price of bananas in a food market and that the banana in the exhibition was changed every few days.

Today I weighed a banana. The Canarian banana to be precise (these bananas are smaller, firmer and their flesh is slightly orange. I like them better, perhaps because I lived for a short period in the Canary Islands). The banana weighed 150 grams – 100 grams of flesh and 50 grams of skin. It was easy then to calculate that the part uneaten by David Datuna, the banana skin, was quite an expensive waste ($ 40 000).

Not allowing any waste in the kitchen nor throwing money into the bin, I use banana skins to make cakes and chutneys. $ 120 000 vs almost free food! What a saving! And if I would like to sell my chutney, I would have to consider the fact that one small jar contains 3 banana peels. 3 times 40 000 equals $ 120 000. 1 jar of chutney has the same value as Catellan’s „Comedian”.

ALMOST BLACK BANANA SKIN CHUTNEY

3 organic banana skins (they can be frozen)
1 small onion (I used onion from Figueres, which is a Catalan variety)
1 small old apple (I found one like this in the fridge, which is not surprising at all. It’s June, so this poor apple is at least 9 months old!)
1 tsp salt
1 tsp black pepper
1 tsp turmeric
1 tsp ginger
1 tsp cinnamon
1 bay leaf
½ glass sugar
1 tbsp honey
½ glass vinegar (I used the leftovers of pickled chillies, but I added ¼ glass vinegar)
splash of olive oil

Cut the ends off the banana skins. Chop them (if they are frozen they should be prepared in that way before putting them in the freezer; you don’t need to defreeze them). Pour some olive oil into a deep frying pan or pot, add spices (excluding the cinnamon) and bay leaf, fry for about 1 minute until you smell the beautiful aroma. Add chopped onion and steam for a short time (you do NOT want onions to be golden!). Add banana skins, mix everything. Pour in vinegar and sugar, stew with the lid on, on a low heat, until banana skins are soft. Add some water if needed. At the end add honey and cinnamon, stew for a couple of minutes more.

Put into sterilized jars and immediately turn them upside down for a few hours. You can store this chutney for months, remembering that older chutney means better chutney. Unfortunately I couldn’t resist and I ate all of it within one week.

Almost black banana skin chutney is great on toast (you can make it from stale/hard bread, which will soften during toasting) with brie, feta cheese or smoked tofu.

And what about Andy Warhol? What was he doing with banana skins after painting the fruit, making a photograph of it or after eating the flesh?

Andy Warhol eating banana self portrait / Andy Warhol jedzący banana autoportret; 1982
Andy Warhol “Bananas” / “Banany”; from / z: The Guardian

I have no idea. What I know is that he wasn’t in the habit of wasting food. At least the food he was ordering in restaurants, which was the main part of his “NY diet”, described by himself in 1975 in the book „The Philosophy of Andy Warhol (From A to B And Back Again)”. Not wanting to gain weight (I know that problem!), Warhol used to order in restaurants food that he didn’t like. At a time when his fellow diners were enjoying the meal he would do anything but eat. At the end he would ask the waiter to prepare a doggy bag, no matter what class of restaurant it was. After leaving he would give the meal to any accidentally encountered homeless person.

Would this homeless person be happy with a banana peel, even the one worth $ 40 000? I dare to doubt, unless they could (and they would) monetize it. But I’m pretty sure that they would be very happy getting a jar of banana skin chutney!

Andy Warhol “The Philosophy od Andy Warhol (From A To B And Back Again)”



MAURIZIO CATELLAN, BANAN WARTY 120 000 $ I CHUTNEY ZE SKÓREK BANANOWYCH

W 2019 roku podczas Art Basel Miami Beach Maurizio Catellan zaprezentował „Komedianta” („Comedian”) – banana przyklejonego do ściany za pomocą srebrnej zbrojonej taśmy. Praca zaistniała w edycji 3 sztuk w cenie 120 000 dolarów każda. Dwie zostały sprzedane, trzecią zjadł artysta David Datuna. Nowi właściciele bananów zarzekali się, iż zdają sobie sprawę, że zakupili ideę sztuki, ponieważ po pierwsze znają wartość sklepową owoców, po drugie banany podczas wystawy regularnie zostawały wymieniane.

Zważyłam dzisiaj banana. Kanaryjskiego – ze względu na sentyment związany z miejscem, gdzie przez jakiś czas mieszkałam. Banany kanaryjskie są mniejsze, bardziej zwarte i mają miąższ o nieco pomarańczowym odcieniu. Banan ważył 150 gramów, z czego miąższ 100 gramów, a skórka 50 gramów. Łatwo więc policzyć, iż niezjedzona przez Davida Datunę skórka od banana była dość drogim odpadem (40 000 dolarów).

Nie pozwalając na marnotrawstwo w kuchni i na wyrzucanie pieniędzy do śmieci, skórki od bananów wykorzystuję do robienia ciast lub chutney. 120 000 dolarów przeciwko prawie darmowemu jedzeniu! Jakaż oszczędność! Jeśli chciałabym jednak sprzedać moje chutney, musiałabym wziąć pod uwagę fakt, iż w małym słoiczku mieszczą się 3 skórki bananowe, czyli 3 razy 40 000 równa się 120 000 dolarów. Słoiczek chutney wart tyle samo co praca Catellana.

PRAWIE CZARNE CHUTNEY ZE SKÓREK OD BANANA

3 bio skórki od banana (mogą być mrożone)
1 mała cebula (użyłam cebuli z Figueres, popularnego gatunku w Katalonii)
1 małe starzejące się jabłko (takie znalazłam w lodówce, jest w końcu czerwiec i to jabłko ma z 9 miesięcy!)
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka imbiru
1 łyżeczka cynamonu
1 listek laurowy
½ szklanki cukru
1 łyżka miodu
½ szkl octu (użyłam zaprawy po ostrych papryczkach w occie, dodałam ¼ szkl octu)
oliwa z oliwek

Odetnij końcówki od bananowych skórek, a same skórki drobno pokrój (jeśli są mrożone, to powinny być tak przygotowane przed mrożeniem; nie ma potrzeby rozmrażania!). Na głęboką patelnię lub do garnka wlej odrobinę oliwy z oliwek, dodaj przyprawy (z wyjątkiem cynamonu) i liść laurowy, podsmaż przez minutę, aż zaczną pachnąć. Wrzuć posiekaną cebulę i duś razem przez krótką chwilę (cebula nie ma się zezłocić!). Dodaj bananowe skórki, wymieszaj. Wsyp cukier, wlej ocet i duś pod przykrywką na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając. W razie potrzeby dolewaj odrobinę wody. Gdy bananowe skórki będą miękkie – dodaj miód i cynamon, duś jeszcze chwilę.

Wkładaj do wypasteryzowanych słoików, gorące postaw do góry nogami na kilka godzin. Możesz przechowywać miesiącami długimi, pamiętając, iż chutney potrzebuje czasu – im starsze tym lepsze. Ja niestety nie wytrzymałam i zjadłam wszystko w ciągu tygodnia.

Prawie czarne chutney z bananowych skórek jest genialne na tostach (możesz zrobić ze starego suchego chleba, który zmięknie podczas obróbki termicznej w tosterze) z serem brie, fetą lub wędzonym tofu.

A Andy Warhol? Co robił ze skórkami od bananów po ich namalowaniu? Po zjedzeniu ich miąższu? Nie wiem. Wiem jednak, iż nie miał w zwyczaju marnowania jedzenia. Przynajmniej tego, którego nie zjadał w restauracjach, co stanowiło część jego „nowojorskiej diety”, opisanej przez samego artystę w 1975 roku w książce „Filozofia Warhola od A do B i z powrotem”. Nie chcąc przytyć, Warhol postanowił zamawiać w restauracjach jedynie to, czego nie lubił. W czasie, gdy współbiesiadnicy rozkoszowali się daniami, Andy robił wszystko poza jedzeniem. Na koniec prosił kelnera o zapakowanie niezjedzonego posiłku na wynos. Robił to zawsze, bez względu na klasę lokalu, by po wyjściu z restauracji obdarować posiłkiem przypadkowo napotkanego bezdomnego.

Andy Warhol eating banana self portrait / Andy Warhol jedzący banana autoportret; 1982; from / z: The Guardian

Czy przypadkowy bezdomny ucieszyłby się ze skórki banana, nawet tej wartej 40 000 dolarów? Śmiem wątpić, no chyba że mógłby (i udałoby mu się) ją spieniężyć. Ucieszyłby się jednak z całą pewnością ze słoiczka chutney z bananowych skórek!

„Filozofia Warhola od A do B i z powrotem”; Wydawnictwo Twój Styl
eng

About sweet chestnuts, chocolate and birthday party for Henri Toulouse Lautrec

above / powyżej: CHOCOLATE SWEET CHESTNUT TART FOR TOULOUSE-LAUTREC / CZEKOLADOWO-KASZTANOWA TARTA DLA TOULOUSE-LAUTREC’A BY CUISINE AND ART


pl

Henri Toulouse-Lautrec “The Flower Seller” / “Kwiaciarka” 1894; from/z: wikiart.org

Cakes, birthday cakes, flowers. Oops, the flowers are already sold! All of them! It means plenty of guests are coming for Henri Toulouse-Lautrec’s Birthday Party! There is something for everyone – Ralph Fleck with his cream cakes and a cheesecake! Jeff Koons as always in full swing – pink and shiny – “Cake” with a rose – Henri will be touched! And we will get fat!

TortenstŸck 2/VII (SchwarzwŠlder) 1993 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 2/VII (Schwarzwäld Cake), 1993; from/z: www.ralphfleck.de
Ralph Flecke Torte SahneTortenstck8_XII_98
Ralph Fleck, Piece Of Cake 8/XII (Cheesecake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de
Jeff Koons Cake
Jeff Koons, Cake / Ciasto, 1995-1997, from/z: www.jeffkoons.com

I have been learning for years how to prepare them, as I have written here before. Handling them is still not my favorite thing to do, but I have to say, that now I know perfectly how! First of all keep children as far away as possible, because everything is hot, very hot to be honest with you, and every paw will be burned! You need to act quickly, when sweet chestnuts burn the fingers they are the easiest to be peeled. Mean, aren’t they? Small nasty little bastards, that’s all! Anyway, I do it as fast as possible. Afterwards everything is easy peasy. I finally chop them in a food processor, I dry them, I grind them and I dry and I grind once again to obtain flour. Sometimes I do not grind, but just freeze the finely chopped sweet chestnuts. And do you know what? They are still not my favorite things to eat! After all that hassle! But they exist, I have them – organic and for free – and they are very rich in vitamins (especially vitamin C), minerals, antioxidants and fiber. Thanks to them I can enjoy The Best Chocolate Tart Ever, which will play the role of The Birthday Cake for Henri this year. In short – it is worth it! It is worth having burn paws! This cake, this tart, this delicacy has become my Culinary Heaven. My Revelation. Constant Surprise. World Champion. Gluten Free Masterpiece (which significantly expands the group of potential eaters too). And last but not least – it is 3 desserts in 1! Really! Gobbled hot is like a delicate, fluffy chocolate mousse on a crunchy base. Eaten the next day (if it would still be there the next day…) is like a crazy mad heavenly chocolate cheesecake. Yes, like a cheesecake – nothing else describes its texture better than cheesecake (don’t ask me why). And frozen is also amazing – like the softest chocolate parfait! How good is that – just perfect for a celebration of Henri’s birthday! 

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT TART FOR TOULOUSE-LAUTREC

BASE

160 g wholemeal flour
80 g potato starch (you can use corn starch too)
80 g sugar
160 g butter
pinch of salt

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT FILLING

100 g sweet chestnut flour
125 ml milk
200 ml cream
80-100 ml water
pinch of salt
2 tbsp cocoa powder
50 ml strong coffee (espresso or instant coffee made of 2 tsp) to intensify the chocolate flavour

100 g dark chocolate
125 g butter

3 egg yolks
150 g sugar or 3 big tbsp honey

3 egg whites

Knead the dough from all the ingredients for the base. Roll it very thinly on a pre-floured surface. Place it in a 24 cm springform cake tin (I put in just on the base, not on the sides). Bake it for 15 minutes in a preheated oven at 180°C.

Whisk the sweet chestnut flour, milk and cream together until completely combined. Pour it into a pan and cook it gently on a low heat until thickened, whisking continuously.

Finally chop the chocolate, put it into a heat-proof bowl, add chopped butter. Put the bowl on the top of a pan with boiling water in it on a low heat. Melt the chocolate with butter, whisking non-stop.

In a separate bowl whisk egg whites until soft peaks form.

In another bowl whisk egg yolks with sugar or honey. Mix it with the sweet chestnut mixture and the melted chocolate / butter mixture. Add the whipped egg whites very gently – spoon by spoon, slowly stirring from bottom to top with long spoon movements. This method prevents the mixture loosing air and will create a fluffy cake.

Pour the mixture on the pre-baked pastry. Put it into 180°C oven for 30 min and not a minute longer. Yes, the cake will be wobbly in the middle, but it is fine, it will set while cooling (if you do not eat it when warm of course). Switch off the oven and open it, not allowing the cake to bake any longer (because if so – it will be too dry and too dense).

Eat it directly from the oven as a hot mousse on a crunchy base.
Eat it cold the next day as a chocolate “cheese”cake (with no cheese).
Freeze any remaining piece and rediscover it later as a heavenly parfait.

You can add some whipped cream or mascarpone to break the depth of the chocolate flavor. I didn’t, but on my photo you can see a beautiful small white shape (plus some pecans) – this is a ceramic meringue made by the great French ceramicist Gisèle Garric about whom I have written before on the Cuisine And Art fb page.

I’m going to Henri Toulouse-Lautrec’s birthday party. Good company and a wealth of flavours – what more could you want?



JADALNE KASZTANY, CZEKOLADA I TOULOUSE-LAUTREC URODZINOWY

Ciasta, torty, kwiaty. Ups, kwiaty już wyprzedane! Wszystkie! Dobrze, że Henri zdążył przynajmniej kwiaciarkę nam przedstawić! Widać goście tłumnie na urodzinową balangę Toulouse-Lautrec’a się wybierają! W słodkościach nic tylko wybierać – Ralph Fleck z tortami z kremem oraz sernikiem, Jeff Koons jak zawsze pełną parą, imprezowo – różowo i błyszcząco – tort z różą – Henryk będzie wzruszony, utuczymy się wszyscy!

TortenstŸck 7/XII (Himbeersahne) 1998 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 7/XII (Raspberry And Cream Cake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de

W międzyczasie sprawdzam czy bydlaki ugotowały się. „Bydlaki” mówię o nich z czułością, bo w końcu nie ma żadnego powodu by źle myśleć lub źle traktować jadalne kasztany.

Moja z nimi historia z całą pewnością by nigdy się nawet nie zaczęła, gdyby nie natura zbieracza, która w moim przypadku jest wyjątkowo silna. Silniejsza nawet niż brak miłości kubków smakowych do tychże kasztanów. Naprawdę mogłabym bez nich żyć i nie tęskniłabym nawet za nimi! (To jest tak było do teraz, do czasu „magicznej” tarty czekoladowej.) Ale jak idę na spacer i pod nogami pojawia mi się kolczasty dywan z gigantycznych kasztanów, to muszę je zebrać. Po prostu muszę, bo żadne jedzenie nie może się przecież zmarnować.

Lata całe uczyłam się jak je traktować, o czym pisałam już rok temu tutaj. Obchodzenie się z nimi nie należy wciąż do moich ulubionych, choć nie powiem, wiem już doskonale co z nimi czynić! Przede wszystkim trzymać dzieci (kolejny powód do radości z braku posiadania własnych) jak najdalej, bo wszystko jest gorące i każde łapki poparzone zostaną! Działać trzeba szybko, właśnie wtedy kiedy parzą palce – kasztany są najłatwiejsze do obierania. Wredne prawda? Paskudy jedne! No bydlaki! W każdym razie tak działam – szybko i na gorąco. Potem to już wszystko idzie jak z płatka. Rozdrabniam je w robocie kuchennym, suszę, mielę, suszę i mielę na mąkę. Niekiedy nie mielę, ale rozdrobnione mrożę. I bez względu na to wszystko – nadal nie są moim ulubionym pokarmem! Ale są, darmowe, bio, z mnóstwem różnych dobroci (witamin – szczególnie witaminy C, minerałów, przeciwutleniaczy i są bogatym źródłem błonnika). Dzięki nim też mogę rozkoszować się najlepszą na świecie tartą czekoladową, która w tym roku odgrywa rolę urodzinowego tortu dla Henryka. Czyli jednym słowem – warto. Warto parzyć łapki! To ciasto, ta tarta, stała się moim kulinarnym rajem. Objawieniem. Zaskoczeniem za każdym razem. Mistrzostwem świata. W dodatku bezglutenowym, co poszerza znacznie grono potencjalnych zjadaczy. I jest 3 deserami w 1! Naprawdę! Pożerana na gorąco jest delikatnym, puszystym musem czekoladowym na kruchym spodzie. Dnia następnego (jeśli tegoż doczeka!) jest obłędnym czekoladowym sernikiem. Tak, sernikiem właśnie, bo nic innego bardziej nie przypomina. Genialna jest również mrożona! Jak najdelikatniejsze czekoladowe parfait! Jakaż ona jest dobra, w sam raz na świętowanie z Henrykiem!

CZEKOLADOWO-KASZTANOWA TARTA DLA TOULOUSE-LAUTREC’A

BAZA

160 g mąki pełnoziarnistej
80 g mąki ziemniaczanej
80 g cukru
160 g masła
szczypta soli

MASA CZEKOLADOWO-KASZTANOWA

100 g mąki z kasztanów jadalnych
125 ml mleka
200 ml śmietanki
80-100 ml wody
szczypta soli
2 łyżki kakao
50 ml bardzo mocnej kawy (espresso lub z 2 łyżeczek dobrej rozpuszczalnej), by wzmocnić smak czekolady

100 g ciemnej czekolady
125 g masła

3 żółtka
150 g cukru lub 3 czubate łyżki miodu

3 białka

Zagnieć ciasto ze wszystkich składników. Cienko rozwałkuj. Wyłóż ciastem dno tortownicy (tym razem nie robię boków ciasta). Piecz 15 minut w rozgrzanym do 180°C piekarniku.

Do mąki kasztanowej dodaj powoli mleko i śmietankę, dokładnie mieszając, by nie powstały grudki. Przelej masę do garnuszka i podgrzewaj na małym ogniu, aż zacznie gęstnieć. Dodawaj powoli wodę, kakao, sól i kawę do uzyskania masy o konsystencji gęstego budyniu.

Podziel czekoladę na kawałki i wsyp do miski razem z masłem. Postaw miskę na garnku z gotującą się wodą i stop składniki, delikatnie mieszając.

Ubij białka.

W osobnej misce ubij żółtka z cukrem lub miodem. Wymieszaj z budyniem kasztanowym i stopioną czekoladą z masłem. Bardzo delikatnie dodaj ubite białka – łyżka po łyżce, powoli mieszając od dołu do góry długimi ruchami łyżki – to metoda, dzięki której białka nie tracą powietrza, a masa czekoladowo-kasztanowa będzie puszysta.

Przełóż masę na podpieczony spód i włóż do ciągle rozgrzanego do 180°C piekarnika na 30 minut. Ciasto będzie nieco „galaretowate” po środku, ale nie piecz ani minuty dłużej. Wyłącz piekarnik i otwórz, by tarta nie piekła się dłużej, bo będzie potem za sucha i zbyt zwarta.

Jedz na ciepło jak gorący mus na kruchym cienkim spodzie.
Jedz na drugi dzień jak czekoladowy sernik.
Zamróź kawałek i odkryj go po jakimś czasie jako niebiańskie
parfait.

Możesz podawać z ubitą śmietaną lub mascarpone, żeby złamać niesamowicie głęboki czekoladowy smak. Ja nie dodałam, choć na zdjęciu widać piękną białą formę – to ceramiczna maleńka beza mojej ulubionej Gisele Garric, o której już pisałam.

Idę na bal urodzinowy Henryka. Doborowe towarzystwo i bogactwo smaków – czegóż chcieć więcej?

eng

 

About Paweł Błęcki, zero waste crumble and the recipe for a Happy November

above / powyżej: PAWEŁ BŁĘCKI “TEMPORARY DENSITY OF MATTER” / “TYMCZASOWE ZAGĘSZCZENIE MATERII” from / z: www.pawelblecki.com


pl

A beautiful and happy November? Yes, of course! Miserable outside. Drizzly. An overwhelming grey. It’s a great idea, no, not an idea, but a must (if you don’t want to be cold) to light the woodstove. Later, when it is roaring hot, it’s almost obligatory to cook something on it, not wanting to waste this hot opportunity. First I put the kettle on to prepare tea. There is no way to do anything without a good cup of tea. I put on some Cuban music on and I decide to go to my freezer to explore its mysterious depths. It’s pretty empty now, but normally after almost every walk I add something foraged to it. Apples – sliced, but with skin, the last pear found under the neighbour’s tree – sliced, with skin – both will end up in a cake or on a tart. Two young puffball mushrooms* the size of a hazelnut – when there will be more, I will fry them in olive oil, just adding garlic and parsley. A handful of collected sorrel. Parasol mushrooms. Sliced porcinis.

