About locals, non-locals, strangers and two pears

pl

I’m a big fan of local food. But what does it mean in my case? What is “local” for me? I’m a stranger living in four countries, two houses, three flats and one boat (unfortunately none of them are mine). “You don’t need to be local to feel local” – as I read last week in The Queen’s City. So here I am – sometimes local, sometimes non-local, but with a local feeling!

And what about “local” food? I took from my neighbour’s tree some pears. Nobody in our village seems to pick up fruit and it is good! It is good for me! I can take anything I want – apples, pears, plums, crab apples, quinces and hazelnuts (walnuts I have in my garden). This autumn wasn’t a great season for fruit, but I managed to find some, including pears. Beautifully shaped and sweet… Heaven! Till that moment they were local, weren’t they? But (always there is a but!) I took them on My Long Trip, we traveled together a few thousand kilometres. We had rain, snow, wind and finally sun. Are they still “local” today, being so far away from their home pear tree?

In my opinion yes, they are, because they feel like it! And today I found two of them, hiding on the bottom of a basket somewhere in the larder.

peras-3-www

The original recipe “Cooked pears” sounds quite boring to me, to be honest. Just cook pears in water with sugar? No, not for me! First of all I’m not a big fan of white sugar. Second of all – I’m not a fan of boiled things, in my opinion they lose plenty of flavor and goodness in the water and after I need to use this flavored water for something else. Having local-non-local pears I went to the garden to pick up some rosemary. And I ran to buy some great local cheese from the Kingdom – The Great Stilton.

PEARS WITH STILTON, ROSEMARY AND POMEGRANATE SEEDS
(inspired by Toulouse-Lautrec and Joyant)

– 2 pears
– acacia honey or any different honey you have (local or stranger – you choose)
– Stilton cheese (in my case today, because one month ago it would’ve been Roquefort)
– fresh rosemary (always local!)
– one pomegranate (local or stranger?, if you are i.e. in Turkey now, it will be  perfectly local!)
– olive oil (today non-local, half a year before – absolutely truly local for me!)
– a little butter

peras-1-www  peras-2-www

Heat a pan, add a little of olive oil. Put in unpeeled, but quartered pears without the cores. Fry them gently changing sides. Add some butter to obtain a golden colour. At the end pour on honey and add rosemary. If its needed, add some water to make steam, helping the pears to be cooked, it will also make a nice sauce full of flavors. Take off the flame and add the pieces of Stilton cheese and pomegranate seeds.

Eat hot or warm, preferably with a glass of cold white wine – local or not, possibly bought in a local shop. You can also eat it, drinking good cava, prosecco or champagne. But if you are now in London, please go to Franco Manca, eat great pizza and buy the Prosecco “Brut And The Beast (sparkling organic)” to take away. This is The Prosecco to write a book about…my number one (while drinking it, please breathe slowly and deeply, you will discover new flavors, I promise). Now having The Beast in your fridge, prepare pears. Enjoy your life!



O LOKALSACH, OBCYCH I GRUSZKACH

Jestem fanką lokalnych produktów, z tym, że mam problem z lokalnym patriotyzmem. Cżymże jest dla mnie owo „lokalne”? Mieszkając pomiędzy czteroma krajami, dwoma domami, trzema mieszkaniami i jedną łodzią (niestety nic z tych dóbr nie należy do mnie), trudno jest uznać, że coś jest lokalne lub nie. Ja sama przecież lokalną być nie mogę, bo jestem obcą! Jakże więc potraktować mam jabłka z przydrożnej jabłoni, zebrane tydzień temu, zabrane w podróż daleką? Czy po tysiącach kilometrów, spędząnych w bagażniku, szarlotka będzie z lokalnych produktów? Czy cudownie obłędne dwie gruszki, zerwane u sąsiadów, po przelocie do innej krainy, będą lokalnym produktem? Czy ja-obca z obcą-gruszką, ale tydzień temu jeszcze lokalną, będziemy jeszcze w jakikolwiek sposób swojskie? A może już na wieki pozostaniemy lokalne-obce?

Podobno „bycie lokalsem” jednoznaczne jest z „czuciem się lokalsem”. Zebrane więc przez mnie owoce, oliwa z oliwek z wybrzeża, które jeszcze pół roku temu było moim domem, czy ryż z pól, które były moim sasiedztwem, my wszyscy CZUJEMY SIĘ lokalsami. Jesteśmy więc nimi! I równocześnie witamy z otartymi rękoma (czy też gałęźmi lub łodyżkami) wszystkich obcych, bo nimi też się równocześnie czujemy.
W orginalnym przepisie na Henrykowe gruszki świat wydał mi się nieco nudnawy. Czymże jest w końcu ugotowanie gruszek w wodzie z cukrem? Cóż, niczym więcej jak … ugotowaniem gruszek w wodzie z cukrem! Gdzie miejsce na wyobraźnię? Przecież nie w wodzie z cukrem białym! Przecież nie w wygotowaniu aromatu i słodkości owoców w lepkowatym roztworze!

Będąc posiadaczką lokalnych-obcych gruszek, powędrowałam do ogrodu zerwać rozmaryn. Następnie udałam się po cudowny ser – fantastyczny angielski Stilton! I zabrałam się do roboty.

GRUSZKI ZE STILTONEM, ROZMARYNEM I GRANATEM (inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)
– 2 gruszki (lokalne-obce)
– miód akacjowy lub jakikolwiek inny (lokalny lub obcy – do wyboru)
– Stilton (lokalny dzisiaj, bo kilka dni temu byłby to roquefort)
– rozmaryn (zawsze świeżo zerwany z jakiegoś mniej lub bardziej przypadkowego krzaka)
– 1 granat (lokalny dla np. przebywających w Turcji)
– oliwa z oliwek (dziś obca, 6 miesięcy temu lokalna)
– odrobina masła (lokalne lub obce)

Pokrój gruszki na ćwiartki, pozbądź się gniazd. Nie obieraj owoców, skórki są bardzo zdrowe i dzięki nim gruszki nie rozpadną się. Na rozgrzaną patelnię wlej oliwę z oliwek. Wrzuć poćwiartkowane gruszki. Podsmaż je z każdej strony. Dodaj masło i poczekaj, aż się zezłocą. Dodaj trochę miodu i rozmaryn. Jeśli potrzeba, wlej odrobinę wody (utworzona para pomoże owocom zmięknąć i stworzy cudowny sos).
Podawaj ciepłe lub gorące nawet, z serem stilton i owocami granatu. Do tego kieliszek schłodzonego białego wina – lokalnego czy nie, ale zakupionego prawdopodobnie w lokalnym sklepie.

Zamiast wina możesz wypić prosecco, a jeśli jesteś akurat w Londynie, to proszę – idź do pizzeri Franco Manca, zjedź pizzę z grzybami, kup na wynos genialnegenialnegenialne prosecco Brut And The Beast, które jest moim ostatnim odkryciem i wielką miłością, które należy pić powoli, głęboko oddychając, by odkryć nowe pokłady smaku.

Nie mając jednak Bestii w lodówce i nie zjadwszy pizzy, należy wrócić do gruszek i rozkoszować się życiem! Smacznego!

eng

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s