About post-party landscape

Yesterday’s madness of Henri Toulouse-Lautrec’s 155th Birthday Party unfortunately is finished. Today the “Post Party Landscape” looks like this and somebody has to clean it!

Wczorajsze szaleństwa Balu Urodzinowego Henryka niestety zaliczyć trzeba już do przeszłości. Dziś Krajobraz Post Imprezowy wygląda tak i ktoś to musi posprzątać!

P.S. More about Daniel Spoerri and remains here. / Więcej o resztkach i wyjątkowym Danielu Spoerri’m tutaj.

Spoerri-MOCAK-Krakow-2013-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “The Seville series No.16 / Cykl z Sewilli, nr 16” (1991); MOCAK, Kraków, 2017, by Cuisine And Art
1-Spoerri-Les-Abbatoirs-2017-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014); Les Abbatoirs, 2017; by Cuisine And Art
2-Spoerri-Les-Abbatoirs-2017-by-Cuisine-And-Art
Daniel Spoerri “St Marha’s bistro / Bistro Św. Marty” (2014); Les Abbatoirs, 2017; by Cuisine And Art
Resztki by Serafin 12
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)
Resztki by Serafin 03
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)
Resztki by Serafin 11
REMAINS/RESZTKI by Serafin (Cuisine And Art)

About sweet chestnuts, chocolate and birthday party for Henri Toulouse Lautrec

pl

Henri Toulouse Lautrec The Flower Seller 1894
Henri Toulouse-Lautrec “The Flower Seller” / “Kwiaciarka” 1894; from/z: wikiart.org

Cakes, birthday cakes, flowers. Oops, the flowers are already sold! All of them! It means plenty of guests are coming for Henri Toulouse-Lautrec’s Birthday Party! There is something for everyone – Ralph Fleck with his cream cakes and a cheesecake! Jeff Koons as always in full swing – pink and shiny – “Cake” with a rose – Henri will be touched! And we will get fat!

TortenstŸck 2/VII (SchwarzwŠlder) 1993 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 2/VII (Schwarzwäld Cake), 1993; from/z: www.ralphfleck.de
Ralph Flecke Torte SahneTortenstck8_XII_98
Ralph Fleck, Piece Of Cake 8/XII (Cheesecake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de

In the meantime I am checking if the bastards are cooked already. “Bastards” – I say with affection, because there is no reason to think or treat badly of sweet chestnuts.

My story with them would certainly never even have begun if not my foraging nature, which is extremely strong. It is even stronger than my taste buds’ lack of love for sweet chestnuts. Really, I could live without them and I wouldn’t miss them! (OK, not until now – The Era Of The Best Ever Chocolate Chestnut Tart). But when I go for a walk and I see the thick spiky carpet made of chestnuts I have to collect them. I just have to, because no food can be wasted!

Jeff Koons Cake
Jeff Koons, Cake / Ciasto, 1995-1997, from/z: www.jeffkoons.com

I have been learning for years how to prepare them, as I have written here before. Handling them is still not my favorite thing to do, but I have to say, that now I know perfectly how! First of all keep children as far away as possible, because everything is hot, very hot to be honest with you, and every paw will be burned! You need to act quickly, when sweet chestnuts burn the fingers they are the easiest to be peeled. Mean, aren’t they? Small nasty little bastards, that’s all! Anyway, I do it as fast as possible. Afterwards everything is easy peasy. I finally chop them in a food processor, I dry them, I grind them and I dry and I grind once again to obtain flour. Sometimes I do not grind, but just freeze the finely chopped sweet chestnuts. And do you know what? They are still not my favorite things to eat! After all that hassle! But they exist, I have them – organic and for free – and they are very rich in vitamins (especially vitamin C), minerals, antioxidants and fiber. Thanks to them I can enjoy The Best Chocolate Tart Ever, which will play the role of The Birthday Cake for Henri this year. In short – it is worth it! It is worth having burn paws! This cake, this tart, this delicacy has become my Culinary Heaven. My Revelation. Constant Surprise. World Champion. Gluten Free Masterpiece (which significantly expands the group of potential eaters too). And last but not least – it is 3 desserts in 1! Really! Gobbled hot is like a delicate, fluffy chocolate mousse on a crunchy base. Eaten the next day (if it would still be there the next day…) is like a crazy mad heavenly chocolate cheesecake. Yes, like a cheesecake – nothing else describes its texture better than cheesecake (don’t ask me why). And frozen is also amazing – like the softest chocolate parfait! How good is that – just perfect for a celebration of Henri’s birthday!

Chocolate-chestnut-tart-by-Cuisine-And-Art-2019-for-Henri-Toulouse-Lautrec-Bday

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT TART FOR TOULOUSE-LAUTREC

BASE

160 g wholemeal flour
80 g potato starch (you can use corn starch too)
80 g sugar
160 g butter
pinch of salt

CHOCOLATE SWEET CHESTNUT FILLING

100 g sweet chestnut flour
125 ml milk
200 ml cream
80-100 ml water
pinch of salt
2 tbsp cocoa powder
50 ml strong coffee (espresso or instant coffee made of 2 tsp) to intensify the chocolate flavour

100 g dark chocolate
125 g butter

3 egg yolks
150 g sugar or 3 big tbsp honey

3 egg whites

Knead the dough from all the ingredients for the base. Roll it very thinly on a pre-floured surface. Place it in a 24 cm springform cake tin (I put in just on the base, not on the sides). Bake it for 15 minutes in a preheated oven at 180°C.