My freezer is my treasury. I try to grow and to collect as much as possible. I do not waste anything, never. This is the way I was taught by my mum and my grandma, although now it is called fashionably “ZERO WASTE”. At the end of the day it is not important what something is called but how it works.

Paweł-Błęcki-Tymczasowe-zagęszczenie-materii
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from/z: Magazyn RTV

Paweł Błęcki, Polish artist, started his project „Temporary density of matter” in 2017 as an “open project” which means that the artist could work on it until the end of his artistic life. It is the right decision, because for sure he won’t be lacking objects to find. With the help of which, he raises questions about very important matters – that we possess too much, that we waste and that we make endless amount of garbage (I wrote about it, here). He tells about the plastic sea and about beaches, where he finds the ingredients for his art. He is honest as the day is long and he doesn’t beat about the bush. He shoots straight from the hip. He is stunning, surely shocking for many and surprising (such beautiful compositions made of waste, such amazing gems created from rubbish!). “Objects and their remains” is how Błęcki calls it. The art, not the waste.

pawel_blecki_tymczasowe_zageszczenie_materii_05
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from www.pawelblecki.com
HAVE-NOTHING-photo-by-Serafin-2019
Bread Collective‘s graffiti, London – William Morris “Have nothing in your house that you do not know to be useful or believe to be beautiful” / “Nie miej w swoim domu niczego, co według ciebie nie byłoby użyteczne lub piękne”, photo by Serafin 2019

Coming back to my freezer – I found in its frozen chasms a handful of pears, apples and bananas (yes, I also make a banana cake using frozen bananas). In a small box next to the fruit there is some weird lumpy thing. It is the remains of a crumble! What great leftovers I have found! This is a great pleasure, clearance of the freezer.

I put my frozen fruit in the baking dish and I add a tablespoon of grated quince mixed with honey, which I found at the bottom of the fridge. I put everything into the oven of the woodstove (or a preheated oven, at 180°C) for 15 min. Afterwards I sprinkle it with the crumble, which I made using only chestnut flour (I make my own chestnut flour every autumn, but you can use normal flour or ground oats). This crumble doesn’t contain any sugar, because I prefer to add some honey when served, but you can add sugar if you prefer. Another 15 min in the oven is needed. Then, it’s ready to be served warm with a dollop of cream or yogurt. This time I added a pinch of grated tonka beans, petals of the last potted marigold flower (Calendula Officinalis) from the garden and just a few tiny leaves of mint – crème de la crème.

ZERO-WASTE-CRUMBLE-by-Cuisine-And-Art-2019

RECIPE FOR A HAPPY NOVEMBER


rain (preferably lasting several days)
cold
damp
Cuban music
hot cup of good tea
leftovers

Mix. Serve without any moderation. Enjoy!

P.S. If you don’t have a woodstove don’t worry! An oven will do the job, you will need to add only a candle or two (or more) 

*Only very young puffballs can be eaten – they are small, firm and white inside. If you find puffballs that are not firm and/or not completely white – do NOT eat them!



PAWEŁ BŁĘCKI, OWOCOWA KRUSZONKA  ZERO WASTE I PRZEPIS NA SZCZĘŚLIWY LISTOPAD

Piękny i szczęśliwy listopad? Oczywiście! Za oknem plucha. Zimno. Mżyście. Wszechogarniająca szarówka. Doskonały powód (ba! mus wręcz, gdy nie chce się zamarznąć) do rozpalenia w piecu. A kiedy w piecu już się pali – nie można marnować tej cudownej możliwości – trzeba gotować! Na placie stawiam najpierw czajnik, bo bez kubka dobrej aromatycznej herbaty (z mlekiem, „po angielsku”) nie da się nic zrobić! Włączam kubańską muzykę i idę zmierzyć się z coraz bardziej pustym zamrażalnikiem, do którego prawie po każdym spacerze coś dorzucam. A to jabłka – pokrojone, ale ze skórkami. Ostatnią gruszkę, znalezioną pod drzewem u sąsiadów – też już pokrojoną, by potem po prostu wrzucić do ciasta, władować na tartę etc. Dwie młode purchawki* wielkości orzechów laskowych (gdy nazbiera się więcej – usmażę je bez rozmrażania, ot wrzucę na gorącą patelnię z odrobiną oliwy z oliwek, dodam czosnek i pietruszkę. Garść zebranego szczawiu. Pokrojone prawdziwki. Kanie.

Mój zamrażalnik to mój skarbiec. Staram się jak najwięcej rzeczy hodować lub zbierać. Nigdy nic nie może się zmarnować. Tak zostałam nauczona przez Mamę i Babcię, choć teraz nazywa się to „ZERO WASTE” i stało się pewnego rodzaju modą wśród młodych ludzi. W końcu i tak nie ma znaczenia jak się coś nazywa. Znaczenie ma jak działa.

Paweł Błęcki rozpoczął „Tymczasowe zagęszczenie materii” w 2017 jako projekt „otwarty”, czyli taki, którym być może będzie się jako artysta zajmował do końca życia. Słuszna to decyzja, bo z całą pewnością (i smutkiem) nie zabraknie Błęckiemu przedmiotów, które znajduje i za pomocą których opowiada o bardzo ważnych sprawach – o tym, że posiadamy zbyt wiele, że marnujemy i że wytwarzamy nieskończoną ilość śmieci. Opowiada o morzach pełnych plastiku, o plażach, na których znajduje ingrediencje swej sztuki. Paweł nie bawi się w delikatne przekazywanie informacji, wali prosto z mostu. Jest oszałamiający, szokujący z pewnością dla wielu i zaskakujący (jakież to piękne kompozycje można układać ze śmieci, jakież śmieciowe cudeńka znajdować!). „Przedmioty i ich pozostałości” – jak o nich mówi Artysta. Sztuka zamiast marnowania.

pawel_blecki_tymczasowe_zageszczenie_materii_02
Paweł Błęcki “Temporary density of matter” / “Tymczasowe zagęszczenie materii” from www.pawelblecki.com

Powracając do mego zamrażalnika – odnajduję w jego mroźnych czeluściach, w jego lodowych otchłaniach garść pokrojonych gruszek, jabłek i bananów (tak, robię ciasto bananowe również z mrożonymi bananami). W pudełeczku obok zamrożonych kilka łyżek kruszonki. Cóż to za resztki! Cóż to za przyjemność czyszczenia (zamrażalnika)!

Układam owoce w żaroodpornych naczynkach, dodając resztkę startej pigwy z miodem. Wkładam do rozgrzanego pieca (lub do piekarnika nagrzanego do 180°C) na kwadrans. Posypuję kruszonką (moja jest z mąki kasztanowej, którą robię od kilku lat jesienią, i masła, ale można użyć zwykłej mąki, zmielonych płatków owsianych etc). Wkładam całość na kolejny kwadrans do piekarnika. Podaję z odrobiną śmietany lub jogurtu i z miodem (nie słodzę samej kruszonki, dodaję jedynie szczyptę soli). Tym razem dodałam odrobinę startego ziarna tonki, płatki ostatniego nagietka i aromatyczną miętę z ogrodu – crème de la crème.

PRZEPIS NA SZCZĘŚLIWY LISTOPAD

deszcz (najlepiej trwający kilka dni)
chłód
kubańska muzyka
gorąca aromatyczna herbata
resztki

Wymieszaj. Podawaj bez żadnych ograniczeń. Rozkoszuj się!

P.S. Dla tych bez pieca koniecznością jest piekarnik lub prodiż i minimum 1 świeczka!

*Purchawki można jeść kiedy są młode, czyli maleńkie, bardzo jędrne i bielusieńkie w środku. Inne, czyli starsze, mogą zaszkodzić.

eng

 

About Sasnal, forest, parasol mushrooms and dry stale bread

above / powyżej: WILD WINTER MUSHROOMS – with many thanks to Filip Malinowski and @fundacjazdrowegozycia / ZIMOWE GRZYBÓW ZBIERANIE – z podziękowaniami dla Filipa oraz Fundacji Zrowego Życia BY CUISINE AND ART


pl

For the last two years I have planted some walnut and oak trees. I buried a few walnuts and acorns in the back garden and now I stare at them with a big smile – 6 tiny trees which hopefully one day will be great big ones. What a beautiful green nursery!

Wilhelm Sasnal “FOREST” / “LAS” 2002; from/z: https://archiwum-obieg.u-jazdowski.pl/wydarzenie/2295

Wilhelm Sasnal, Polish artist (1972) painted his “Forest” in 2002. Powerful vivid  green space seems to be huge, massive, all surrounding. But it’s not. It’s quite a tiny forest – 45cm by 45cm only! To create such a powerful image on just 2025cm² is a magic trick or perhaps a very personal, intimate image of the artist’s own world?

I cannot imagine my life without a forest nearby. Forest was everywhere. Always. As was the sea. First it was coniferous. Later deciduous. Afterwards there was a gap – no forest at all for a couple of months, which seemed like forever (luckily at least the sea was a few hundred meters away). For the lack of it I couldn’t stay there any longer and I moved to a place with a eucalyptus forest, where every October and November I was collecting parasol mushrooms in almost wholesale quantities. It seemed that the Catalans don’t like them at all, even though they are (Catalans not the mushrooms!) a foraging nation. Better for me, I thought! I never, and I mean NEVER, had so many parasols! I started to dry them and to freeze them, because I couldn’t eat them any more for every breakfast, lunch and supper! At the same time I was collecting slippery jack mushrooms amongst the palm trees next to the beach. Of course every Catalan passing by warned me of the probable deadly danger of eating these small slimy beauties, which I have eaten in quantity throughout my whole life.

Forest is a scent for me. It is space. Silence. And last, but not least, foraging! Billberries, blackberries, raspberries, lingonberries, cranberries and mushrooms. But most of all mushrooms! I’m always looking for them. Everywhere. Since last year I’ve been looking for them also in winter. Yes, in winter! But on the … trees!!! You can imagine how difficult it was to switch to looking for mushrooms above ground level! It was January, Gdynia, on the Polish coast, where Filip Malinowski from the Healthy Life Foundation organized and led a workshop on foraging for wild winter mushrooms. It was great fun and then a delicious feast after freezing work – stewed mushrooms on the campfire with a small side salad from wild plants Filip had found (he also organizes wild plant foraging workshops, you can check it on the fb profile @fundacjazdrowegozycia and/or write to him in English!).

The smell of Scots pine trees. The smell of hot summer in the Tuchola Forest of northern Poland. The aroma of eucalyptus and pine trees of southern Europe. The scent of wet decomposing leaves in the Tri-City forests (Tri-City is a metropolitan area in Poland consisting of three cities in the Pomerania region: Gdańsk – my hometown, Gdynia and Sopot). I close my eyes – I can see and feel every tree. I wander along known paths. I discover new ones.

From the young parasol mushrooms found today along the road, I make a small starter in the style of Spanish “tapas”. Because nothing is wasted in my kitchen – I serve them on toasted stale bread (Even bread dry as a bone after heating in a toaster becomes not only edible but also delicious!). It’s great that the parsley has sprouted a few new leaves – they will be perfect for my wild appetizer!

FRIED PARASOL MUSHROOMS ON TOASTED STALE BREAD WITH GARLIC AND PARSLEY

– 2 young parasol mushrooms
– 1 clove garlic
– salt
– black pepper
– 2 slices of old, dry, stale bread
– olive oil for frying

Heat the frying pan, add a splash of olive oil and sliced parasol mushrooms. Wait until they start to be beautifully brown, almost golden. Add crushed garlic, salt and pepper. Put the bread into a toaster. Wait for the mushrooms to be fried and golden. Add some chopped parsley. Serve on warm toasted bread.



 


SASNAL, LAS, KANIE I STARY SUCHY CHLEB

Zasadziłam dwa lata temu i w roku ubiegłym orzechy włoskie i dęby. Wsadziłam do ziemi kilka orzechów i żołędzi, a teraz z ogromną przyjemnością patrzę na 6 orzechowych drzewek i 2 maleńkie dąbki. Radosne zielone przedszkole!

Soczyście zielony las Sasnala wbrew pozorom jest niewielkim laskiem. Namalowany w 2002 roku ma zaledwie 45  cm na 45 cm. Drobnych 2025 centymetrów kwadratowych będących siłą, będących potęgą, będących wszystkim! Magiczna sztuczka czy po prostu bardzo prywatny, osobisty, intymny świat artysty?

Nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić życia bez lasu w pobliżu. Las był wszędzie. Zawsze. Jak morze. Najpierw iglasty. Potem liściasty. Potem nastąpiła przerwa trwająca kilka miesięcy, wydających się jednak wiecznością, kiedy to lasu nie było (morze a i owszem). Z braku tegoż miejsce szybko zmieniłam na las eukaliptusowy, w którym każdego października i listopada zbierałam kanie, których nikt z katalońskich tubylców nie tykał, choć to naród zbieraczy. Nigdy w życiu tylu kani nie miałam! Nigdy! Zaczęłam je suszyć i mrozić, bo nie byłam już w stanie ich jeść na śniadania, obiady i kolacje. Wśród palm i pinii zbierałam również maślaki, przed którymi miejscowi próbowali mnie chronić, głośno krzycząc, że się z całą pewnością otruję!

Las to dla mnie zapach. To przestrzeń. Wyciszenie. I zbieractwo. Jagody, maliny, jeżyny, borówki, żurawiny i grzyby. Przede wszystkim grzyby! Zawsze ich szukam. Wszędzie. A od ubiegłego roku szukam ich również zimą … drzewach! Tak, trudno się było przestawić na poszukiwanie „na górze”, ale Filip Malinowski, prowadzący warsztaty w Gdyni-Orłowie, przekonał mnie i do tego. Było genialnie! Było zimno i przepysznie, kiedy dusiliśmy je na patelni na ognisku. Polecam! Poczekajcie do zimy, obserwujcie na fb profil Fundacji Zdrowego Życia (@fundacjazdrowegozycia) i już – na grzyby do Gdyni albo do Torunia, bo tam Filip również robi warsztaty. Zresztą nie tylko ze zbierania grzybów, ale i jadalnych dzikich roślin.

Auricularia auricula-judae &  Umbilicus rupestris / Jew’s ear & Pennywort / Uszak bzowy & Umbilicus rupestris by Cuisine And Art 2020

Zapach sosen. Upalnego lata w Borach Tucholskich. Aromat eukaliptusów i pinii południowej Europy. Mokre liście zaczynające się rozkładać w lasach trójmiejskich. Zamykam oczy i widzę, czuję każde drzewo. Wędruję znanymi ścieżkami. Odkrywam nowe. A z młodych kani, znalezionych dziś przy drodze, robię niewielka przystawkę w stylu hiszpańskich „tapas”. A ponieważ w mojej kuchni nic się nie marnuje – podaję je na opieczonym czerstwym chlebie (nawet bardzo suche pieczywo po opieczeniu w tosterze staje się nie tylko zjadliwe, ale i przepyszne!). Dobrze, że pietruszka wypuściła kilka liści – nada się w sam raz do kani!

SMAŻONE KANIE Z PIETRUSZKĄ I CZOSNKIEM NA OPIEKANYM CZERSTWYM PIECZYWIE

– 2 młode kanie
– 1 ząbek czosnku
– sól
– pieprz
– pietruszka
– 2 kromki czerstwego, suchego pieczywa
– oliwa z oliwek do smażenia

Rozgrzej patelnię, wlej trochę oliwy z oliwek. Wrzuć pokrojone w paski kanie. Podsmaż aż zaczną się rumienić. Dodaj rozgnieciony w prasce czosnek, sól, pieprz. W międzyczasie wrzuć pieczywo do tostera. Do zarumienionych usmażonych grzybów dodaj pietruszkę. Podawaj na gorącym opieczonym chlebie.

eng

About Massimiliano Pironti, two grandmas, cold hands and roasted tomato soup

above / powyżej: Massimiliano Pironti “QUO VADIS”, BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019


pl

Passionately I read my grandmother’s recipe notebook. Every time I do this with great love, sentimentality and never changing interest, because always I discover something new. Today, for example, I have found recipes by my two great grandmothers there! So I continue studying stained pages, I smell old paper and it’s reminding me of my grandma’s modest kitchen, where she kept plastic and paper bags (separately) in a drawer to use them again and where she kept a special plate for breadcrumbs. She used to cut old bread crusts into tiny pieces, mixed with breadcrumbs and give it to turtledoves, which visited her every day at the same time (wood pigeons weren’t welcome). She cooked just a few very simple dishes without any imagination or ambition, however in her recipe notebook there are recipes for meringues, soufflés and even macaroons! It seems that my grandma was fascinated by different cultural cuisines, by recipes in themselves, but her repertoire wasn’t the best one, not so interesting and the worst thing – it was repeated, repeated and repeated.

In London’s National Portrait Gallery there is now (until 20th October this year*) the exhibition “BP Portrait Award 2019” where, among many great paintings, there is a portrait of a 95 year old Italian lady Vincenza, painted by her grandson Massimiliano Pironti. Vincenza is sitting in her kitchen, warming her hands on a red hot-water bottle – “Quo vadis?”.

Massimiliano Pironti “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019
Massimiliano Pironti “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019

I’m sitting with my always cold hands (after my grandma), thinking about kitchens where some rituals repeat irrespective of their location. I’m thinking what my Grandma used to prepare – the best yeast cake (always dense in the middle instead of being fluffy), a goulash stewed in a pot with broken handles, so she used to burn her hands. I’m thinking about Vincenza and sunny Italy, not having a clue what she cooks there, or what she prepares when Massimiliano visits her. I’m thinking about what soothes souls and what gives warmth to bodies, especially in Southern Europe. Suddenly I know! – Tomatoes warmed by the sun! Roasted tomatoes and soup made from them! I imagine Vincenza eating it and warming her hands with the hot bowl (the same as my Grandma would do, and me too).

Does Vincenza like tomato soup?

Does she make tomato soup?

Is it from her own tomatoes?

Does she have a garden?

I don’t know. Unfortunately I don’t know Vincenza. I only know her from the painting and the short video “Portrait Of An Artist (The stories of the artists who won the BP Portrait Award and their sitters)” made by BBC Reel.

Cordiali saluti cara Vincenza! Cordiali saluti!

ROASTED TOMATO SOUP

2 kg tomatoes
good splash of olive oil
1 big onion
salt
black pepper
rosemary (preferably fresh)

Cut the tomatoes and the peeled onion into pieces. Place them on a baking tray or any baking dish you like. Season with salt and pepper, add rosemary, pour over some olive oil. Put into a preheated to 180°C oven and bake for about 1 hour, until everything will be soft and the tomatoes edges a little caramelized. Push it through a mesh strainer to get rid of seeds, skins and rosemary. Season it well, add some water if needed – you should obtain 1-1.5 l of soup.

Devour this liquid heaven. Warm hands with hot bowl. Think about those who showed their love through cooking”.

* “BP PORTRAIT AWARD 2019” EXHIBITION WILL TOUR TO THE SCOTTISH NATIONAL PORTRAIT GALLERY IN EDINBURGH (7 DEC 2019 – 22 MAR 2020) AND ULSTER MUSEUM, BELFAST (MAR – JUN 2020).




MASSIMILIANO PIRONTI, 2 BABCIE, ZMARZNIĘTE DŁONIE I ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW

Czytam przepisy Babci. Namiętnie. Z ogromną miłością, sentymentem i z niezmieniającym się zainteresowaniem, bo zawsze znajduję coś nowego. Dziś odkryłam przepisy dwóch prababć na przykład. Studiuję więc poplamione kartki, wącham stary papier, przypominam sobie Jej skromną zimną kuchnię, gdzie w szufladzie chowała torebki (osobno plastikowe, osobno papierowe) do ponownego użytku i gdzie na kredensie stał zawsze ten sam talerzyk na okruszki. Kroiła każdego dnia o tej samej porze skórki chleba w drobną kosteczkę i karmiła przylatujące na parapet synogarlice (miejskie gołębie nie były mile widziane!). Gotowała skromnie i bez polotu, choć w przepisach nie brak bez, sufletów czy makaroników! Widać Babcię fascynowały przepisy same w sobie, ale w swojej kuchni repertuar był bardzo skromny, nie najlepiej wykonany i powtarzający się.

W londyńskiej National Portrait Gallery do 20. października trwa wystawa „BP Portrait Award 2019*”, na której wśród wielu świetnych obrazów znajduje się portret 95-letniej włoskiej staruszki o imieniu Vincenza, siedzącej w swojej kuchni i grzejącej dłonie, namalowanej przez wnuka Massimiliana Pironti’ego – “Quo vadis?”

Massimiliano Pironti “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019

I ja siedzę, grzeję dłonie zawsze zmarznięte (to po Babci). Myślę o kuchniach i rytuałach w nich powtarzających się bez względu na to, gdzie dana kuchnia się znajduje. Myślę o tym, co gotowała moja Babcia – najlepszą na świecie drożdżówkę z zakalcem (zawsze z zakalcem), gulasz w garnuszku z obłamanymi uszkami (Babcia parzyła dłonie, próbując opanować nimi gorące naczynie). Myślę o Vincenzie i słonecznej Italii, nie wiedząc co gotuje, nie mając pojęcia czym raczy wnuka Massimiliana, kiedy ten Ją odwiedza. Myślę o słońcu. O cieple – fizycznym i psychicznym. O tym, co koi dusze i rozgrzewa ciała, szczególnie na południu Europy. I już wiem! – Ciepłe od słońca pomidory! Pieczone! I zrobiona z nich zupa! Vincenza z pewnością, jak i ja sama z Babcią, ogrzałaby chłodne dłonie na wypełnionej nią misce. Czy włoska babcia lubi pomidorówkę? Robi ją sama? Z własnych pomidorów? Czy ma ogródek?

Nie mam pojęcia. Niestety Vincenzę znam jedynie z Jej niesamowitego portretu i krótkiego filmiku o artystach i ich modelach, zrobionego przez BBC Reel, który można obejrzeć tutaj.

ZUPA Z PIECZONYCH POMIDORÓW

2 kg pomidorów
oliwa z oliwek
1 duża cebula
sól
pieprz
rozmaryn (najlepiej świeży prosto z krzaczka)

Pokrój pomidory i cebulę, przełóż do wybranej formy lub blachy do pieczenia. Posól, popieprz, dodaj rozmaryn, polej oliwą z oliwek. Wstaw do rozgrzanego do 180°C piekarnika.

Piecz około godziny – pomidory muszą być bardzo miękkie, nieco przypieczone przy brzegach. Przetrzyj przez sito, dopraw, jeśli konieczne, lub dodaj wody, jeśli zupa jest za gęsta (z tej ilości powinno wyjść około 1-1,5 litra zupy).

Pochłania to płynne słońce na talerzu, ogrzewaj łapki, myśl o tych wszystkich, którzy nas karmiąc pokazywali, że nas kochają.

Massimiliano Pironti  & “QUO VADIS” (detail/detal), BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019
Admiring / Zachwycając się Massimiliano Pironti‘s “QUO VADIS”, BP Portrait Award 2019; photo by Serafin 2019

* WYSTAWA “BP PORTRAIT AWARD 2019” PO LONDYNIE BĘDZIE PREZENTOWANA W SCOTTISH NATIONAL PORTRAIT GALLERY W EDYNBURGU (7/12/2019-22/03/2020) ORAZ W ULSTER MUSEUM W BELFAŚCIE (MARZEC-CZERWIEC 2020).

eng

About one salad, two bananas and a porpoise

above / powyżej: TABERNA TIRSO DE MOLINA Madrid, Lucia & Angel Cabanas; photo by Cuisine And Art 2017


pl

Most of the last year I’ve spent in airports, in a few airports to be exact, on the way to them, or on the way from them. Hours and hours, days and days I was waiting for one plane and then another. No, I do not work at any airport, at least not yet. I do not work for any airline, at least not yet. And unfortunately I’m not even a traveller as you would think of one. No, they were just trips from A to B, sometimes to C or D, but short repetitive flights with long hours of waiting, for something (who knows for what?). This long year I spent mostly surrounded by people from the age group 80+, which sometimes was funny, but mostly quite bizarre and new to me. There was no time for cooking, writing, taking photos or even thinking about cooking (many of my new friends 80+ can eat only blended food which is not the most beautiful food I’ve found for a still life in photos).

However, today I found the perfect time to write about one Toulouse-Lautrec recipe from the series I call “Don’t try this at home!”.

Do you remember any recipes from the category “Curiosities”? The Ancient Recipe, Saint On The Grill, Squirrels? This one is probably not going to finish there, but … it could, it could!

The recipe is called “Catalan salad”, but I have no idea why. Catalonia is my most beloved place on Earth (I wrote two posts dedicated to Catalonia: “About artichokes and Catalonia” and “About black squid ink burger with wild asparagus, Andy Warhol and Claes Oldenburg”) and I really can’t imagine any Catalan preparing something like this. Nor even thinking about eating it. But it starts quite normally with some cooked potatoes, chestnut, celeriac and beetroot. After, there are some walnuts and apples, which still I can understand. But the addition of endive (Belgian endive to be precise), makes me wonder if Henri decided to empty his pantry that day. Maybe it was as simple as that, because at the end there are some ….. bananas (Yes, bananas!) to add.

“And a dolphin!” – added my Better-Half from the depths of somewhere in the house.

And he had a point, because one of “The Art Of Cuisine” recipes includes a porpoise, stewed fillets of it. Poor baby, because now two of the species – the Vaquita and the Yangze Finless Porpoise – are on the WWF list of critically endangered species! But obviously in Henri’s time it was a popular dish in rich families.

Let’s come back to bananas, because this is not the end of this very peculiar “Catalan salad”. Gruyère cheese is needed, salt, pepper and vinegar. And last but not least … mayonnaise! Yeah! You’ve read it well – M A Y O N N A I S E! With bananas!!! What could possibly go wrong? Bon appétit!

CATALAN SALAD (original recipe by Toulouse-Lautrec & Joyant)

“For six people prepare:
Two hundred grams of cooked potatoes, two hundred grams of cooked chestnuts, one hundred grams of cooked red beets. Add fifty grams of shelled walnuts, one hundred grams of sweet apples, two hundred grams of raw Belgian endive, two bananas* cut in rounds, fifty grams of shredded Gruyère cheese. Put all these quantities into a salad bowl.
Let the whole steep in good vinegar with salt and pepper for an hour. Make a good mayonnaise and mix everything together.”

*In the editor’s notes in the English version of the book (the original one was in French) bananas were omitted.

P.S. You have another choice – go to Madrid to Taberna Tirso De Molina (Plaza Tirso De Molina, Lavapiés, Madrid, ES) to see some beautiful Toulouse-Lautrec’s by Lucia and Angel Cabanas and enjoy some great food and drink! That way you will be 100% sure that, no endangered species are eaten by you and that your stomach will survive. Wait, this last one I can’t promise you – it would depend on quantities of wine too ;-).

Taberna-Tirso-De-Molina-09
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-02
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-04
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas
Taberna-Tirso-De-Molina-06
Taberna Tirso De Molina Madrid, Lucia & Angel Cabanas


O JEDNEJ SAŁATCE, DWÓCH BANANACH I MORŚWINIE

Ostatni rok spędziłam w większości czasu na lotniskach, na kilku lotniskach, by być dokładniejszą. W drodze na nie lub z nich. Godziny dłużyły się w oczekiwaniu na kolejny (i kolejny) samolot. Nie, nie pracuję ani na żadnym lotnisku ani dla żadnych linii lotniczych. Przynajmniej jeszcze nie. I trudno byłoby nazwać mnie globtroterem, choć mogłoby się tak z pozoru wydawać. Ot, życie mnie dopadło i przemieszczałam się po prostu z punktu A do B, a czasem C lub D. Ten długi rok był pełen dziwów i nowości. Nagle zaczęłam bardzo zaniżać grupę wiekową, w której sie znalazłam. Otaczający mnie ludzi to osiemdziesiąt plus, poczułam się z moimi czterdzieści plus jak szczeniak po prostu. Nie było więc czasu na gotowanie, pisanie czy fotografowanie. Zresztą bądźmy szczerzy – przecierane zupki nie są najbardziej atrakcyjnym tematem do zdjęć.

Aż tu dzisiaj, prawie zupełnie przypadkowo, natknęłam się na przepis Toulouse-Lautrec’a, który zaliczam do tych „Omijaj z daleka!”. Nie będzie więc zdjęć dania, ale przepis w wersji oryginalnej owszem, będzie, bo przecież jednak może ktoś będzie chciał zaryzykować. Może wielbiciel podwyższonego poziomu adrenaliny poczuje chętkę na gotowanie? A może ciężarna jakaś po prostu poczuje miętę do właśnie takich mieszanek? Może.

Pamiętacie przepisy z kategorii “Ciekawostki”? Starożytna Receptura, Święty Na Grillu, Wiewiórki? Ten przepis najprawdopodobniej nie zostanie w niej umieszczony, choć mógłby, oj mógłby! Nazywa się „Katalońska sałatka”, choć nie mam bladego pojęcia dlaczego. Wiecie, że miłością ogromną darzę Katalonię (pisałam o niej tutaj i tutaj) i śmiem twierdzić, żaden Katalończyk nie byłby tak szalony, żeby wymyśleć przepis na taką sałatkę, a już z całą pewnością żaden nie odważyłby się jej zjeść.

Owszem, zaczyna się zwyczajnie. Gotowane ziemniaki, słodkie kasztany, seler i buraki. Potem orzechy i jabłka, które zawsze świetnie się czują ze sobą. Potem cykoria, przy której miałam wrażenie, że Henryk po prostu postanowił zużyć, co miał pod ręką, postanowił opróżnić spiżarnię calusieńką. Musiało tak być, nie widzę innej opcji, ponieważ na końcu dodaje się … banany. Tak, banany!

„I delfina!” – dobiegło mnie z bliżej nieokreślonej czeluści domu.

Delfina? Może i nie delfina, ale blisko, bo w jeden z przepisów “The Art Of Cuisine” jest na duszone filety z … morświna! Tak, w czasach Henryka widocznie był to przysmak dla bogatych. W naszych czasach dwa gatunki są na liście WWF krytycznie zagrożonych 😦

Ale powróćmy do nieszczęsnych bananów, bo to nie koniec przecież. Ser Gruyere, sól, pieprz, ocet. I ostatni, ale nie mniej ważny od innych składników – majonez! Tak! M A J O N E Z! Z bananami! Czy coś może się tutaj nie udać? Smacznego!

KATALOŃSKA SAŁATKA (wersja oryginalna – Toulouse-Lautrec & Joyant)

„Dla 6 osób przygotuj 200g ugotowanych ziemniaków, 200g ugotowanych słodkich kasztanów, 100g ugotowanego selera, 100g ugotowanych buraków. Dodaj 100g łuskanych orzechów włoskich, 100g słodkich jabłek, 200g cykorii, 2 pokrojone w krążki banany* i 50g startego sera Gruyère. Posól, popieprz, dodaj ocet. Odstaw na godzinę. Zrób dobry majonez. Wymieszaj.”

* W angielskiej wersji książki (oryginalna jest po francusku) w nocie od Wydawcy banany zostały pominięte.

P.S. Jest jeszcze inna opcja niż przygotowywanie i spożywanie “Katalońskiej sałatki”, uff! Można polecieć do Madrytu, udać się do Taberna Tirso De Molina (Plaza Tirso De Molina, Lavapiés), żeby podziwiać malowane kafle z dziełami Toulouse-Latrec’a, wykonanymi przez Lucię i Angela Cabanas, zjeść coś dobrego i napić się wina. Przynajmniej można być wtedy pewnym, że ani krytycznie zagrożone gatunki zwierząt nie zostaną skonsumowane na kolację, ani żołądek nie ucierpi (no chyba że od ilości wypitego w nadmiarze wina).

eng

 

About Toulouse-Lautrec’s chocolate mayonnaise

above / powyżej: HENRI TOULOUSE-LAUTREC by Maurice Guilber


pl

Yes. You’ve read it well – chocolate mayonnaise. M A Y O N N A I S E. Sounds disgusting doesn’t it? How you could even think about chocolate and mayonnaise together? HOW?!

I have no clue how, but the idea came from Henri Toulouse-Lautrec. Looking at this great photo of him from Arcachon it even doesn’t surprise me. Totally Henri, that’s it!

And I can’t show you any photo of a chocolate, mayonnaise, anything with chocolate or even an empty plate with chocolate remains. I’m surrounded by piles of snotty tissues, fresh tissues, jars of different honey, lemons, oranges, kiwis, juicer, garlic, garlic press, half-emptied cups of tea, glasses of water, some tablets, drops and books. Many books, which I have no energy to read. So you have to be gentle with me and understand that the photo of Henri naked in the summer should be enough to illustrate his sense of madness, crazyness and simple joy of life. Here you have the original recipe, so you can enjoy it on Valentine’s Day or any other day of the year.

And remember – Chocolate Mayonnaise means no more no less than CHOCOLATE MOUSSE. The name now surprises us, but perhaps then it didn’t? They say that Henri was the father of chocolate mousse, so yes, he could name it what he wanted!

CHOCOLATE MAYONNAISE (original recipe by Toulouse-Lautec, Joyant)

“In a saucepan put four bars of chocolate with very little water and let them melt on a very gentle fire. Add four large spoons of granulated sugar, 230g of good butter, four yolks of eggs and mix carefully.

Let it cool and you will have a smooth paste. Beat the whites of eggs to a snow and mix them, while stirring, into the paste.”

The Editor’s note: “A variation on mousse. 250g semi-sweet chocolate, 4 heaping tbs sugar.”

tl-the-kiss-1892
Toulouse-Lautrec The Kiss / Pocałunek, 1892

P.S. And here you have my own recipe for “Chocolat Mousse Hard To Believe“, which is made with “aquafaba” (water from chickpeas).



TOULOUSE-LAUTREC I MAJONEZ CZEKOLADOWY

Tak! Dobrze czytasz! Majonez C Z E K O L A D O W Y. Brzmi wyjątkowo ohydnie. Obrzydliwie. Obleśnie. Brzmi najbardziej fatalnie jak tylko może. Brzmi tak, jak ja się obecnie czuję, obłożona stosami zasmarkanych chusteczek, stosami świeżych chusteczek, otoczona słoikami miodów, cytrynami, pomarańczami, owocami kiwi, wyciskarką do cytrusów, wyciskarką do czosnku, czosnkiem, filiżankami i kubkami niedopitych herbat, szklankami na wpół pustymi / na wpół pełnymi wody oraz książkami. Mnóstwem książek, na które nawet nie mam ochoty spojrzeć. Nie mam więc i ochoty na gotowanie, fotografowanie, a wśród zdjęć żadnego nie ma z czekoladą, z majonezem, z pustym nawet ufajtanym czekoladą talerzem. W bibliotece zdjęć zero. O wybaczenie proszę, tym razem zdjęcie Henryka w pełnej krasie musi wystarczyć! Jego energia, Jego kreatywność i ponoć wymyślony przez Niego MUS CZEKOLADOWY, jakbyśmy go dzisiaj nazwali. Miał więc Henryk, jako Wynalazca, prawo do nazwania deseru jakkolwiek chciał, nawet majonezem!

Tak więc na jutro, na Walentynki (których ja nigdy nie obchodziłam i nadal nie obchodzę, ale może Ty obchodzisz) przepis w sam raz, bo jakże urocze jest podanie Ukochanemu lub Ukochanej MAJONEZU CZEKOLADOWEGO…? A jeśli nie na jutro, to na każdy inny dzień roku!

MAJONEZ CZEKOLADOWY (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

“W garnuszku, na bardzo małym ogniu, stop 4 tabliczki czekolady. Dodaj 4 łyżki cukru, 250 g masła, 4 żółtka i wymieszaj dokładnie. Ostudź. Ubij białka na sztywno i wmieszaj powoli do czekoladowej masy.

Nota od Wydawcy: „250g czekolady mlecznej, 4 łyżki cukru.

P.S. A tutaj mój przepis na “Czekoladowy Mus Niemożliwości“, zrobiony z “aquafabą” –  wodą z puszki po ciecierzycy!

eng

 

About being an Outsider, USPIAM and Sweet Potato Cheesecake

above / powyżej: “USPIAM” by Serafin 2016


pl

The decision to leave the country where you were born and grew up entails acceptance of the fact of being an Outsider (a Stranger) always. An Outsider in a new country. An Outsider in your motherland, which is now “only” a place of birth. Usually being an Outsider isn’t negative and it doesn’t cause a sea of tears, or even a river. But sometimes, especially close to a birthday, there is some kind of sadness inside, some type of alienation, lack of belonging. Being an Outsider means also constantly searching for something, constantly trying to find THERE.

TAKE ME THERE.
THERE DOES NOT EXIST.
THERE IS NOWHERE. SOMEWHERE. ANYWHERE.
THERE IS USPIAM.

A year ago I landed on The Other Side Of The World in search of my own paradise and I discovered that “Plus ça change plus ç’est la même chose” (The more things change the more they stay the same). I created the photographic series “USPIAM”, which comes from latin and means “somewhere, anywhere”.

This year I decided to celebrate my birthday, focusing on the bright side of being an Outsider and I created The Outsider Cheesecake, The Uspiam Cheesecake, The Sweet Potato Cheesecake with its amazing orange color derived from sweet potatoes. The Never-Photographed Cake to be honest. But I managed to do a sketch, using the Monge Method of projections.

During my studies at the Academy of Fine Arts we had a whole year long of descriptive geometry, which we – future artists – couldn’t understand at all, most of us. We struggled a lot with pain and anger, not being capable of understanding the whole mystery of descriptive geometry and failing one exam after another. I was no better than the rest, but my honour was saved by a Frenchman – Monsieur Gaspar Monge who discovered a method to describe ANY object.

What I remember is to draw a view from above and a side view or a cross section view. The actual method is far more complicated of course! But for my needs, sketching food when I design it, my adopted method is enough and I always think about Mr Monge. Here you have then The Sweet Potato Cheesecake – above and side views inspired by the Monge Method.

potato-cheescake-views
Sweet Potato Cheesecake – views / Sernik Ze Słodkich Ziemniaków – widoki by Serafin 2017

SWEET POTATO CHEESCAKE inspired by USPIAM (bySerafin)

TIN: Round tin, 18cm diameter

BASE:
– 130g digestive biscuits
– fresh ginger (about 1cm piece)
– 60g melted butter

Blitz the digestive biscuits, add freshly grated ginger and melted butter. Tip everything into the tin, press it evenly into the bottom and sides of the form.
Put into the preheated oven (180C) for 10 min.

FILLING:
– 300g mashed sweet potatoes (you can boil them or roast them with skin, just pricked with a fork)
– 50g cream cheese
– 100g fructose (or 120g sugar)
– 1 lemon (juice and zest)
– 2 eggs
– 1/2 tbsp of soya sauce

Mixed everything in the food processor. Pour on the pre-baked digestive base. Put into the oven, reduce temperature to 170C. Bake 45-60 min, checking after 30 min. The cheesecake should be a little “wobbly” in the centre, then, switch off the oven and let it cool. Place into a fridge overnight (I know, it is almost impossible to wait so long, but…. After one night it will be even better!).



O OBCYM, USPIAM I SERNIKU ZE SŁODKICH ZIEMNIAKÓW

Decyzja o opuszczeniu kraju, w którym się urodziło i wychowało, wiąże się z zaakceptowaniem tego, iż już zawsze będzie się Obcym. Obcym w kraju, który się na nowy dom wybrało. Obcym we własnej ojczyźnie, z której się już “jedynie” pochodzi. Zazwyczaj bycie Obcym nie wiąże się z negatywnymi emocjami czy morzem wylanych łez, niekiedy jednak, zwłaszcza w okolicach urodzin, ta łza jedna czy druga uroniona zostaje z poczucia tegoż wyobcowania, braku przynależności, wykorzenienia w mniejszym lub większym stopniu. Bycie Obcym wiąże się również z poszukiwaniem, z odwieczną ciągotą, tęsknotą za TAM. TAM będzie lepiej. TAM będzie raj. TAM. GDZIEŚ. GDZIEKOLWIEK.

Rok temu wylądowałam na Drugim Końcu Świata, by odkryć, iż “Plus ça change plus ç’est la même chose”, czyli “Im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje tym samym”. Stworzyłam fotograficzną serię “USPIAM”, co oznacza w języku łacińskim GDZIEŚ/WSZĘDZIE/NIGDZIE/GDZIEKOLWIEK/TAM.

ZABIERZ MNIE TAM.
TAM NIE ISTNIEJE.
TAM JEST NIGDZIE. GDZIEŚ.
GDZIEKOLWIEK.
TAM ZNACZY USPIAM.

Świat Obcego. Innego. Skądś.