Whisk the sweet chestnut flour, milk and cream together until completely combined. Pour it into a pan and cook it gently on a low heat until thickened, whisking continuously.

Finally chop the chocolate, put it into a heat-proof bowl, add chopped butter. Put the bowl on the top of a pan with boiling water in it on a low heat. Melt the chocolate with butter, whisking non-stop.

In a separate bowl whisk egg whites until soft peaks form.

In another bowl whisk egg yolks with sugar or honey. Mix it with the sweet chestnut mixture and the melted chocolate / butter mixture. Add the whipped egg whites very gently – spoon by spoon, slowly stirring from bottom to top with long spoon movements. This method prevents the mixture loosing air and will create a fluffy cake.

Pour the mixture on the pre-baked pastry. Put it into 180°C oven for 30 min and not a minute longer. Yes, the cake will be wobbly in the middle, but it is fine, it will set while cooling (if you do not eat it when warm of course). Switch off the oven and open it, not allowing the cake to bake any longer (because if so – it will be too dry and too dense).

Eat it directly from the oven as a hot mousse on a crunchy base.
Eat it cold the next day as a chocolate “cheese”cake (with no cheese).
Freeze any remaining piece and rediscover it later as a heavenly parfait.

You can add some whipped cream or mascarpone to break the depth of the chocolate flavor. I didn’t, but on my photo you can see a beautiful small white shape (plus some pecans) – this is a ceramic meringue made by the great French ceramicist Gisèle Garric about whom I have written before on the Cuisine And Art fb page.

I’m going to Henri Toulouse-Lautrec’s birthday party. Good company and a wealth of flavours – what more could you want?



JADALNE KASZTANY, CZEKOLADA I TOULOUSE-LAUTREC URODZINOWY

Ciasta, torty, kwiaty. Ups, kwiaty już wyprzedane! Wszystkie! Dobrze, że Henri zdąrzył przynajmniej kwiaciarkę nam przedstawić! Widać goście tłumnie na urodzinową balangę Toulouse-Lautrec’a się wybierają! W słodkościach nic tylko wybierać – Ralph Fleck z tortami z kremem oraz sernikiem, Jeff Koons jak zawsze pełną parą, imprezowo – różowo i błyszcząco – tort z różą – Henryk będzie wzruszony, utuczymy się wszyscy!

TortenstŸck 7/XII (Himbeersahne) 1998 …l/P. 50 x 60 cm
Ralph Fleck, Piece Of Cake 7/XII (Raspberry And Cream Cake), 1998; from/z: www.ralphfleck.de

W międzyczasie sprawdzam czy bydlaki ugotowały się. „Bydlaki” mówię o nich z czułością, bo w końcu nie ma żadnego powodu by źle myśleć lub źle traktować jadalne kasztany.

Moja z nimi historia z całą pewnością by nigdy się nawet nie zaczęła, gdyby nie natura zbieracza, która w moim przypadku jest wyjątkowo silna. Silniejsza nawet niż brak miłości kubków smakowych do tychże kasztanów. Naprawdę mogłabym bez nich żyć i nie tęskniłabym nawet za nimi! (To jest tak było do teraz, do czasu „magicznej” tarty czekoladowej.) Ale jak idę na spacer i pod nogami pojawia mi się kolczasty dywan z gigantycznych kasztanów, to muszę je zebrać. Po prostu muszę, bo żadne jedzenie nie może się przecież zmarnować.

Lata całe uczyłam się jak je traktować, o czym pisałam już rok temu tutaj. Obchodzenie się z nimi nie należy wciąż do moich ulubionych, choć nie powiem, wiem już doskonale co z nimi czynić! Przede wszystkim trzymać dzieci (kolejny powód do radości z braku posiadania własnych) jak najdalej, bo wszystko jest gorące i każde łapki poparzone zostaną! Działać trzeba szybko, właśnie wtedy kiedy parzą palce – kasztany są najłatwiejsze do obierania. Wredne prawda? Paskudy jedne! No bydlaki! W każdym razie tak działam – szybko i na gorąco. Potem to już wszystko idzie jak z płatka. Rozdrabniam je w robocie kuchennym, suszę, mielę, suszę i mielę na mąkę. Niekiedy nie mielę, ale rozdrobnione mrożę. I bez względu na to wszystko – nadal nie są moim ulubionym pokarmem! Ale są, darmowe, bio, z mnóstwem różnych dobroci (witamin – szczególnie witaminy C, minerałów, przeciwutleniaczy i są bogatym źródłem błonnika). Dzięki nim też mogę rozkoszować się najlepszą na świecie tartą czekoladową, która w tym roku odgrywa rolę urodzinowego tortu dla Henryka. Czyli jednym słowem – warto. Warto parzyć łapki! To ciasto, ta tarta, stała się moim kulinarnym rajem. Objawieniem. Zaskoczeniem za każdym razem. Mistrzostwem świata. W dodatku bezglutenowym, co poszerza znacznie grono potencjalnych zjadaczy. I jest 3 deserami w 1! Naprawdę! Pożerana na gorąco jest delikatnym, puszystym musem czekoladowym na kruchym spodzie. Dnia następnego (jeśli tegoż doczeka!) jest obłędnym czekoladowym sernikiem. Tak, sernikiem właśnie, bo nic innego bardziej nie przypomina. Genialna jest również mrożona! Jak najdelikatniejsze czekoladowe parfait! Jakaż ona jest dobra, w sam raz na świętowanie z Henrykiem!