W tym roku postanowiłam połączyć USPIAM ze zbliżającymi się urodzinami, które stają się niczym więcej jak pretekstem do upieczenia ulubionego przeze mnie ciasta – sernika. Sernika jednak Innego. Obcego. Sernika-USPIAM, którego zdjęcie nie powstało. Powstał jednak szkic (powyżej).

Szkic, będący pozostałością po trudach studiowania geometrii wykreślnej na pierwszym roku Akademii Sztuk Pięknych jakieś dwadzieścia lat temu. Z przedmiotu wyjątkowo mało rozumianego przez przyszłych artystów, zapamiętałam (i to niedokładnie) tak zwane “rzuty Monge’a” [morza], nie ze względu na brzmienie, lecz na ich przydatność w życiu codziennym. Rzut z góry i rzut z boku (albo przekrój?!) wystarczy, by przestawić KAŻDY przedmiot. Oczywiście to ogromne uproszczenie, w dodatku zaadoptowane przeze mnie na potrzeby własne! Genialna prostota, która przydaje się również w kuchni. Kolejne zeszyty, w których notuję pomysły kucharskie, pełne są prostych rysunków, w których gdzieś kryją się ślady Monge’a. Można więc mój rysunek swobodnie nazwać “Widoki Sernika Ze Słodkich Ziemniaków, zainspirowane rzutami Monge’a”.

SERNIK ZE SŁODKICH ZIEMNIAKÓW, zainpirowany USPIAM (bySerafin)

FOREMKA DO PIECZENIA: okrągła, 18cm

BAZA:
– 130 g ciasteczek digestive
– świeży imbir (mniej więcej centymetrowy kawałek)
– 60 g stopionego masła

Zmiksuj ciasteczka w robocie kuchennym, dodaj starty korzeń imbiru i masło, dobrze wymieszaj. Wyłóż do foremki i ubij jednolicie, nie zapominając o bokach, a przynajmniej ich kawałku (1 cm wysokości).
Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180°C na 10 min.

MASA:
– 300 g purée ze słodkich ziemniaków (ugotowanych lub upieczonych ze skórką, nakłutych widelcem przed włożeniem do piekarnika)
– 50 g kremowego serka
– 100 g fruktozy (lub 120 g cukru)
– 1 cytryna (sok i starta skórka)
– 2 jajka
– 1/2 łyżki sosu sojowego

Zmiksuj składniki dokładnie. Wlej na podpieczoną wcześniej bazę. Wstaw do piekarnika, obniż temperaturę do 170C. Piecz 45-60 min, sprawdzając po pół godzinie. Sernik powinien nieco trząść się w samym centrum, wtedy piekarnik wyłącz i poczekaj do ostudzenia. Ciasto wstaw do lodówki na noc, mimo ogromnej, gigantycznej, największej na świecie pokusy zjedzenia go od razu i to w całości! Poczekaj, błagam!

eng

 

About Bounties and Toulouse-Lautrec’s Spanish Soup

above / powyżej: BOUNTY #1 / DAR #1 by Serafin 2017


pl

Jean-Claude – The Best Gardener In The Village came one morning with a wooden box of goods  – the crinkly carrots, the biggest ever onions (650 g each one!) and a turnip. A great start for making soup, especially when the weather doesn’t spoil anyone, it’s cold and wet. I took “The Art of Cuisine” cookbook and I read once again every recipe for soup. According to Toulouse-Lautrec and Joyant you always need to have a carrot and a turnip. In Polish cuisine every soup has to have an onion, carrot, parsnip and celeriac, but never a turnip. We are not big lovers of this veg and I have to admit – it is not one of my favorites either! But bounty is bounty and I had to use it.

Writing my two last posts about Spain (1st post and 2nd post) and having Gastrofestival Madrid still going on (until the end of this week) I chose a recipe for the Spanish Soup, which is so beautifully written, that I have no choice but to present it to you in its original form. I have no idea if this soup has any Spanish roots or the French just named it that. It’s great for winter time and according to Henri very healthy too.

www-bounty-nr2-byserafin
BOUNTY #2 / DAR #2 by Serafin 2017

SPANISH SOUP by Henri Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant

“For a liter of consommé: put four liters of cold water in a stewpot made of earthenware, some salt, two spoons of lentils, a spoon of split peas, and a spoon of white haricot beans.
When the water boils, add a large leek cut in pieces, a hundred grams of carrots and a hundred grams of thinly sliced turnips, half a stick of celery, a piece of thistle, parsnip, and a lettuce cut in pieces.
Let it boil without a lid; then, with a lid; let it reduce on a low fire until one liter of consommé remains from the four liters of water.
Strain and serve hot.
This soup is excellent for intestinal inflammation and diarrhea and has the same properties as milk.
If one wants to eat it, without being ill, add pepper, salt, and a
binding of butter with egg yolk and fried croutons.”



DARY I HISZPAŃSKA ZUPA TOULOUSE-LAUTREC’a

Jean-Claude – Najlepszy Z Ogrodników zawitał ostatnio ze skrzynką dóbr – powykrzywiane urocze marchewki, największe z cebul (650 g każda!), piękna dorodna rzepa, której jednak miłością nigdy nie darzyłam ani nadal nie darzę. Dary jednak darami są i trzeba je dobrze wykorzystać! A że zimno, mokro i buro za oknem, a że dwa ostatnie posty o Hiszpanii były (ten i ten tutaj), a że Gastrofestival Madrid trwa jeszcze do końca tygodnia, postanowiłam ugotować Hiszpańską Zupę Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a. Czy ona hiszpańska czy jedynie tak przez Francuzów nazwana – sprawa to mało istotna. Istotny jest urok przepisu samego w sobie, który powyżej cytuję po angielsku, a poniżej samodzielnie, mniej lub bardziej zgrabnie, tłumaczę. Proszę zwrócić szczególną uwagę na porady zdrowotne Henryka oraz na budowę receptury, czyli brak wyszczególnionych składników, co moim zdaniem nie ułatwia jednak gotowania.


HISZPAŃSKA ZUPA (przepis org. Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a)

“Na litr consommé*: wlej cztery litry zimnej wody do glinianego naczynia na zupę, odrobinę soli, dwie łyżki soczewicy, łyżkę grochu łuskanego i łyżkę białej fasoli. Gotuj pod przykryciem, potem bez, na niewielkim ogniu, aż płyn zredukuje się do jednego litra consommé.
Odcedź i podawaj gorące.
Zupa ta jest wyjątkowo dobra na problemy jelitowe, biegunkę. Ma takie same właściwości jak mleko.
Jeśli osoba zdrowa chciałaby ją jeść, dodaj pieprzu, soli, mieszanki masła i żółtka oraz małe grzaneczki.”

*Consommé – klarowny bulion, przygotowany w odpowiedni sposób.
Ze względu na sposób przyrządzania consommé, osobiście nie użyłabym tutaj tej nazwy, ale zastąpiłabym ją „wywarem” lub „bulionem”, w przepisie jednak użyto tego wyrazu.

eng

 

About flatbread, the Universe and What Is Next

above / powyżej: “WHAT IS NEXT” by Serafin 2017


pl

Cuisine And Art is one of my art projects. That’s why I write here very irregularly, especially when I’m preparing an exhibition, or two or three even, as is happening this year. Anyway, not all of my artistic projects are about food! Many of them don’t contain anything to eat at all! Art is art. Food is food. And only sometimes they come together (quite often in my life, to be honest). And it just happened in my latest piece of art – “WHAT IS NEXT?”. Just take a look!


Art is Imagination. It is Creation. It’s Vision.
Art is something very undefined which starts in an artist’s Thoughts And Feelings.
The Idea is the most important.

Then come different processes about how to do it. Without The Idea, but with great tools (Let’s say with an amazing and very expensive camera) you can make a good photo. Yes, it can happen. But with The Idea and with the knowledge “how” you can create an absolutely stunning photo, making it with “only” an empty match box (using it as a pin-whole camera). Francis of Assisi apparently said: “He who works with his hands is a labourer. He who works with his hands and his head is a craftsman. He who works with his hands and his head and his heart is an artist.” And this is how a Simple Burnt Flatbread became Art, telling a story about the universe, destiny and the future. What is next? Who knows.

SIMPLE FLATBREAD TELLING A STORY ABOUT “WHAT IS NEXT” (bySerafin)

– flour
– pinch of salt
– lukewarm water
– olive oil

Mix together the flour and salt in a large bowl. Add water slowly, mixing with your hands. Add olive oil, but not too much. You want to make a nice soft dough. Knead it for a few minutes until it becomes elastic and smooth. Wrap it in cling film and let it rest for at least half an hour (you can leave it even for a day or two!).

Divide the pastry into small balls and roll out into the thickness you want. Cook in a very hot frying pan for a minute or two on each side. Eat with anything you wish (I ate them for the first time in my life about 20 years ago in Eivissa town, Ibiza. It was very late at night, or early morning, and I found a small kiosk serving wraps with rocket and mozzarella cheese. This is still one of my favorites ways to serve flatbread wraps!).

P.S. By the way – nobody won Ottolenghi’s “The Cook Book”. And I’m not going to lie to you – nobody wrote to me. That’s the reason. It is what it is.



O PŁASKIM CHLEBKU, WSZECHŚWIECIE I O TYM “CO (JEST) NASTĘPNE”

Cuisine And Art to jeden z moich artystycznych projektów. Z tego też względu pisuję tu nieregularnie, szczególnie jeśli akurat przygotowuję wystawę, dwie lub trzy, jak ma to miejsce w tym roku. I nie każdy z tych projektów związany jest z jedzeniem. Ba, w wielu z nich jedzenie nie występuje wcale. Nawet kruszynka żadna. W mojej ostatniej pracy zatytułowanej „CO (JEST) NASTĘPNE” jedzenie występuje, i to w roli głównej. Spójrz tylko!


Sztuka to Wyobraźnia. To Kreacja. To Wizja.
Sztuka to coś bardzo nieokreślonego, zaczynającego się w Myślach I Uczuciach /Odczuciach/ artysty.
Idea jest najważniejsza.


Potem pojawiają się mniej lub bardziej skomplikowane procesy twórcze, w których dochodzi do tematu „Jak?”. Bez Idei jednakże to Jak staje się prawie bezcelowe. Mało przydatne jakoś. Owszem, brak Idei, połączony z dobrymi narzędziami (wypasionym aparatem na przykład), może przynieść skutki całkiem pozytywne. Może (bardziej lub mniej przypadkowo) powstać dobra fotografia. Może. Nie musi. Z Ideą jednak to narzędzie będzie całkowicie odmienne, może być nim na przykład puste pudełko od zapałek, zamienione w
camera obscura (rodzaj aparatu fotograficznego), dzięki której powstanie świetne zdjęcie, przedni kawałek Sztuki.


„Ten, który pracuje rękoma, to robotnik. Ten, który pracuje rękoma i głową, to rzemieślnik. Ten, który pracuje rękoma, głową i sercem, to artysta” – to ponoć słowa Franciszka z Asyżu, świetnie oddające ducha tematu. Bo jakże wytłumaczyć to, iż Prosty Spalony Płaski Chlebek nagle i niespodziewanie staje się Sztuką, opowiadając historię o wszechświecie, o przeznaczeniu i o przyszłości? O tym “Co jest następne”? Co dalej?


PROSTY SPALONY PŁASKI CHLEBEK, OPOWIADAJĄCY HISTORIĘ O TYM “CO DALEJ?” (bySerafin)
– mąka
– szczypta soli
– ciepła woda
– oliwa z oliwek (nadaje elastyczności ciastu; można ją zastąpić innymi oliwami)


Wymieszaj mąkę z solą. Dodawaj powoli, ciągle mieszając, ciepłą wodę i mniej od niej oliwy z oliwek. Zagniataj. Ma powstać elastyczne, gładkie ciasto, które będzie łatwe do rozwałkowania. To potrwa kilka minut. Możesz ułatwić sobie życie (to się nazywa „lenistwo”), używając robota kuchennego, z czego zazwyczaj korzystam, spiesząc się. Gotowe ciasto owiń folią spożywczą i odstaw minimum na pół godziny (ciasto może też „leżakować” dzień lub dwa!). Ciężką patelnię postaw na gaz, dodaj odrobinę oliwy. Podziel na kule wielkości tych do gry w golfa. Rozwałkuj cienko, tak jak lubisz. Smaż minutę lub dwie z każdej strony. Podawaj z czymkolwiek sobie zamarzysz. (Ja najbardziej lubię z mozzarellą i rukolą. To kombinacja, którą pierwszy raz jadłam sto lat temu na Ibizie późną nocą, lub wczesnym rankiem, w małej budce, w której nic innego nie podawali. Ależ to było genialne!).


P.S. Tak przy okazji – konkursu, w którym do wygrania była rewelacyjna książka kucharska Ottolenghi’ego „The Cook Book” nikt nie wygrał. Powodem jest to, iż nikt nie podjął wyzwania i nie napisał do mnie. Ot życie. Książka czeka!

eng

 

About Toulouse-Lautrec birthday and walnut/chesnut cake with lemon verbena mascarpone icing

above / powyżej: HENRI TOULOUSE-LAUTREC & HIS BIRTHDAY CAKE / Z TORTEM URODZINOWYM


pl

Already 152 years??? Time is flying! Look! What a beautiful sweet girl! Oh…this is not a girl, this is Henri! Henri Toulouse-Lautrec! Happy birthday then!!!

Months ago I was passing the Toulouse-Lautrec Museum in Albi (France) when two huge posters attracted my attention, hanging at the entrace. I made photos of them and here you have – small Henri as a Cute Beautiful Girl and a Serious Man With A Hat And Glasses.

www-bday
HENRI TOULOUSE-LAUTREC & HIS BIRTHDAY CAKE / Z TORTEM URODZINOWYM

I wanted to make him a special birthday cake. I wanted to create something what would bring him home. And I found it – I decided to make a cake with walnuts from my garden and chestnuts from the village. Plus a mascarpone cream infused with lemon verbena, which grows here in many places. Everything from his (and my) neighbourhood.

152th B-day CAKE FOR HENRI TOULOUSE-LAUTREC

SPONGE:
– 150 g walnuts
– 100 g chestnut flour
– 6 eggs (separated)
– 80 g moscovado sugar
– 80 g butter
– 3 tablespoon of bread crumbs
– juice from 1/2 lemon
– pinch of salt

In the food processor blitz walnuts to powder. Mix with chestnut flour and salt.

Beat the butter in a large bowl until soft. Add half of the sugar and beat until smooth. Add the remaining icing sugar and yolks (one by one, without a rush!). Beat the mixture until creamy and smooth. Slowly incorporate flours.

Melt butter. Wait until cold. Add to the mixture.

Beat whites until very stiff (Do not forget to put the bowl over your head! If any whites drop on you – you have to keep beating!). Add lemon juice and beat together. Pure in to the butter-flour mixture. Sprinkle with bread crumbs. Fold in gently.

Preheat oven to 180 C degrees. Pour the mixture into a greased tin (I used a round one, 20 cm). Bake about 30 minutes until done. Cool it.

Cut the sponge to 2 or 3 (if you can) layers. I like to spray them with a strong tea with good brandy, but not everyone likes this method, so you can skip it. Or you can change it using coffee instead of tea, or not use an alcohol. Experiment! Enjoy!

ICING:
– 250g mascarpone
– 250 ml double cream
– 100 g icing sugar
– lemon verbena leaves (preferebly fresh)
– 1/4 glass of boiling water

Infuse hot water with lemon verbena and let them cool. Remove leaves. The remaining liquid should be very green and have a strong flavour. If it is not – heat it and put in more leaves. Cool.

Whisk the cream until fluffy and stiff. And to the mascarpone and whisk together, gently incorporating icing sugar. At the end add very very very slowly (almost drop by drop) the lemon verbena infusion.

Spread sponges with mascarpone icing. Decorate as you wish. I wanted something clean and simple, so I used just a few lemon verbena leaves. Place your cake into a fridge for at least one night… Yes, I know, this is extremly hard, but I’m pretty sure you can manage it? If not, you can do what makes you happy – eat it directly, even without cutting it. You can eat it with hands! Alone, with someone or with your dog. You can offer a piece to a stranger. Eat it in bed, on the carpet or in a park. Eat a small piece or eat it ALL! It is yours!

And Henri? He would eat it with beautiful ladies around him and he would draw them or paint them, that’s for sure. Happy birthday!!!



TOULOUSE-LAUTREC, URODZINY I TORT ORZECHOWO-KASZTANOWY Z KREMEM MASCARPONE Z WERBENĄ CYTRYNOWĄ

Już 152 lata??? Naprawdę? Czas leci (“Leci? Leci” On z……a!” – jak powiedział mi lata temu zaprzyjaźniony Najlepszy Weterynarz Świata)! O jaka śliczna dziewczynka! Słodziutka! Ooooo…. to nie dziewczynka! To przecież Henryk! Henri Toulouse-Lautrec, świętujący dzisiaj 152. urodziny! Najlepszości!!!

Kilka miesięcy temu, przechodząc obok Muzeum Toulouse-Lautrec’a w Albi (Francja), zostałam oczarowana dwoma gigantycznymi zdjęciami, wiszącymi obok wejścia – Słodka Mała Dziewczynka oraz Poważny Mężczyzna W Okularach I Kapeluszu – Henryk w całej swej okazałości i krasie!

Chciałam zrobić na Jego urodziny coś specjalnego. Jakiś Szczególny Tort, który przypomniałby Mu o rodzinnych stronach, o domu. Co rośnie wokół, a nadawałoby się na tak szczególną uroczystość? W moim ogrodzie – orzech. We wsi – kasztany. A przy schodach piękny krzak werweny. Wszystko z naszego – Henryka i mojego – sąsiedztwa.

TORT ORZECHOWO-KASZTANOWY Z MASCARPONE I WERBENĄ CYTRYNOWĄ
NA 152. URODZINY HENRYKA TOULOUSE-LAUTREC’A

CIASTO:
– 150 g orzechów włoskich
– 100 g mąki kasztanowej (wiem, że może być trudna do kupienia lub droga, można ją zastąpić mąką migdałową lub orzechami włoskimi, Henryk z pewnością zrozumie!)
– 6 jajek (oddziel żółtka od białek)
– 80 g cukru muscovado
– 80 g masła
– 3 łyżki bułki tartej
– sok z ½ cytryny
– szczypta soli

Zmiksuj orzechy na mąkę, zmieszaj z mąką kasztanową i solą.

Ubij masło do puszystości. Dodaj połowę cukru i ubijaj dalej. Dodaj pozostały cukier, ubijaj, wbijając żółtko po żółtku, bez pospiechu. Ubijaj do uzyskania puszystej i kremowej konsystencji. Dodaj mąki i wymieszaj delikatnie.

Ubij pianę z białek. Podnieś miskę nad głowę, odwróć. Jeśli nic z miski nie skapało na Ciebie i nie musisz szybko lecieć pod prysznic – białka ubite są dobrze. Jeśli nie – ubijaj dalej do skutku, wtedy weź kąpiel.

Do ubitej piany dodaj sok z cytryny. Ubij. Masę białkową włóż do miski z masą mączno-maślaną. Na razie nie mieszaj. Wsyp na wierzch bułkę tartą. Teraz DELIKATNIE mieszaj dużą łyżką od spodu do góry, jakby składając warstwy, zakładając jedną na drugą (ang.: fold in).

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C. Przełóż masę do wysmarowanej masłem formy (ja użyłam okrągłej, 20 cm). Piecz około 30 minut. Sprawdź patyczkiem lub wykałaczką – nakłuj ciasto i wyjmij patyczek, jeśli będzie suchy, to znaczy że ciasto jest gotowe. Wyjmij z piekarnika i ostudź.

Tak przygotowane ciasto przekrój na 2 lub 3 (jeśli Ci się uda) warstwy. Możesz nasączyć je mieszanką mocnej herbaty z brandy, jak ja uczyniłam. Możesz użyć espresso z alkoholem lub bez. Jak lubisz. Na co masz ochotę. Eksperymentuj!

KREM Z MASCARPONE I WERBENĄ CYTRYNOWĄ
– 250 g serka mascarpone
– 250 ml śmietany 30%
– 100 g cukru pudru
– werbena cytrynowa (najlepiej świeże liście)
– ¼ szkl gotującej wody

Zaparz werbenę. Napar ma mieć mocny aromat i głęboki zielony kolor. Jeśli taki nie jest – zagotuj raz jeszcze i dodaj werbeny. Odstaw do ostudzenia, usuń liście.

Ubij śmietanę, dodaj do serka mascarpone i ubijaj, dosypując cukier puder. Masa ma być puszysta, delikatna i lekka. Na koniec dodaj napar z werweny, łyżeczka po łyżeczce.

Rozprowadź masę po warstwach ciasta. Udekoruj według uznania. Ja nie udekorowałam. Chciałam czystą, prostą formę, na której położyłam jedynie kilka gałązek werweny. Włóż tort do lodówki przynajmniej na noc. Wiem, wiem. Jest to nadzwyczaj trudne i wymaga wyjątkowo silnej woli… Ale może dasz radę? Jeśli nie – pałaszuj! Rzuć się na ten tort! Bierz kęsy łapami! Nie baw się w talerzyki, w widelczyki żadne! Rozkoszuj się samotnie lub w czyimś towarzystwie! W kuchni, w łóżku, na dywanie. A może w parku? Poczęstuj nieznajomego. Lub nieznajomą. Ciesz się! Fetuj! To w końcu Twoja krwawica i urodziny Henryka!

A Henryk? Henryk z całą pewnością radowałby się nie tylko tortem w towarzystwie pięknych kobiet, które by to przy okazji rysował, malował, co bądź…

eng

 

About Yuko Nishimura and picnic tart 2in1

above / powyżej: YUKO NISHIMURA


pl

Eating outside is one of the best pleasures ever, so every excuse is good to organise a picnic. Even the shortest trip by car has to include one! Even a few hours in an airport waiting for the next flight gives you a great occasion to prepare something, to make a salad, to bake a cake. In my car there is a special place for an old greenish bag with forks, spoons and paper napkins, which I collect from everywhere. Here my fun begins:

“Oh! This is a fork from … !”

“Do you remember this napkin? There were the best pies ever!” – It was a f…g million years ago and I still have this bloody napkin ???!!! What the hell is wrong with me?

“Look! I have found the smallest package of cashew nuts in the world! Where did it come from?!”

– “From a plane.” – My Better Half replied murmuring.

This small ugly greenish bag has my whole world inside. Sometimes a fork without a prong can be useful! Another time one speculous cookie can save a life! (My life during an hour long trip by car…).

A good picnic starts with well packed food. No-one wants to have a vinaigrette sauce spilled in the back seat of a car. Or yellow gazpacho on a freshly ironed white dress (I do not iron, but apparently there are some people who do). Gravy on a suit? Chicken juice on the car’s carpet? Crushed green peas. Whipped cream smeared into the upholstery. Chocolate mousse on a shirt (… it depends on the circumstances…). Anyway – food has to be packed well to protect it during a trip and to protect everything around it.

And here you have amazing pieces of art from Japan – Yuko Nishimura! She inspired me to do my own picnic packiging.

Yuko Nishimura, Organic, 2006

This is the original recipe from “The Art of Cuisine”, except for using sugar, which I avoided to have more possibilities. Not adding any sweetener causes quite a neutral tasting dish. On a picnic you can decide what to add – pesto on the top or roquefort cheese with walnuts? Some chopped tomatoes with red onion and parsley? Cured Spanish ham and melon? Or perhaps some fresh fruit with honey? Plum jam with rhubarb or plums with rum and cream? One tart – picnic – GO!

2016-09-05-diy-picnic

PICNIC TART 2in1 (savory and/or sweet in one)
based on Toulouse-Lautrec’s “Galiche from Champagne” recipe

2 Tbsp flour
1,5 cups heavy cream
0,5 cup sour cream
4 Tbsp milk

“In a porcelain dish which can go into the oven, at least five centimeters deep, lay some tart pastry*, over which you pour the following mixture: two spoons of flour**, half a liter of fresh cream, three whole eggs, salt (…).
Mix the flour with one part of milk, add the salt (…) and, while stirring, incorporate the eggs, one by one, and then the cream.
Put into a hot oven. The tart should be very golden (…).”

* TART PASTRY (original recipe): “(…) prepare the pastry (…) with wheaten flour (…) in the proportions of a third of butter to two thirds of flour; add sufficient water and salt.

** Original NOTE: “(…) Begin by mixing flour to a paste with 2 Tbsp milk. 400° (200°C) oven 25 min.”

Please remember that “The Art of Cuisine” cookbook can be quite tricky to use. “The recipes are given here in their original form, retaining their colour of thought and language. The only modifications are the notes that have been added to facilitate the work of modern food lovers.” That’s why I wrote the original recipe and I had to add at the bottom the original tart pastry recipe, which is not included in this one for the Galiche from Champagne. This tart pastry recipe is nicely hidden somewhere in the text of the book. Therefore I had to add the original note without which the recipe wouldn’t be complete.



YUKO NISHIMURA I PIKNIKOWA TARTA 2w1

Ubóstwiam jadać na dworze. Każda, byle jaka, najmniejsza okazja powoduje we mnie chęć do ucieczki gdzieś. Śniadania zazwyczaj na balkonie. Obiady i kolacje w ogrodzie. A gdy kroi się wypad samochodem, choćby trwający godzinę, – szykuję się i ja. Wpierw sprawdzam czy aby stara zielonkawa torba z moim małym, ale całym, światem jest (nadal/nieustająco) w bagażniku. Torba jakże istotna – połamane widelce, samotny cynamonowy herbatnik (mogący przecież uratować życie! moje oczywiście, w czasie 60-minutowej wyprawy), drewniane noże, kubeczki, deseczka, stara mapa, grająca rolę wyjątkowo eleganckiego obrusu, torebki z solą i pieprzem, saszetki z cukrem, gdyby się jakiś niespodziewany gość pojawił, który cokolwiek słodzi, ewentualnie jakiś koń napatoczył. Aaa, jeszcze papierowe serwetki, które namiętnie zabieram z miejsc wszelakich. Teraz moja prywatna zabawa może się zacząć:

„Ooo! Ten widelec z ….!” – tu pada nazwa miejsca odwiedzonego sto lat temu.

„Pamiętasz tę serwetkę? Z tego małego sklepu z najlepszymi … na świecie!” – Tak, to było milion lat temu, a ja ciągle mam tę p….ą serwetkę???!!! Coś ze mną jest nie tak?!

„Spójrz! Znalazłam najmniejsze z istniejących opakowań z orzechami nerkowca! Skąd my je mamy?!” – chodzi o 4, słownie CZTERY, orzeszki.
– „Z samolotu.” – odburknęła Moja Lepsza Połówka.

Następnie odbywam poszukiwania, zazwyczaj bardzo żmudne ze względu na moją dobrą, aczkolwiek krótką i wybiórczą pamięć, niebieskiej torby na lodowe wkłady. Po kilku godzinach znajduję, rozpoznaję agresywny blue. Układam menu, przygotowuję. Zastanawiam się jak zapakować, bo jednak, cóż, opakowanie w podróży ważnym jest! Któż chciałby groszek zielony wbity w tapicerkę, sos vinegraitte wsiąkający w dywanik, żółte gazpacho na desce rozdzielczej czy mus czekoladowy na bluzce (no może ktoś życzyłby sobie, może w trochę innej sytuacji…może).

Po inspiracje opakowań sięgam (niestety internetowo, nie osobiście) do Japonii, gdzie natknęłam się ostatnio na obłędną Yuko Nishimura. Spójrzcie sami co wyrabia! I co robię potem, pakując tartę 2w1 na piknikową wyprawę.

Tarta 2w1 ma swoje źródło w przepisie Toulouse-Lautrec’a na Galiche de Champagne. W przepisie tym jednak Henryk używa cukru, który ja pominęłam, by mieć piknikową gamę różnorodności – na wytrawnie z podsuszaną szynką i melonem, serem roquefort i orzechami czy pomidorami z czerwoną cebulą i pietruszką. Lub na słodko – ze świeżymi owocami i miodem, z dżemem śliwkowym z rabarbarem lub śliwkami z rumem i słodką śmietaną. Jedna tarta – piknik – START!

TARTA PIKNIKOWA 2w1 (wytrawna i/lub słodka)
oparta na przepisie Toulouse-Lautrec’a „Galiche from Champagne”
2 łyżki mąki
1,5 filiżanka śmietanki
0,5 filiżanki śmietany,
4 łyżki mleka

“Porcelanowe naczynie, mogące być używanym w piekarniku, minimum na 5 cm głębokie, wyłożyć ciastem do tarty. Wlać na nie miksturę : 2 łyżki mąki**, pół litra śmietan, 3 jajka, sól (…)
Wymieszać mąkę z mlekiem, dodać sól (…) i, nieustająco bełtając, wbić jajka, jedno po drugim, a na końcu wlać śmietany.
Wstawić do nagrzanego piekarnika. Tarta powinna być złocista (…).”

* CIASTO NA TARTĘ (przepis oryginalny TL) – „(…) przygotuj ciasto, używając pszennej mąki (…) w następujących proporcjach: jedna trzecia masła i dwie trzecie mąki; dodaj wystarczającej ilości wody i soli.”

** NOTATKA – “(…) Rozpocząć od wymieszania mąki z 2 łyżkami mleka. Piec w 400° (200°C) przez 25 min.”

Trzeba pamiętać, iż książka “The Art of Cuisine”, z której wzięłam przepis, może sprawiać trudności bądź niespodzianki kucharzowi. Na obwolucie można przeczytać: “Przepisy podane tutaj są w ich oryginalnej formie, z zachowaną kolorystyką i językiem. Jedyne modyfikacje zostały umieszczone w notatkach, by ułatwić życie miłośnikom gotowania.” Dlatego więc umieściłam oryginalny przepis z adnotacjami, dotyczącymi przepisu na ciasto na tartę, który znajduje się w zupełnie innym miejscu książki, sprytnie ukryty między zdaniami. Dodałam też notatki, by przepis był kompletny.

eng

 

About summer, Anna Reinert, Luis Egidio Melendez and plum jam with rhubarb

above / powyżej: ANNA REINERT “TOURIST GIRL / TURYSTKA” 2012, Sopot (PL), Haffnera 24 Street / ul.


pl

This is not the end of summer! This summer is endless and full of sun! Joy of life. Energy getting less and less in the hours between lunch and dinner. Garden to be cared for early every morning. The smell of soil and freshly cut grass. The small mirabelle plum tree with branches touching the ground – so heavy with sweet fruit. I’m so happy I finished my school years long ago and I have the summer for a lot longer!

Sopot, the small charming Polish town on the Baltic coast, is a very touristy place. And now is the best time to visit it – September is coming. A few tourists left, but with no children, who start school tomorrow. Still no students, they will come 1st October to start their university courses. But one of the tourists will stay all year around – “Tourist girl” made by Anna Reinert and painted by Dorota Borowska – two great artists with whom I studied in the Academy of Fine Arts. I love this wall! It is great! It is always 100% SUMMER, even during the winter, when I made this above photo. And here there is a map where you can find “Tourist girl” – Haffnera Street 24, Sopot, Poland:

Luis Melendez Still Life with Bowl of Plums Figs and Bagel XVIII
Luis Egidio Melendez, Still Life with Bowl of Plums Figs and Bagel / Martwa natura z …, XVIII c., from the collection of / z kolekcji Museo del Prado

PLUM JAM WITH RHUBARB (no sugar added! 100% fruit!)
inspired by Anna Reinert and congratulations to her for growing her 1st rhubarb!

– 3 kg plums (I used mirabelle plums from my garden, but you can use any kind you wish)
– 3-6 rhubarb sticks (the quantity depends on how much you want to “break” the sweetness of the plums to have it a little “sharper”)

Wash the fruit. Pit the plums and peel the rhubarb. Cut the rhubarb into small pieces. Place the fruit into a large pan or frying pan, preferably with a thick bottom. Cook on a very small heat, covered at the beginning. Stir it occasionally and wait until almost all the liquid has evaporated. Pour the hot jam into sterilized jars, close them well and put upside down. Wait until cool.

Because there is no sugar added I prefer to pasteurise this jam, to store it longer. Put the jars into a cold oven and set to 120 C degrees. When the oven will reach this temperature wait 20-25 minutes more. Take out the hot jars and put them upside down until cool.

Eat it with anything! With muesli, porridge, on toast, with croissant. Open a jar and take a spoon. Or two. Or more. Use it on the top of a tart or cheesecake. Blend it with natural yoghurt to make a smoothie. Enjoy the summer directly from a jar – Summer Made By Yourself!



LATO, ANNA REINERT I DŻEM ŚLIWKOWY Z RABARBAREM

To nie jest koniec lata! Lato nie kończy się nigdy! Lato trwa! Wraz ze słońcem, ze światłem, z gorącem zabijającym energię (przynajmniej moją) na godziny dzielące obiad i kolację. Zapach świeżo skoszonej trawy, zapach ziemi po deszczu. Niewielka mirabelka w ogrodzie dotykająca gałęźmi ziemi, ociężale znosząca obfitość słodkich soczystych owoców. Cudownie nie mieć żadnych obowiązków szkolnych i myśleć o wrześniu jak o kolejnym letnim miesiącu!

Sopot… Jedno z najbliższych mi miejsc w Polsce, z najukochańszych. Sopot uroczy, niewielki. Oczywiście nie ten hałaśliwy lipcowo-sierpniowy! Nie ten, kiedy to na plaży nie można uświadczyć wolnego centymetra kwadratowego lub dwóch! Sopot ten, który lubię najbardziej, właśnie odsłania swoje uroki – turyści już wyjechali, a ci, którzy zostali, są bez wrzeszczących pociech. Sopot jeszcze bez studentów, którzy pojawią się dopiero za kilka tygodni. Sopot ten dla Sopocian, szczególnie starszych, chodzących wolniej, ale dzięki temu obserwujących dokładniej, uważniejszych. Sopot bez pospiechu. Z małymi uliczkami, wśród których ukryła się nie tylko na lato jedna „Turystka” (projekt: Anna Reinert, wykonanie: Dorota Borowska – dwie świetne artystki, z którymi miałam przyjemność studiować w ASP), będąca w 100% latem (nawet w styczniu, kiedy zrobiłam to zdjęcie).

DŻEM ŚLIWKOWY Z RABARBAREM (bez dodatku cukru! 100% owoców!)
zainspirowany „Turystką” i z gratulacjami za pierwszy rabarbar w ogrodzie jej autorki

– 3 kg śliwek (użyłam mirabelek, ale mogą być każde inne)
– 3-6 łodyg rabarbaru (dla przełamania słodyczy śliwek i „podkręcenia” smaku)

Umyj śliwki i usuń pestki. Obierz rabarbar, pokrój na niewielkie kawałki (1-2 cm długości). Włóż owoce do garnka lub głębokiej patelni o grubym dnie. Smaż na niewielkim ogniu, najpierw pod przykrywką. Doglądaj, czasami mieszaj. Jak mikstura będzie miała konsystencję dżemu, wkładaj gorącą do wyparzonych słoików. Zakręcaj je dobrze i odstaw do góry nogami do ostygnięcia.

Jeśli chcesz, by dżem mógł być długo przechowywany – pasteryzuj (bo nie ma cukru). Ja pasteryzuję w piekarniku – wkładam słoiki z dżemem do zimnego piekarnika i nastawiam temperaturę na 120 C. Gdy temperatura zostaje osiągnięta czekam 20-25 minut. Wyjmuję gorące słoiki i odstawiam do góry nogami do ostygnięcia.

Dżem można jeść ze wszystkim i bez wyrzutów sumienia! Jest znakomity do śniadań (muesli, owsianka, tosty, croissanty etc.) i do deserów (jako wypełnienie tart lub warstwa wierzchnia na sernik). Genialnie sprawdza się również wyjadany prosto ze słoika łyżką!

100% lata zrobionego przez Ciebie! Wyobraź sobie mroźną zimę – pada śnieg, minus sto, wieje, czarno na dworze. Zapalasz świece. Robisz dobrą mocną herbatę, może być wzmocniona dodatkowo, otwierasz słoik… i lato pochłania Cię znowu!)

eng

About Mark Rothko, his Recipe For Artwork, plums and rum

above / powyżej: MARK ROTHKO “NO. 37/NO. 19 SLATE BLUE AND BROWN ON PLUM” 1958
from the / z MOMA collection (www.moma.org)


pl

In September 1903 Markus Yakovlevich Rotkovich came into this world. 55 years later, in November, the same man, butnow known as Mark Rothko – a famous American painter of Russian Jewish descent – gave a speech designed to discuss art as a trade, in which he outlined his own Recipe For A Work Of Art. A Formula with all ingredients:

MARK ROTHKO FORMULA FOR A WORK OF ART

1. There must be a clear preoccupation with death—intimations of mortality… Tragic art, romantic art, etc., deals with the knowledge of death.

2. Sensuality. Our basis of being concrete about the world. It is a lustful relationship to things that exist.

3. Tension. Either conflict or curbed desire.

4. Irony. This is a modern ingredient—the self-effacement and examination by which a man for an instant can go on to something else.

5. Wit and play… for the human element.

6. The ephemeral and chance… for the human element.

7. Hope. 10% to make the tragic concept more endurable.

I measure these ingredients very carefully when I paint a picture. It is always the form that follows these elements and the picture results from the proportions of these elements. – he said.

In April 2016 my plum tree is blossoming beautifuly. My freezer is full of frozen and pitted plums from last autumn. Already having Mark Rothko’s No.37/No.19 in my head I decided to use these goods, being inspired by one of Henri Toulouse-Lautrec’s recipes. It would be perfect for my friend A.’s birthday today, I was thinking. “Dear A., enjoy your day and the rest of your life!”

2016-04-13-plums-and-rum

PLUMS WITH RUM
(inspired by Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant)

– plums (pitted and frozen)
– white rum

Heat the oven to 180-200°C. Place frozen plums on the baking tray. Bake about 15 minutes until soft and some juices run off. Pour on some rum and bake 5-10 minutes more. Eat warm or cold, with yoghurt or without. Sprinkle with plum blossom (these flowers not only look amazing but they are edible too!).

Perhaps you don’t want to have a dessert? Perhaps you don’t have a sweet tooth? Perhaps. Who knows. In this case place some frozen plums into a jar half full with good quality white rum (the alcohol has to cover the fruit completely). Close the jar and put aside for few weeks, stirring every day. You will end up with a beautiful deeply coloured liquid with a delicate plum aroma.

But of course you can stay with rum alone. – “Rum. No plums. Version No.3 of Toulouse-Lautrec’s recipe.”



MARK ROTHKO, PRZEPIS NA DZIEŁO SZTUKI, ŚLIWKI I RUM

We wrześniu 1903 na świat przyszedł Markus Yakovlevich Rotkovich.
55 lat później, w listopadzie, ten sam mężczyzna, ale znany już jako Mark Rothko – amerykański malarz o rosyjsko-żydowskim pochodzeniu – wygłosił mowę o sztuce jako handlu, w której zdradził własną Recepturę Na Dzieło Sztuki:

RECEPTURA NA DZIEŁO SZTUKI (autor: Mark Rothko; tłumaczenie własne)

1. Zaistnienie klarownego i jasnego zainteresowania się śmiercią i myślą o umieraniu. Sztuka tragiczna, sztuka romantyczna i inne zajmują się znajomością śmierci,

2. Zmysłowość. Nasza podstawa bycia konkretnym na temat świata. Oto zmysłowy stosunek do rzeczy, które istnieją,

3. Napięcie. Zarówno konflikt jak i ograniczone pragnienie,

4. Ironia, nowoczesny składnik, dzięki któremu można przejść do czegoś innego,

5. Dowcip i zabawa – w celu bycia bardziej ludzkim,

6. Ulotność i szansa – w celu bycia bardziej ludzkim,

7. Nadzieja. 10%, aby uczynić tragiczną koncepcję bardziej znośną.

Malując obraz, bardzo uważnie mieszam te składniki. Zawsze jest to forma, która śledzi wszystkie elementy, a dzieło jest rezultatem, osiągniętym dzięki ich proporcjom.

W kwietniu 2016 śliwa w moim ogrodzie zakwitła. Zamrażarka wypełniona po brzegi zebranymi jesienią owocami tejże. Mark Rothko, śliwki i kwiaty śliwy. Henri Toulouse-Lautrec i przepis na Śliwki z rumem. Ja, zainspirowana tym wszystkim i chcąca świętować urodziny Fantastycznej A – „Najlepszości! Cudownego dnia i reszty Twego życia!”

ŚLIWKI Z RUMEM
(zainspirowane przepisem Toulouse-Lautrec’a)
– śliwki
– biały rum

Rozgrzej piekarnik do 180-200°C. Ułóż śliwki na blasze (jeśli używasz mrożonych, jak ja, to nie rozmrażaj ich). Piecz przez około 15 minut, aż zmiękną i zaczną puszczać soki. Pokrop solidnie rumem i piecz przez kolejne 5-10 minut. Jedz ciepłe lub zimne, z jogurtem lub bez, ale posypane kwiatami śliwy, które nie tylko są przepiękne, ale i smaczne!

Jeśli nie lubisz deserów lub nie masz na nie po prostu ochoty, nadal możesz pozostać przy Henrykowym przepisie. Do dużego słoja włóż śliwki (ja włożyłam mrożone) i zalej je białym rumem tak, by dokładnie je przykrył. Odstaw w ciemne miejsce na kilka tygodni, mieszając słoik (bez otwierania) każdego dnia. Otrzymasz trunek o głębokim kolorze i delikatnym aromacie.

Możesz też pozostać przy samym rumie oczywiście – „Rum. Bez śliwek. Wersja Nr3 Receptury Toulouse-Lautrec’a.”

eng

 

About red fish on a white plate and Joseph Beuys

above / powyżej: JOSEPH BEUYS “TWO RED FISH / DWIE CZERWONE RYBY” 1954 from / z www.tate.org.uk


pl

WHITE. WILD. WIND. NOTHING. NO THING.
SILENCE.
RED.
FISH. FINISH.

I have never thought that Beuys was using more than grey, white, black or buttery yellows. And suddenly I found Two Red Fish. Two Red Fish surrounded by the White Sea. Nothing less. Nothing more. Silence and simplicity. No fancy tablecloths and flowers on the table! No loud music and complicated flavours! No colourful plates, pink glasses or purple napkins. The cleansing strength of simplicity and mindfulness. SILENCE.

RED FISH ON A WHITE PLATE inspired by Joseph Beuys
(Ladies and Gentlemen! Today in the role of the Red Fish – Red Snapper!)

– red snapper – scaled and gutted, 1 or 2 per plate
– olive oil
– sea salt
– lemon

I love the Spanish way of cooking called “a la plancha” which means to grill on a special metal plate (plancha). You can have fish a la plancha, meat a la plancha, veggies, sandwiches, just about anything you want (almost). This is a quick and easy way to bring out all the flavour. But not being in Spain and not having “la plancha” you can use a frying pan, imagining that you are on the Spanish coast and that you have a special metal plate to fry on.

Heat the frying pan. Pour in some olive oil (about a tablespoon). Place the fish and fry it for about 5-6 min on each side. Salt with sea salt. Squeeze on some lemon juice. Place on a white (and only white) plate.

Now you can see better, the contrast between red and white. Now you can taste better. Close your eyes as you swallow every bite. Can you feel it? Can you hear it?

Joseph B. is coming…


CZERWONE RYBY, SZARY BEUYS I BIAŁY TALERZ

BIAŁOŚĆ. NICOŚĆ. OŚCI DWIE.
NIC.
CZERWIEŃ. CZAR. CZAS.
SIĘ.

Joseph Beuys to szarość, to szaranagajama. To ewentualna gdzieś czerń, biel otulająca. Czasem szwendająca się żółć masła. Krzycząca z rzadka agresywnie cytryna. Ale czerwień? Czy gdybym gdzieś wpadła przypadkiem na Dwie Czerwone Ryby moja pierwsza myśl skierowana byłaby na Beuysa właśnie? Nie! Nie nie nie. Szare ryby, ości, resztki, utytłane w maśle, zawinięte w filc, bądź tworzące swego rodzaju martwą naturę z kojotem – tak. To dla mnie Beuys! Ale nie czerwień, wybuchająca z cichej bieli! Prosta, kłująca prawie w oczy. Obłędna, fantastyczna. Zimna? Gorąca?

Tu nie można mieć innych dodatków niż biel! Tu nie można mieć innego niż biały talerz! Żadnych kwiatków, wzorzystych obrusów! Fikuśnych kieliszków, pierdułek srułek! Czystość. Uważność. Zatrzymanie się. Teraz. Tutaj. Tu.

CZERWONE RYBY NA BIAŁYM TALERZU
(Joseph Beuys zainspirował, a Lucjan Czerwony wystąpił w roli Czerwonej Ryby)

– lucjan czerwony (wyczyszczony z łusek i wnętrzności) – 1 lub 2 na talerz
– oliwa z oliwek
– sól morska
– cytryna

Lubuję się w kuchni hiszpańskiej i w czymś, co Hiszpanie nazywają „la plancha”. W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że jest to po prostu kawał blachy, na której smaży się mięsa, ryby, warzywa, kanapki i wszystko to, na co ma się ochotę. Nie będąc jednak w Hiszpanii i nie posiadając „la plancha”, można spokojnie wziąć patelnię i zabrać się do roboty, wyobrażając sobie, że jest się na hiszpańskim wybrzeżu i ma się do dyspozycji blaszaną płachtę.

Rozgrzej patelnię. Wlej odrobinę oliwy oliwek. Wrzuć rybę i smaż 5-6 minut z każdej strony. Posól. Skrop sokiem z cytryny. Połóż na talerz. BIAŁY talerz.

eng

 

About onion and garlic soup, mountains and Damien Hirst

above / powyżej: DAMIEN HIRST “AND THEN THERE WERE FOUR A FAMOUS MUSKETEER” 2002, *limited edition of / edycja limitowana 2000, photo from / foto z www.mutualart.com


pl

What does Damien Hirst have in common with onion and garlic soup and mountains? Onions of course, onions! Two thousand to be precise.

When travelling by car, many times I press the “info” button on the sat nav screen and I observe at what altitude I am. One place is lower. Another is higher. It is something to do during my trips around the Midi-Pyrénées. That’s why I know that I live at 500m above sea level. Or something like that. Far, far too low for following this recipe.

ONION AND GARLIC SOUP
by Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant, “The Art of Cuisine”

“In a large earthenware soup pot put about eight pounds of good butter and brown a good dozen large onions chopped fine and as many cloves of garlic.

Stir continuously with a wooden spoon while adding as much good wheat flour as the butter can absorb.

Salt and pepper strongly; continue to work this mixture as long as possible since it must become a paste. Turn this paste into a pot or into a tinned box with a tight cover and let it get cold.

With this preparation one can, in the high mountains, make about thirty soups, allowing a large spoon of the mixture per hunter.

Pour the spoonfuls into a marmite in which there is boiling water from the glaciers or from the snow; let it boil a few minutes, then soak the bread, previously toasted in front of the fire.

This soup is made to carry when hunters keep to the mountains for a fortnight or so, and in the evening to fortify people in a state of exhaustion, who are no longer hungry but only thirsty, and who sleep out of doors at altitudes of three thousand meters.”

THREE THOUSAND he said! Bloody THREE! And I’m only at 500 metres! Worse, I can’t even see anything 3000 high around me! OK, let’s say that 500 metres is fine. Glaciers? Snow? Nope. The coldest place is a freezer, but being a big one it allows me (I suppose) to say that it is ok. Is it? And I’m not a hunter but when there is hunting season here I can hear shots all day long and I avoid walking into the forest in fear of being mistaken for a deer or a wild boar.

Even in my circumstances I decided that I could make this soup. And I made it, eating so quickly that there was no time to make a picture (no proof then I’m afraid).

P.S. Last month Damien Hirst opened his new restaurant “Pharmacy 2” in south London with chef and restaurateur Mark Hix.

hirst-pharmacy-restaurant-2
Pharmacy 2 from www.pharmacyrestaurant.com

P.S. 2. In 2013 I painted “This is not for Mr Hirst”.

serafin-this-is-not-for-mr-
Serafin 2013, This is not for Mr Hirst, acrylic on canvas


ZUPA CEBULOWO-CZOSNKOWA, DAMIEN HIRST I GÓRY

Co ma wspólnego Damien Hirst z zupą cebulowo-czosnkową i górami? Cebule oczywiście, cebule! Dwa tysiące*, żeby być precyzyjnym.

Podróżując autem wynajduję różnego typu atrakcje, by droga szybciej mijała. Jedną z nich jest obserwowanie na jakiej wysokości nad poziomem morza się w danym momencie znajduję. Zgaduj zgadula z współtowarzyszami podróży. Tu niżej. Tam wyżej. Dzięki niewielkiemu przyciskowi „info” nawigacji satelitarnej wiem więc dokładnie, iż mieszkam 500 m.n.p.m. Mniej więcej, zależy w którym pomieszczeniu przebywam. W każdym razie jest to za nisko, o wiele za nisko, bym mogła ugotować zupę cebulowo-czosnkową według przepisu Toulouse-Lautrec’a:

ZUPA CEBULOWO-CZOSNKOWA
Toulouse-Lautrec i Maurice Joyant „The Art of Cuisine”
(w wolnym tłumaczeniu własnym)

“W dużym glinianym garnku na zupę umieścić około ośmiu funtów dobrego masła i zbrązowić dobry tuzin drobno posiekanych dużych cebul i tyle samo ząbków czosnku. Mieszać nieustająco drewnianą łyżką, dodając tyle mąki pszennej ile wchłonie masło. Posolić i popieprzyć. Cały czas mieszać do uzyskania gęstej pasty. Gdy pasta będzie gotowa przełożyć ją do pojemniczka lub puszki, zamknąć szczelnie i poczekać do ostygnięcia.

Wysoko hen w górach z takiej puszki można przygotować około 30 porcji dla zgłodniałych myśliwych, po sporej chochli dla każdego. Wystarczy włożyć kilka łyżek wcześniej przygotowanej pasty do gotującej się wody (z lodowca lub rozpuszczonego śniegu), pogotować kilka minut i zanurzyć wcześniej przypieczony nad ogniem chleb.

Ta zupa dodaje sił wycieńczonym myśliwym, którzy już nawet nie są głodni, lecz jedynie spragnieni. Którzy od dwóch tygodni śpią na dworze w wysokich górach, trzy tysiące metrów nad poziomem morza.”

TRZY TYSIĄCE?! Przeklęte TRZY! Przebywam/ mieszkam/znajduję się na jedynie 500 metrach! Gorzej, nie mogę nawet dostrzec żadnego trzytysięcznika! Dobrze, może więc jednak 500 metrów wystarczy? Wystarczy! Lodowce? Śnieg? Nic z tego! Aktualnie najzimniejszym miejscem w okolicy jest zamrażarka, ale ponieważ jest bardzo duża to może jednak wystarczy? Przyznaję się też od razu – żaden ze mnie myśliwy! Ale podczas sezonu myśliwskiego myśliwymi otoczona jestem tak szczelnie, że boję się wychodzić do lasu, by nie zostać pomyloną z jeleniem lub dzikiem… W tych więc okolicznościach doszłam do wniosku, że zupę ugotować mogę. Ba, nawet powinnam. I wzmocnić siły.

Strawa okazała się tak dobra, że zniknęła szybciej niż zrobiłam zdjęcia. Brak więc dowodów, iż w ogóle istniała 😉

P.S. Damien Hirst oraz szef i restaurator Mark Hix otworzyli w ostatnim miesiącu w południowym Londynie restaurację “Pharmacy 2”.
P.S.2. W 2013 namalowałam obraz “This is not for Mr Hirst” /”To nie jest dla Pana Hirst’a/.

eng

 

About Hugh’s War On Waste, Gregg Segal, Sue Webster with Tim Noble and Small Baby Bajaderas

above / powyżej: GREGG SEGAL “7 DAYS OF GARBAGE / 7 DNI ŚMIECI” 2014 – “Marsha and Steve” and “Gaby”/”Marsha i Steve” oraz “Gaby”


pl

In 2015 Hugh Fearnley-Whittingstall from the River Cottage – activist and chef, thanks to whom the fishing rules in the UK have been changed, made for the BBC, the series “War On Waste” concerning all of us. It doesn’t matter where in the world we are – we produce rubbish, we buy too much, we possess too many things and the worst – we waste, we waste, we waste. At the same time a third of all the food we produce never gets eaten and every 10 minutes in the UK alone, people throw away 7 (S E V E N!) tonnes of clothes. DO NOT WASTE! – This is Hugh’s War On Waste! And mine, and yours!

wastenotuk
waste not a third

Every 10 minutes in the UK people throw away 7, S E V E N, tonnes of clothes:

waste not cloths
Hugh on the 7 tonne pile of clothes / Hugh na 7 tonach ubrań, które zostały wyrzucone na śmieci w ciągu 10 minut!

And artists create their art, using rubbish as a material:

In 2014 Gregg Segal made “7 DAYS OF GARBAGE”. He photographed people with their trash and recycables collected during a period of 1 week. You can read more about it and see more pictures on www.greggsegal.com.

So – what do you have today destined for your rubbish bin? Any food? Any goods to throw away? Perhaps old biscuits and dry pieces of yesteday’s cake? Four days old lonely chocolate muffin? A not very fresh piece of any kind of sweet bun? Look for it well! I’m pretty sure you will find something hidden in a cupboard, bread box or a metal tin. Have you got it? Great! Now you can create an extremely easy and tasty Polish “bajaderas” – delicious small sweet balls made from pastry leftovers. Still, in these days in Poland almost every bakery makes them – they use all their unsold cakes, biscuits etc.

SMALL BABY BAJADERAS FOR THE WAR ON WASTE

– old biscuits, pieces of cake, muffins, sweet bun or bread (like a brioche for example)
– sugar/brown sugar/honey
– butter
– pinch of salt
– brandy or any strong alcohol you like
– espresso coffee
– cocoa powder
– raisins
– white sesame seeds or shredded coconut

I’m not going to give you amounts for this recipe. Here you have to use what you find in your kitchen! You have to use those biscuits you found five minutes ago next to your bed! You have to use that half piece of cake your youngest has not finished! You have to use those two spoons of honey left in the jar and eight small packages of sugar you always take from cafes! Last few drops of your favorite brandy! A good gulp of whisky too! A handful of old raisins from the bottom of a bag in the cupboard! Go in! Be creative, use your imagination!

First of all crush very well all bakery leftovers. If you have biscuits you can blend them. You have to obtain some kind of minced-ground-blend-pastry-stuff. Melt some butter, not too much at the begining. Mix all ingredients (except sesame seeds or shredded coconut) together with your hands (Yes, get them dirty!). You should obtain something almost-like-plasticine in texture, something you can easly roll into a golf ball size. Taste it, add what you need to add to be happy. If it is too dry add more melted butter, perhaps a few more drops of alcohol or a small amount of espresso. Form balls and toss them in sesame seads or shredded coconut. Let them rest few hours in a fridge. Eat them! Share with your family and friends! Give a few to your neighbour or to a stranger passing by on the street!



HUGH I WOJNA PRZECIWKO MARNOTRAWSTWU, GREGG SEGAL, SUE WEBSTER, TIM NOBLE ORAZ MAŁE NIEWINNE BAJADERKI

War On Waste, czyli akcja przeciwko marnotrawstwu, przeprowadzana aktualnie na Wyspach przez Hugh Fearnley-Whittingstall – szefa kuchni i aktywiście, dzięki któremu m.in. zmieniono zasady połowów w UK (www.fishfight.net). Wyspy czy nie, ta kwestia dotyczy nas wszystkich!

W Wielkiej Brytanii co 10 minut powstaje 7-tonowa góra ubrań, które są wyrzucane na śmietniki.

1/3 wyprodukowanego jedzenia ląduje na wysypiskach. Marnują ją supermarkety, a producenci zmuszani są do wyrzucania „brzydkich” warzyw i owoców, nie odpowiadających „standardom”. Marchewka musi być prosta, a banan zakrzywiony o tyle i tyle stopni.

W międzyczasie artyści używają odpadów jako materiału do tworzenia sztuki – Sue Webster i Tim Noble w swoim „śmieciowym” projekcie układali góry wyrzucanych przedmiotów w ten sposób, by tworzyły teatr cieni. Gregg Segal w 2014 stworzył serię zdjęć, zatytułowanych „7 dni śmieci”. Prosił rodzinę i znajomych by przez tydzień niczego nie wyrzucali, a potem fotografował ich z odpadami, które sami wyprodukowali. Przepiękny, fascynujący i mądry projekt, który możecie dokładnie poznać na www.greggsegal.com.

No to jak? Co dzisiaj wyrzuciłeś? Jakieś jedzenie? Dobra jakieś, których chcesz się pozbyć? Może stare herbatniki albo suchy kawałek wczorajszego ciasta? 4-dniowa czekoladowa babeczka? Niezbyt świeże słodkie pieczywo? Rozejrzyj się dobrze! Jestem pewna, że znajdziesz coś na dnie szuflady, w pojemniku na chleb czy jakiejś metalowej puszce. Masz już? Świetnie! Teraz możesz zamienić te wszystkie resztki w coś, z czego my Polacy powinniśmy być dumni – w bajaderki! W nasz narodowy recyclingowy cukierniczy produkt!

BAJADERKI W WOJNIE PRZECIWKO MARNOTRAWSTWU

– stare herbatniki, kawałki ciast, ciasteczek i słodkiego pieczywa
– cukier/brązowy cukier/miód
– masło
– szczypta soli
– odrobina brandy lub innego mocnego alkoholu
– mała filiżanka mocnej kawy espresso
– kakao w proszku
– rodzynki
– wiórki kokosowe lub ziarna białego sezamu

Nie, nie mam zamiaru podawać ilości produktów do zrobienia bajaderek! Wszystko zależy od tego, co znajdziesz u siebie w domu, i w jakich ilościach! Musisz przecież zużyć herbatniki, znalezione pięć minut temu obok łóżka! Musisz zużyć niedojedzone przez Najmłodszego ciastko! Te dwie łyżki miodu, zalegające od dawna na dnie słoika! Osiem saszetek cukru, które zawsze zabierasz z kawiarni! Musisz w końcu zużyć ostatnie krople ulubionej brandy! Ostatni łyk whisky również! I tę garść starych rodzynek, zalegających na dnie szuflady! Użyj wyobraźni! Kreuj! Twórz!

Najpierw rozdrobnij wszystkie resztki. Herbatniki – w blenderze, miękkie ciasta – widelcem. Ma powstać sypka, ale nieco wilgotna masa. Roztop masło, na początek niewiele, ale może potem będzie trzeba trochę jeszcze dodać. Wymieszaj wszystkie składniki (oprócz wiórków kokosowych i/lub sezamu). Wymieszaj dobrze rękoma (Tak! Utytłaj się!). Masa ma być taka, by łatwo formować z niej kule wielkości piłeczek golfowych. Próbuj, dodawaj składniki według uznania! Na koniec rób kulki i obtocz je w wiórkach lub sezamie. Odstaw na kilka godzin do lodówki. Jedz! Częstuj rodzinę i przyjaciół! Podziel się z sąsiadką i przypadkowym przechodniem!

eng

 

About Toulouse-Lautrec, horns of plenty and Ginger Jamie’s mushroom pasta

above / powyżej: by CUISINE AND ART


pl

Once upon a time in The Big Dark Forest a small child who had only just begun to walk – in this role me – was forced by her Lazy Parents to mushroom hunt. Not wanting to stoop they showed a specimen and the child collected it defeating all obstacles then quickly giving it back to The Sloths.

So I can easily say – I am a natural born mushroom hunter.

In the already distant time of communism, workplaces used to organize a corporate outing to the woods. It was social entertainment, collective sport, supported by baskets full of consumables, especially those in liquid form. Anyway, I have never been on such a trip, I was too young when communism died. However, every weekend, every bank holiday and every summer I spent at my grandpa’s wooden cabin in a tiny village. In the beginning we didn’t have running water. Just a well, a bucket and outhouse in a corner of the garden. Over the years we succeeded in having a shower and a small bathroom, but still we used to cook on the wood burner (today I do the same in winter time, but in a different house and different country). Also the stove was the best place to dry mushrooms (sometimes in almost wholesale quantities).

kasparus-kitchen-www
my old kitchen in The Big Dark Forest / kuchnia w Mrocznych Borach

Already in my adult life I have changed The Dark Polish Forest for The Sunny Catalan Coast. I supposed then that I would have to forget about mushroom hunting.  How on Earth could I think that! Autumn, on the grass under the palm trees, next to the beach … plenty of mushrooms from the Suillus family! In the eucalyptus copse Macrolepiota procera (parasol mushrooms). Plenty, because the locals do not collect them! Worse, strangers used to warn me against food poisoning or even death! Suillius The Killer! Meantime Catalans during peak period viewing hours passionately followed the fate of mushroom hunters. In every episode a celebrity went to the forest with a guide. And at the end of the series we would know which celebrity had found the most mushrooms. Eeeeuuuugh……….

Then the time for learning French fungi habits came. A mushroom, if it is not the Boletus boletus (cep) or Cantharellus (chanterelles) stays untouched. So I visit my neighbours’ gardens to collect different types of mushrooms, including the Boletus family (excluding Boletus boletus of course). The French do not touch “my Polish” mushrooms and I even needed to take a small towel to cover my harvest against meddlesome glances. “You will die Madame!” – they used to shout. “I’m not a Madame, I’m a Mademoiselle.” – I replied smiling.

I never buy mushrooms. OK, I’m lying. Sometimes I buy button mushrooms. But it would be a disgrace for me to buy wild mushrooms. So I don’t. Not fresh ones. And not dried ones. Not powdered, nor sauces. No mushroom stocks or mushroom oils. And the biggest NO is for mushrooms in tins!

Unfortunately in this case I’m not on the same team as Mr Toulouse-Lautrec! Every time I read his „recipe” for tinned mushrooms (the recipe at the bottom) I’m almost sick. And I have no clue what could I do to follow it. Fortunately I have two words – „mushroom” and „tin”. I have also a celler and time. The result you can see above.

TA-DAH! I grew my own mushrooms!

I fried them quickly on olive oil. I added some crushed garlic. Salt and freshly ground pepper plus some parsley from my garden. Quick and tasty! Especially for Henri Toulouse-Lautrec!

Now is the time for a “real” recipe, not just a piece of metal with some fungi inside. This recipe is based on Ginger Jamie’s recipe for button mushrooms in a cream sauce. We met under the water and we spent a charming summer. He was counting fish, algae and all that underwater stuff with his entourage – Gorgeous Mermaids and Funny Boys. They lived in a small mysterious house in the mountains and at the end of a long summer they were so numerous that they didn’t have enough space to sleep. Some of them started to sleep in cars, in strangers and non-strangers houses, flats and beds. At the end they didn’t have any time to sleep and no transport from the house to the harbour. All bicycles had died or were stolen. Definitely it was time for them to leave. But before, there was one Last Party.

Everyone prepared something good to eat. Sometimes something good, but ugly and strange, like a mixture of tinned chickpeas, beans and tuna fish. We enjoyed great tarts, salads, hors-d’oeuvres and plenty of liquid support too (yes, the next day wasn’t the best day of my life).

That evening, without any doubt the winner was Ginger Jamie’s pasta. He couldn’t believe in his success and all the time he kept repeating „Oh, no, it is not like I wanted!” or „I’m sure it didn’t work!”. Like a typical Polish housewife, really!

Anyway, I have allowed myself to change his recipe a little, hoping that he will forgive me. And I used small black mushrooms, which I learned to hunt only few year ago in France, where they are called trompettes de la mort, which means trumpets of death! In English they are called horns of plenty! I find them, due to their unusual appearance, absolutely stunning! Wierd black edible individuals with holes inside with strange semi-dry texture – PERFECT!

horns of plenty with pink peppercorns / lejkowce dęte z różowym pieprzem
horns of plenty with pink peppercorns / lejkowce dęte z różowym pieprzem
2015-11-09-trompette-1

GINGER JAMIE’S PASTA
WITH MUSHROOMS IN CREAM SAUCE

– 500 g spaghetti
– 250 g mushrooms
(any type you like, Ginger Jamie used button mushrooms and I used horns of plenty)
– 1 small onion
– 2 garlic cloves
– 150 ml single cream
– 1 tsp of chilli flakes
– 1 tbsp of honey (I used acacia honey)
– salt
– pink peppercorns
– olive oil
– parmesan cheese

Heat the frying pan, pour in some olive oil. Chop onions and fry. Add chopped mushrooms and fry until beautifully gold. Add crushed garlic, wait 1 or 2 minutes. Pour on the cream, add salt, chilli and honey. Stir constantly and wait until sauce is reduced.

In the meantime cook the pasta in boiling salted water. When ready mix with the mushrooms in cream sauce. Serve with freshly crushed pink peppercorns and parmesan cheese. Enjoy!

And here the promised recipe in its original form:

BOLETUS MUSHROOMS FROM THE CAN – Toulouse-Lautrec, Joyant

“Open a can of cèpes*, throw them into a sieve, scald them, and wipe them.
Put into a frying pan one part butter, one part fine oil and let the 
cèpes brown so that they are a good golden color on each side. Put them to one side.
Peel and set aside the stalks, chop them up with a nut-size lump of dry bread, a shallot, a tiny piece of garlic. Let them brown in butter and garnish the 
cèpes with this mixture.
In a dish which can go into the oven arrange the 
cèpes with the mixture on top, sprinkle with bread crumbs worked with fines herbes**, salt and pepper, and let it cook gently.”

*cèpes – Boletus mushrooms
**fines herbes – blend of herbes

P.S. I would like to thank Megan for her help with latin and Louise for bringing amazing pink peppercorns from her beloved’s garden in B.)!!!



TOULOUSE-LAUTREC, TRĄBKI ŚMIERCI I RUDY JAMIE Z MAKARONEM

W Mrocznych Borach Tucholskich ledwo łażące dziecię (w roli dziecięcia  ja) zmuszone zostawało do pracy w postaci zbierania grzybów. Zbyt leniwi rodzice, nie chcąc schylać się, pokazywali okaz,  a ja dzielnie pokonywałam wszelkie przeszkody, by dotrzeć do wybranego grzyba i niezwłocznie oddać go w ręce Leniwców. Grzybobranie więc prawie wyssałam z mlekiem matki i doskonale wpisuję się w ten sport narodowy.

W odległych już czasach komunistycznych tak zwane zakłady pracy organizowały zbiorowe wypady do lasów. Była to rozrywka towarzyska, sport grupowy, wspierany koszami pełnymi prowiantu, głównie w postaci płynnej. Nigdy w takiej imprezie nie brałam udziału, gdyż komunizm upadł. Nieustająco jednak każdy weekend i każde lato spędzałam w środku lasów w dziadkowym domku – niewielkiej drewnianej chatynce, gdzie w tym czasie nie było bieżącej wody ani łazienki, a gotowało się na placie. Po latach w szopie zaistniał prysznic, sławojka została zastąpiona przez niewielką toaletę w domu, ale sposobu gotowania nie zmieniliśmy nigdy. Piec zresztą był też niezawodny przy suszeniu grzybów, niekiedy ilości prawie hurtowych.

W dorosłym już życiu zamieniłam Mroczne Polskie Bory na Hiszpańskie Słoneczne Wybrzeże. Śmiałam więc przypuszczać, że o grzybobraniach będę musiała zapomnieć. Jakże się myliłam! Jesienną porą na trawnikach pod palmami przy plaży – maślaki, a w eukaliptusowych laskach kanie. Okazy wyjątkowe i w wyjątkowych ilościach, bo miejscowi ich nie zbierają. Wiele razy próbowali mnie przekonać, iż maślak z pewnością zabija. Sami jednak namiętnie grzyby zbierają, a Katalończycy w godzinach największej oglądalności co tydzień  zasiadają przed telewizorami, by obejrzeć „Zbieraczy grzybów”!

Potem przyszła pora na poznanie zwyczajów francuskich. Grzyb, jeśli nie jest prawdziwkiem Boletus boletus czy kurką, pozostaje nietknięty. Odwiedzam więc pobliskie ogródki i masowo zbieram kozaki, różnorodne podgrzybki, inne niż Boletus boletus odmiany prawdziwków. Francuz ich nie tyka, przynajmniej w mojej wsi i na moje szczęście! Nauczyłam się też, by w koszu mieć jakąś szmatę, ręczniczek jakiś do przykrywania zbiorów. Ciekawskie oczy zaglądające komentowały nazbyt często, grożąc mi zatruciem czy śmiercią nawet. Mnie – dziecku borów! Ale nauczyłam się również zbierania kilku nowych dla mnie gatunków – przepysznych kolczaków obłączastych (zwanych po francusku kopytami baranimi), pieprzników trąbkowych i moich ukochanych trąbek śmierci, jak nazywają je Francuzi. Anglicy nazywają je rogami obfitości, a my po prostu lejkowcami dętymi.

Hańbą dla mnie byłoby kupowanie grzybów, oczywiście pomijam tutaj hodowane grzyby, jak na przykład pieczarki. Te kupuję. Innych nie. Pod żadną postacią. Ani świeżych. Ani suszonych. Żadnych wywarów. Proszków. Sosów. A już z całą pewnością grzybów zapuszkowanych! I tu z Henri Toulouse-Lautrec’iem w poglądach nie zgadzamy się. Jeden z Jego przepisów poświęcony jest właśnie grzybom z puszki (przepis znajduje się na samym dole tego wpisu)! O zgrozo! Na szczęście jednak wyobraźnia uratowała mnie i w tym wypadku – są i grzyby, i puszka jest!

TA-DA! Wyhodowałam własne grzyby! A potem usmażyłam je szybko na oliwie z oliwek, dodając zmiażdżony czosnek i posypując gotowe solą, pieprzem i natką pietruszki z ogrodu. Pochłonęłam jeszcze szybciej, myśląc nieustająco o Henryku Toulouse-Lautrec’u.

Danie jednak z przepisem Uroczego Rudego Jamie’go, którego poznałam prawie pod wodą, kiedy liczył ryby. Spędziliśmy długie letnie tygodnie na łodzi i pod nią w towarzystwie Jego Pięknej Świty w postaci kilku wyjątkowej urody Syren i fantastycznych kompanów liczenia ryb, alg czy innych morskich potworów. Towarzystwo Jamiego w miarę upływu lata rozrastało się, dolatując z Kraju Królowej. W niewielkim domu pełnym sekretów zaczęło brakować miejsca do spania a środki transportu w postaci rowerów zaczęły rozpadać się i ginąć. Koniec był bliski. Koniec lata.

Impreza pożegnalna, po której dzień kolejny z całą pewnością nie był najlepszym dniem mego życia (i pewno nie tylko mego). Bliżsi i dalsi znajomi wypełnili niewielkie mieszkanko, księżyc prawie w pełni, morze kilkadziesiąt metrów dalej. Każdy przyniósł coś do jedzenia i na (nie)szczęście do picia. Były dania urodziwe (przepiękne kanapki) i wyjątkowo brzydkie – w tej roli sałatka tuńczyk/fasola/cieciorka, będąca podstawą wyżywienia L. Wszystko pyszne – tarty, sałatki, pierogi i inne. Stół (tak naprawdę stoły) uginające się od dóbr wszelakich. Do tego Dziewczęta Przepiękne i Chłopcy Jak Zwykle. Daniem, które wszyscy pokochali najbardziej (oprócz dań w płynach) był makaron z pieczarkami w sosie śmietanowym, przygotowany przez Jamie’go, który – jak każda prawdziwa porządna pani domu – był wyjątkowo zestresowany, iż z całą pewnością mu nie wyszedł. Ja przepis nieco zmodyfikowałam, mając nadzieję, że Jamie mi wybaczy.

MAKARON JAMIE’GO Z GRZYBAMI W SOSIE ŚMIETANOWYM

– 500 g spaghetti
– 250 g grzybów (Rudy Jamie użył pieczarek, a ja lejkowców dętych)
– 1 mała cebula
– 2 ząbki czosnku
– 1 małe opakowanie śmietany 18%
– 1 mała łyżeczka sproszkowanego chilli
– 1 łyżka miodu
– sól
– różowy pieprz
– oliwa
– parmezan

Rozgrzać patelnię. Wlać oliwę. Zeszklić pokrojoną drobno cebulę. Wrzucić pokrojone w plasterki grzyby. Podsmażyć aż się pięknie zezłocą. Dodać zmiażdżony czosnek, podsmażać jeszcze minutę lub dwie. Posolić, wlać śmietanę, dodać miód i chilli, poczekać aż sos się zredukuje. W międzyczasie ugotować makaron w osolonej wodzie. Wymieszać makaron z sosem. Podawać ze świeżo zmielonym pieprzem i ze świeżo startym parmezanem.

A oto wspomniany wcześniej oryginalny przepis:

PRAWDZIWKI* Z PUSZKI – Toulouse-Lautrec, Joyant

„Otwórz puszkę prawdziwków*, odcedź je, sparz wrzątkiem i wytrzyj. Na rozgrzaną patelnię wrzuć kawałek masła i trochę oliwy, dodaj kapelusze grzybów. Podsmaż je z każdej strony do zbrązowienia i odstaw na bok.
Nóżki pokrój, wymieszaj z odrobiną bułki tartej, posiekaną szalotką i czosnkiem. Podsmaż na maśle i udekoruj powstała miksturą kapelusze prawdziwków.
W naczyniu żaroodpornym ułóż grzyby, posyp bułką tartą, wymieszaną z fines herbes**, posól, popieprz. Podgrzej delikatnie w piekarniku.”

* W oryginalnym przepisie tytuł brzmi „GRZYBY BOLETUS Z PUSZKI”, czyli używana jest łacińska nazwa. W samej już recepturze w wydaniu angielskim używane jest francuskie słowo ”cèpes” – prawdziwki.
**
 fines herbes – mieszanka ziół

P.S. Ogromne podziękowania dla Megan za pomoc językową oraz Louise za obdarowanie mnie różowym pieprzem z ogrodu ukochanego w B.!!!

eng

 

About Anish Kapoor and Yellow Gazpacho

above / powyżej: ANISH KAPOOR “YELLOW / ŻÓŁTY” 1999, from/z www.anishkapoor.com


pl

The autumn is coming and there is no hope until next year for hot sunny days. I just wrote about summer in Catalonia, but now I can see – it was reminiscences of long warm days and short nights under the stars. Anyway, now I can enjoy my veg garden, neighbours’ gardens, the fields and forests around – this is harvesting time. Busy, very busy. Squash, pumpkins, courgettes, tomatoes, peppers, chillies, chard, parsley, basil, beetroot and potatoes in my own small veg garden. Apples, pears, plums, figs and walnuts. Thank God the season for pears and plums has finished, but we’ve started to have plenty of mushrooms instead. And it seems that in my village no one wants any of these goods! Even for a short evening walk around the centre of the village I have to take at least one basket. But normally I take a basket and few bags. Plus someone to carry all those kilos. Then the job in the kitchen starts. And it spreads into the whole house. In every room there are gigantic mountains of walnuts drying. Mushrooms. Cardboard boxes, plenty of empty jars. The sink where I soak jars to remove the labels (This is an obsession I took from my mum – no product labels on jars with our jams and preserves! Only our own.) Oven working almost constantly. Second freezer on.

Every autumn the same. Do not forget – I’m Polish, I was born during communism and in those days we had only vinegar in the shops. My grandmother and my mum they had to do their own jams, compotes, syrups. They cooked and preserved beetroots, beans. They pickled veg. I remember our bath full of shredded cabbage, because my parents were making sauerkraut. I grew up with the habit of making preserves and being happy counting the already made jars and then staring at them.

Besides making preserves like a madwoman I make quite a lot of soups. Almost every dinner there is a soup. And I was thinking – how could I smuggle a soup into my culinary-artistic project? Even the greatest soup in the word is still only a soup. It gives you warmth and energy, that’s all. There is no excitement there – or so I thought.

Anish Kapoor, Yellow, photo from Anish Kapoor Istanbulda, Sakıp Sabancı Museum, Istanbul

Not so long ago I came back from a beautiful, stunning, staggering, bewildering, magical, addictive, astonishing city, which absolutely hypnotized me and in which I totally fell in love – Istanbul. Every day I’m thinking about Istanbul and it has become a little obsessive to be honest with you. Then suddenly I found IT – I found the connection and the excitement to my soup-story. “Ladies, gentlemen and children…” (as they say on Turkish Airlines) With the biggest pleasure I would like to present to you Anish Kapoor’s few cubic meters of fiberglass – Yellow!

The Indian born British contemporary artist. One of the greatest sculptors of our time. In 2013-2014 had his first major exhibition in Turkey, in Istanbul’s Sakıp Sabancı Museum. The exhibition was curated by Sir Norman Rosenthal and was sponsored by a private bank, which shows how good banks can be … but unfortunately it doesn’t happen often. Kapoor showed some of his iconic works there, including Yellow (above) and Sky Mirror. Once again he proved that bringing together sculpture, painting, technology and architecture is possible. Many years before in an interview (Art Monthly, May 1990) he said:

““I think I am a painter who is a sculptor… For me the two things have somehow come together, so that I am making physical things that are all about somewhere else, about illusory space.”

Here you can see the construction of Yellow, a short video from www.anishkapooristanbulda.com, which gives some idea of this huge project:

And if you are interested in Kapoor’s art there are 2 exhibitions in France to visit:

First one titled “Anish Kapoor chez Le Corbusier” is in the La Tourette Convent (the last major work of Le Corbusier in France) and is a part of Biennale 2015 of Lyon. The exhibition is open until 3rd January 2016. You can find more information here (unfortunately not everything is translated into English, so perhaps you will have to learn French) www.couventdelatourette.fr.

The second exhibition is in the Palace of Versailles (until 1st Nov, so you have to hurry up) www.chateauversailles.fr.

So now you can go to the kitchen and prepare this Yellow Gazpacho, made from roasted yellow cherry tomatoes:

2015-10-09-yellow-soup-changed
Ceramic by Leo Savy (Merci beaucoup!)

YELLOW GAZPACHO*

– 1 kg yellow cherry tomatoes
– olive oil
– 2 fresh rosemary stalks
– 1-2 cloves of garlic
– 1 small potato
– salt
– turmeric

Heat the oven to 180°C. Put whole tomatoes, potato with skin and rosemary in to a baking tray. Salt, drizzle with olive oil. Roast about 40-50 minutes until they start to caramelize nicely. Let them cool. Take a sieve and push them through it. Add crushed garlic, turmeric and blend all until very very smooth and silky (silkiness is increased by the addition of the potato). Add some water or coconut milk if needed, the soup has to have the consistency of double cream. Taste, add salt if needed, blend it once more. Put into a fridge. Before serving drizzle with olive oil.

Of course you can eat it warm, but in that case do not call it gazpacho!

*gazpacho – Spanish cold soup made from raw veg, usually tomatoes



ANISH KAPOOR I ŻÓŁTE GAZPACHO

Jesień idzie. I nie ma na to rady. Przed chwilą prawie pisałam post o słonecznym lecie na wybrzeżu Katalonii, a tu proszę – widzę, że to jedynie tęsknota była, wspomnienie długich upalnych dni i krótkich uroczych nocy. Teraz rozkoszować się muszę nie morzem i plażą, a ogrodem, zbiorami, lasami, polami. Ciężką tyrą rolnika, zbieracza, podkuchennej i kucharza. Czas przetworów. Czas owocny przygotowań na długą ciemną zimę. Na brak roboty nie mogę narzekać. W tym roku obrodziły wyjątkowo wszystkie dyniowate i burakowate. Poza tym pomidory, papryki, ziemniaki. Pietruszka. Gruszki, śliwki i figi (uff, już się skończyły) u sąsiadów. Jabłka wszędzie, gdzie się tylko da. Grzyby. Orzechy. I ja sama z dwoma rękoma jedynie. OK, czasem są jeszcze dwie ręce do tachania kilogramów jabłek ze spacerów i do wykopków. W każdym razie spokojnie to teraz z domu wyjść nie można. A już na pewno nie można bez kosza, bez noża. Siatki jednej lub jeszcze kilku wymiętolonych w kieszeniach dziurawych spodni roboczych. Wystarczy dziesięć minut wokół kościoła i cmentarza, żeby mieć robotę na wieczór! A w domu? W domu piętrzą się stosy suszących się gigantycznych orzechów. Wszędzie siatki z grzybami rozłożone. Pudła ze słoikami. Zlew wiecznie wypełniony po brzegi, bo przecież muszę odmoczyć sklepowe etykietki, by zrobić miejsce na własne (czynność odziedziczona po Rodzicielce). Piekarnik pracujący prawie na okrągło. Druga zamrażalka włączona. Śmiem twierdzić jednak, iż większość mego pokolenia w Polsce prowadzi podobny żywot w spadku po dzieciństwie w komunistycznych czasach. Tyle, że wtedy jeszcze rodzice szatkowali kapustę w wannie! Ja tego nie robię (jeszcze?)!

Poza masową produkcją przetworów, która niebawem doprowadzi mnie do szaleństwa, zajęłam się zupami, które stały się po prostu kolacjami. Każdego dnia inna zupa. Każdego wieczoru miska. W sumie nic ciekawego. Cóż ja bym o zupie napisać mogła? Jak mogłabym ją przekabacić tutaj? Wciągnąć wybraną do artystycznego świata? W zupach nie ma przecież nic intrygującego. Żadnego ekscytującego momentu. Ot energia dla ciała. Paliwo. Tak rozmyślałam.

Nie tak dawno temu wróciłam z przepięknego, cudownego, oczarowującego, magicznego, hipnotyzującego miejsca, w którym zakochałam się obłędnie i które staje się chyba moją obsesją. Istanbuł, bo o nim mowa, nagle stał się łącznikiem mego myślenia, sztuki i gotowania. W końcu zupełnie niespodziewanie odnalazłam TO – miejsce dla zupy w sztuce! „Panie, panowie, drogie dzieci…” (jak mawiają na pokładach linii lotniczych Turkish Airlines). Z największą przyjemnością pragnę przedstawić kilka dobrych metrów sześciennych włókna szklanego! Oto Yellow!

Autorem “Żółtego” (ang. yellow) jest Anish Kapoor, urodzony w Bombaju, a od lat siedemdziesiątych mieszkający w Wielkiej Brytanii, artysta. Jeden z największych współczesnych rzeźbiarzy. Na przełomie 2013 i 2014 roku miał zorganizowaną wystawę w Istanbule w Sakıp Sabancı Museum. Kuratorem był niejaki Sir Norman Rosenthal, a sponsorem jeden z prywatnych banków, co pokazuje, iż bank dobrym być potrafi, choć niestety zazwyczaj takim nie bywa. Kapoor przedstawił jedne z najsłynniejszych prac – Sky Mirror i Yellow (zdjęcie powyżej w tekście po angielsku). Raz jeszcze udowodnił, iż połączenie różnych światów jest całkowicie możliwe. Rzeźba, malarstwo, architektura z technologią i inżynierią dla artysty współgrają wyjątkowo harmonijnie, tworząc niesamowite dzieła. Lata wcześniej on sam w jednym z wywiadów (Art Monthly, maj 1990) powiedział:

„Myślę, że jestem malarzem, który jest rzeźbiarzem… Dla mnie te dwie rzeczy w jakiś sposób łączą się…”

Również powyżej możesz zobaczyć krótkie video o produkcji „Yellow”. Dzięki niemu można zacząć sobie zdawać sprawę z ogromu tegoż projektu. A jeśli lubisz twórczość Kapoora i wybierasz się akurat do Francji, to aktualnie można obejrzeć dwie jego wystawy:

Pierwsza ma miejsce w klasztorze La Tourette niedaleko Lyonu, zatytułowana jest „Anish Kapoor u Le Corbusiera” i stanowi część Biennale 2015 W Lyonie. Otwarta jest do 3. stycznia 2016 roku. Więcej informacji można znaleźć tutaj (niestety wersja angielska nie jest kompletna i jeśli nie mówisz po francusku, to chyba będziesz się go musiał nauczyć): www.couventdelatourette.fr
Druga wystawa obywa się w Wersalu i trwa do 1. listopada, więc trzeba się bardzo spieszyć (tanie linie lotnicze latają z wielu miast Polski do Paryża): www.chateauversailles.fr.

A teraz czas udać się w końcu do kuchni i wyczarować:

ŻÓŁTE GAZPACHO* Z PIECZONYCH POMIDORKÓW CHERRY zainspirowane Anish’em Kapoor’em


– 1 kg żółtych pomidorków cherry
– oliwa z oliwek
– 2 gałązki świeżego rozmarynu
– 1-2 ząbki czosnku
– 1 mały ziemniak
– sól
– pieprz
– kurkuma


Rozgrzej piekarnik do 180°C. Wsyp pomidory, pokrojonego ziemniaka (ze skórką) na blachę do pieczenia. Posól. Skrop oliwą. Piecz 40-50 minut, aż pomidory zaczną się powoli karmelizować, ale nadal będą pełne soków. Ostudź. Przetrzyj przez sito. Dodaj zmiażdżony czosnek. Zmiksuj. Posmakuj. Dopraw solą, jeśli konieczne. Dodaj wody lub mleka kokosowego, jeśli zupa jest zbyt gęsta (powinna mieć konsystencję śmietany). Zmiksuj raz jeszcze do gładkości i aksamitności (uzyskanej między innymi dzięki dodaniu ziemniaka). Wstaw do lodówki. Przed podaniem skrop oliwą z oliwek.

Oczywiście możesz jeść tę zupę na gorąco, nie nazywaj jej jednak wtedy Żółtym Gazpacho, lecz po prostu Żółtą Zupą!

*gazpacho – zimna hiszpańska zupa z surowych warzyw, najczęściej pomidorów

eng

 

About black rice, Miquel Barceló’s The Big Spanish Dinner and Cafè Begur

above / powyżej: MIQUEL BARCELÓ “THE BIG SPANISH DINNER / WIELKA HISZPAŃSKA KOLACJA” 1988


pl

If you hear the words “Spanish cuisine” what do you think of? Beyond the wine of course! You think: paella, sangria, tapas? Don´t you? For me, after so many years in Spain, there is still paella, sangria and tapas, but good ones! Not that terrible preprepared stuff, not that bland red wine coloured liquid from a box. No no no!

I remember my first paella. Until now one of the best ones. It was almost twenty years ago in Ibiza. A poor, tiny house with the smallest old lady in the world! María had the biggest heart and she always wanted to give, not to take. Once upon a time she invited me to her house in the middle of nowhere. The gate was made from old iron bedsteads. A long sandy path led to the small white building. A few skinny goats around. One lonely lemon tree. Nothing more. She made a special dinner for a special guest – me! I wanted to learn from her how to make paella, so she allowed me to be her sous-chef. At the end of this great meal sadly I realised that in Poland then, we didn´t have fresh sea food and it would not be possible to create something even close to This Paella. She smiled, she took my hand and we went to her pantry. The pantry was small, very small, but inside it was very big freezer… I understood the lesson.

Yes, of course, if you live on the coast and you can have fresh sea food – go and buy it!!! Run for it! This is the best quality without any doubt! But … not all of us have the priviledge of living on the Spanish, Italian, Portugese or any other coast.

As you already know I´m a diver, an underwater guide if you prefer. And I admire very much the underwater world. And this is my problem – during dives I treat fish, octopus, crabs, lobsters and all other creatures as my friends. As my family. So how can I eat them? HOW?! To be honest with you – sometimes … I can´t! Sometimes I go to a small seafood market with a Big Plan to make The Supper and …. I have to leave quickly because I start to cry. “You should to be a vegetarian.” – some of you say. Perhaps. But perhaps I´m still not ready for it?

When I started to write this post (it was long long time ago, and I didn’t have the time to finish it, but time flies). At the time I lived few kilometers from the rice fields. No, not in China, in Catalonia. And yes, it was a big surprise for me too, when I went there for the first time many years ago. There is a small village called Pals*, famous for its rice. Big fat rice, great for paellas. Rice grown next to the sea, in fields where white ibis proudly and elegantly stroll around.

Spain. Catalonia. Ibiza. Paella. Rice. Diving. And last, but not least – Miquel Barceló. An amazing artist born on Mallorca, who has such a great name! I always thought how lucky he is being named Barceló! Much of his art to me is about underwater life and his love of Balearic and Spanish culture. Is Miquel is a diver? I don´t know, but it would be strange if not. (If you meet him on your way, please ask him and write me an e-mail.) He is almost obsessed with fish, urchins, octopus. With the sea. Perhaps all island peoples have it inside themselves? Perhaps I should try island life one day?

Oh, can you imagine the flavours of this Big Spanish dinner? 1988, Miquel Barceló in his kitchen preparing a great meal. Rice slowly bubbling on a fire. Mussels waiting for their turn. Or perhaps it was far far away from Mallorca, perhaps this painting reflects Barceló’s hankerings and there were just few empty shells in his studio waiting to be painted? With artists you never know.

Many times I wonder what I would like to eat for the last meal of my life. The Big Spanish Dinner could become the Last Supper. Usually I was adjudicating the superiority of bread over the potato or vice versa. But since this summer I have no problem at all! On one beautiful late August day I had The Best Meal Of My Whole Life and without any doubt for My Last Supper I would ask the great Catalan chef Sergi Calm to cook for me his black paella and make for me flan (a Spanish kind of baked custard). Until that day I had no clue who Mr Calm was,or what meant Cafè Begur and that ,that one day could change my life forever! But it did.

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

UPDATE 2020: Unfortunatelly Cafè Begur doesn’t exist any more.


It was late summer, as I wrote before. My last day off, which I was happy to spend with my Polish friend. A small half empty beach, sun, sand and quiet. After a few hours a small hunger awoke and we needed to go and find something to eat. We went to Begur, a charming village with many bars and restaurants. But passing one old building I spotted a stunning staircase and I wanted to see where they could lead us. To heaven! They led us to heaven!

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

Cafè Begur – amazing place, beautifuly designed with old charm and soul. Food soooooooooo great, that after the meal I wanted to congratulate the chef. Here you have the short conversation between me and Sergi Calm, our first (but not the last) conversation ever:

Me: – I love you! – and I kissed him few times, like Catans do. – But I have a boyfriend! – I added quickly.

Sergi: Do not worry! I have a wife and two kids! This is the way to meet new people! This is the way to find the pleasures of life!

This is the way to enjoy every moment! After such a delightfull meal it was the best end to the afternoon I could imagine. And the best way to create my own Big Spanish Dinner with black rice.

THE BIG SPANISH DINNER
inspired by Miquel Barceló and Sergi Calm

– 2 glasses of rice from Pals* (or good quality fat round rice for paellas or risottos)
– 1/2 kg tomatos
– 1 onion
– 2 gloves of garlic
– sea salt
– black pepper
– sepia ink
– 4-6 salmon fillets
– 1 lemon
– pea shoots
– olive oil
– water

First of all you need to plan the preparation about one week in advance, so you have beautiful and almost sweet pea shoots. Just put a few whole dry peas into a plant pot with soil and put it in a sunny spot, watering it regularly. After a few days you will see these beauties!

To prepare any type of rice in Catalonia you need to have sofregit, which is a sauce used as a base. Igredients and preparation may vary, but usually consists of tomatoes, onions and garlic, chopped and cooked in olive oil on a very small fire. You need to add some sea salt and black pepper to taste. You need to pay attention to your sauce, stirring it constantly and adding some water if needed.

In the meantime fry your salmon in another frying pan. When it has a golden skin it should be ready, put aside on another plate. Add 1 glass of water to the rest of the olive oil, to keep all the goodness in and create some flavours, add sepia ink, salt, pepper. It will be your liquid base, stock if you prefer, to add to the paella.

When the onions are almost transparent and everything together creates a nice sauce add the rice, mix everything together, add your glass of “stock”-liquid and 2 glasses of water. Cover with a lid, make the fire as small as possible. Wait. Learn patience. When the rice almost absorbs all of the liquids – try it to see if it is well cooked, if not – add a glass of water, cover it, wait. Perhaps you will need a little more water, it depends on the rice.

Always try what you are cooking, add salt and spices to your own preference. Feel free and improvise!

When the black paella is ready put your salmon on the top, sprinkle with lemon juice, decorate with pea shoots and quarters of lemon.

Eat and enjoy!!!

P.S. Take a piece of paper, splash some black ink on it. Dry it, sign it and frame it – this is Your Art, inspired by Your Supper!

SOULAGES PAR SERAFIN by Serafin



CZARNY RYŻ, MIQUEL BARCELÓ I CAFE BEGUR

Słysząc „hiszpańska kuchnia”, o czym myślisz? Poza winem oczywiście. Paella, sangria, tapas? Tak właśnie myślisz? Ja też, nawet pomimo tylu lat spędzonych w Hiszpanii. Tyle, że musi to być dobra paella, dobra sangria i dobre tapas. Żadne tam pierdoły z półfabrykatów, żadne tam kolorowe płyny w mniejszych czy większych kartonikach! Ohydki, o których od razu należy zapomnieć!

Doskonale pamiętam pierwszą skonsumowaną paellę, jedną zresztą z najlepszych w moim żywocie. Ibiza, prawie dwadzieścia lat temu. Mały biedny bielony domek na końcu świata. Wyboista piaszczysta dróżka. Stare łóżko, odgrywające rolę bramy wejściowej. Samotne drzewo cytrynowe. Wychudzone kozy, skubiące pojedyncze źdźbła wysuszonej na wiór trawy. I Ona – María. Drobna staruszka o wielkim sercu. Dająca, nie biorąca. Czułam się wyjątkowo zaszczycona zaproszeniem do Jej domu na kolację, która miała być specjalnie na moją cześć wyprawiona. Prawie stuletnia Ibizenka postanowiła zrobić paellę, a ja postanowiłam być Jej podkuchenną (sous-chef’em, jak to się teraz mawia). Pod koniec już uroczystej wieczerzy zdałam sobie smutno sprawę, iż w ówczesnej Polsce cudem byłoby zdobycie świeżych owoców morza. Wyżaliłam się gospodyni, a ta wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do maleńkiej spiżarni. Maleńkiej, ale z wielką zamrażalką! Zrozumiałam.

Oczywiście jeśli mieszkasz na jakimkolwiek wybrzeżu i masz nieustający dostęp do najświeższych bogactw morza – korzystaj z tego! Biegnij, kupuj i pałaszuj! To jest najlepsza jakość i nie ma tutaj dwóch zdań! Nie wszyscy jednak jesteśmy znad morza, prawda?

Jak już wcześniej wspominałam, jestem płetwonurkiem, przewodnikiem nurkowym właściwie. I wszystkie podwodne stwory traktuję nie tylko jak przyjaciół, ale nawet jak rodzinę. Tutaj pojawia się problem – jak mogę je jeść? Jak przez gardło przejść mi mogą? Ot i czasami nie mogą! Zdarza się, że z rykiem wybiegam z hali targowej i z Wielkiego Planu fantastycznego posiłku zostaje Wielkie Nic. „Zostań wegetarianinem” – niektórzy mówią. Może. Może pewnego dnia zostanę, ale dziś jeszcze gotowa nie jestem.

Hiszpania. Katalonia. Ibiza. Paella. Ryż. Nurkowanie. I w końcu ostatni, choć jednak Pierwszy – Miquel Barceló – fantastyczny artysta, urodzony na Mallorce, któremu nazwiska wielokroć zazdrościłam. Jego podwodny świat, jego miłość do Balearów, do ziemi, do ojczyzny. Jego niemal obsesja przestawiania ryb, jeżowców, sepii, ośmiornic. Jego woda. Może to typowe dla wyspiarzy. Może TO tkwi w nich samych. Może zamiast krwi w ich żyłach płynie słona woda. Może i ja powinnam życia na wyspie kiedyś spróbować? A Miquel? Pewno nurkuje, zawsze tak myślę. Zawsze myślę, że nie tylko kocha Baleary, że nie tylko kocha malować. Myślę, że kocha jeść, kocha gotować i że nurkuje. Tak, z pewnością nurkuje. (Jeśli Go spotkasz – spytaj, proszę, i napisz mi.)

Oooooo, wyobraź sobie smaki tej kolacji! Rok 1988, Miquel Barceló w swojej kuchni, przygotowujący posiłek. Ryż bulgoczący na niewielkim ogniu. Mule czekające na swoją kolej. Cytryna gdzieś na uboczu. A może to było hen hen daleko od Majorki? Może tęsknił właśnie za domem rodzinnym, za smakami ze swojej krainy? Może gdzieś w samotności w pracowni malował puste skorupki po mulach? Z artystami nigdy nic nie wiadomo…

Wiele razy zastanawiałam się co bym chciała (jeśli o chceniu w tym wypadku być może w ogóle mowa) spożyć jako mój ostatni posiłek. Ostatnia Wieczerza w Życiu. To wyjątkowy, genialny temat do rozmów, które po prostu nie kończą się. Spróbuj! Jakaś nudna impreza, jakaś wyjątkowo drętwa kolacja czy obiad – wyskocz z pytaniem. Od razu towarzystwo rozrusza się, od razu! W każdym razie moje rozważania zazwyczaj krążyły wokół wyższości smaku chleba nad ziemniakami i odwrotnie. Aż … aż do pewnego pięknego sierpniowego dnia, kiedy to skonsumowałam z największą rozkoszą Najlepszy Posiłek Mego Życia! I gdybym musiała wybrać ostatnie danie, to poprosiłabym, by je przygotował wspaniały kataloński kucharz Sergi Calm. Poprosiłabym Go, by zrobił dla mnie czarną paellę, a na deser zażyczyłabym sobie flan (hiszpański deser, będący czymś w rodzaju jajecznego zapiekanego budyniu).

Ale do Tego sierpniowego popołudnia nie miałam zielonego pojęcia kim jest Sergi Calm, co to jest Cafè Begur (UPDATE 2020: Niestety Cafè Begur już nie istnieje!) i że miejsce to odmieni całkowicie moje dotychczasowe życie.

Było późne lato, jak wcześniej wspomniałam. Mój ostatni dzień wolny, który szczęśliwie mogłam spędzić w towarzystwie polskiej przyjaciółki. Maleńka prawie pusta plaża, słońce nie tak już mocno prażące, drobny piasek, święty spokój. Po kilku godzinach pojawiło się ssanie żołądka, postanowiłyśmy więc znaleźć jakąś restaurację. Urocza mieścina Begur wydała się najlepszym z możliwych rozwiązań – masa mniejszych i większych restauracji oraz barów. Całe mnóstwo trudne do ogarnięcia i jeszcze trudniejsze do podejmowania decyzji. Przechodziłyśmy jednak obok pięknego starego domu (jakich w Begur sporo) i zobaczyłyśmy cudowne schody. Od razu zapragnęłam, by poprowadziły nas. Gdziekolwiek. I poprowadziły – do Raju!

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

Cafè Begur – niesamowite miejsce, obłędnie zaprojektowane w każdym, nawet najmniejszym szczególe! Fantastyczna restauracja, bar, taras w starym domu z baaardzo wyrazistą Duszą. W środku kuchnia. A w niej Sergi Calm, kataloński szef kuchni, z którym odbyłam taką (pierwszą w życiu zresztą, ale nie ostatnią) rozmowę, po uprzednim rzuceniu Mu się na szyję i wycałowaniu (oczywiście!):

Ja: Kocham Cię! … Ale od razu muszę dodać, że jestem już zajęta…

On: Nie przejmuj się! Ja mam żonę i dwójkę dzieci! I czy nie o TAKIE dialogi w życiu chodzi?

Czy nie jest to najwspanialsza metoda na poznawanie nowych ludzi? Coś działa, gdzieś kliknęło – reakcja. Od razu! Bez zbędnego czekania, przekładania na kiedyś! Kiedyś może się nie zdarzyć! Jest dziś. Teraz.

WIELKA HISZPAŃSKA KOLACJA
zainspirowana Miquel’em Barceló i Sergi Calm
czyli Czarna Paella Z Łososiem

– 2 szklanki ryżu z Pals* (lub innego ryżu do paelli czy risotta)
– ½ kg pomidorów
– 1 cebula
– 2 ząbki czosnku
– sól (ja użyłam morskiej)
– pieprz
– atrament z sepii
– 4-6 filetów z łososia
– 1 cytryna
– młode pędy groszku
– oliwa z oliwek
– woda

Tu trzeba nieco cierpliwości. Mniej więcej tydzień wcześniej przygotuj niewielki płytki pojemnik z ziemią i zasadź w nim kilka ziaren grochu (do tej pracy możesz spokojnie zatrudnić dzieci, jeśli takowe posiadasz). Po kilku dniach zaczną wychodzić piękne kiełki. Jak już będą wystarczająco wysokie, tak na kilka centymetrów, i atrakcyjnie pozawijane, możesz przygotowywać czarną paellę.

Teraz pora na sofregit, sos, będący bazą wielu dań. Pokrój drobno cebulę i pomidory. Na rozgrzaną oliwę z oliwek wrzuć cebulę i podsmaż na małym ogniu. Dodaj pomidory, wyciśnięty czosnek, sól i pieprz. Zmniejsz ogień do minimum. Uważnie obserwuj, mieszając czasami, a czasami dodając wody. To musi trwać. Tu nie chodzi o szybkie gotowanie, ale o czas i poświęcenie. Sos ma być całością, jednością, intensywną bazą.

Jak sofregit będzie już gotowy, na drugiej patelni usmaż łososia i odłóż filety na talerz. Na patelnię wlej szklankę wody, posól, popieprz, zredukuj na ogniu płyn, który doda smaku ryżowi.

Na patelnię z sofregit dodaj ryż, podsmaż minutę, by sos wymieszał się dokładnie z każdym ziarenkiem. Wlej płyn z rybnymi smakami, atrament oraz 2 szklanki wody. Wymieszaj. Przykryj, zmniejsz ogień do minimum. Czekaj aż ryż wchłonie prawie cały płyn, spróbuj czy jest ugotowany. Najprawdopodobniej nie będzie. Dodaj szklankę wody. Powtórz czekanie i próbowanie. (Próbuj zawsze – czy doprawione, czy ugotowane, upieczone, uduszone. Improwizuj, dorzuć coś od siebie! Nie traktuj przepisu jako inżynierskiej instrukcji, bądź nim zainspirowany i stwórz coś własnego, jedynego w swoim rodzaju, mając nadzieję, że również jadalnego.). Jak ryż będzie gotowy, zostaw go na patelni, nie mieszaj. Połóż kawałki ryby, pokrop cytryną. Udekoruj młodymi pędami groszku i ćwiartkami cytryny. Rozkoszuj się!

P.S. Znajdź kawałek papieru, kartkę, cokolwiek. Poszukaj w biurku odrobiny czarnego atramentu. Rozlej niezgrabnie. Poczekaj aż wyschnie. Podpisz. Opraw. To Twoja Sztuka, zainspirowana Twoją Własną Wieczerzą!

eng