CZEKOLADOWO-KASZTANOWA TARTA DLA TOULOUSE-LAUTREC’A

BAZA

160 g mąki pełnoziarnistej
80 g mąki ziemniaczanej
80 g cukru
160 g masła
szczypta soli

MASA CZEKOLADOWO-KASZTANOWA

100 g mąki z kasztanów jadalnych
125 ml mleka
200 ml śmietanki
80-100 ml wody
szczypta soli
2 łyżki kakao
50 ml bardzo mocnej kawy (espresso lub z 2 łyżeczek dobrej rozpuszczalnej), by wzmocnić smak czekolady

100 g ciemnej czekolady
125 g masła

3 żółtka
150 g cukru lub 3 czubate łyżki miodu

3 białka

Zagnieć ciasto ze wszystkich składników. Cienko rozwałkuj. Wyłóż ciastem dno tortownicy (tym razem nie robię boków ciasta). Piecz 15 minut w rozgrzanym do 180°C piekarniku.

Do mąki kasztanowej dodaj powoli mleko i śmietankę, dokładnie mieszając, by nie powstały grudki. Przelej masę do garnuszka i podgrzewaj na małym ogniu, aż zacznie gęstnieć. Dodawaj powoli wodę, kakao, sól i kawę do uzyskania masy o konsystencji gęstego budyniu.

Podziel czekoladę na kawałki i wsyp do miski razem z masłem. Postaw miskę na garnku z gotującą się wodą i stop składniki, delikatnie mieszając.

Ubij białka.

W osobnej misce ubij żółtka z cukrem lub miodem. Wymieszaj z budyniem kasztanowym i stopioną czekoladą z masłem. Bardzo delikatnie dodaj ubite białka – łyżka po łyżce, powoli mieszając od dołu do góry długimi ruchami łyżki – to metoda, dzięki której białka nie tracą powietrza, a masa czekoladowo-kasztanowa będzie puszysta.

Przełóż masę na podpieczony spód i włóż do ciągle rozgrzanego do 180°C piekarnika na 30 minut. Ciasto będzie nieco „galaretowate” po środku, ale nie piecz ani minuty dłużej. Wyłącz piekarnik i otwórz, by tarta nie piekła się dłużej, bo będzie potem za sucha i zbyt zwarta.

Jedz na ciepło jak gorący mus na kruchym cienkim spodzie.
Jedz na drugi dzień jak czekoladowy sernik.
Zamróź kawałek i odkryj go po jakimś czasie jako niebiańskie
parfait.

Możesz podawać z ubitą śmietaną lub mascarpone, żeby złamać niesamowicie głęboki czekoladowy smak. Ja nie dodałam, choć na zdjęciu widać piękną białą formę – to ceramiczna maleńka beza mojej ulubionej Gisele Garric, o której już pisałam.

Idę na bal urodzinowy Henryka. Doborowe towarzystwo i bogactwo smaków – czegóż chcieć więcej?

eng

About drinking alcohol, milk for adults and New Year

pl
I like wine.
I like beer.
I do not like vodka.
I do not like any strong spirits.
And I do not like cocktails.

But sometimes there are days, evenings or nights that I fancy something different.
Once upon a time it happened that there was no wine at home, no beer and I wanted to drink something. I only found some bison vodka (I don’t like it.), a half a bottle of whisky (I don’t like it.) and “crema catalana” (I like it once a decade for nostalgic reasons). Not having much choice and by pure accident I surprised myself and I created an absolutely delicious drink which I called “Milk For Adults” and which I repeated a few times until the bison vodka, whisky and crema catalana were finished.

MILK FOR ADULTS

2 parts of bizon vodka
2 parts of crema catalana
1 part of whisky

Mix. Pour onto ice cubes. Drink (in moderation) and be happy (without any moderation at all)! HAPPY NEW YEAR 2019!!!

Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88
Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88

“The Drinker”
“The Hangover”
“Portrait of Suzanne Valadon”

Which title do you like the most? Poor Suzanne! She hadn’t even drunk the whole bottle, but for more than one century everyone has known that she was drinking that night and that she had a hangover. Everyone knows that it was her – Suzanne Valadon, the drinker. Oops!



O PICIU ALKOHOLU, MLEKU DLA DOROSŁYCH I NOWYM ROKU

Lubię wino. Lubię piwo.
Nie lubię wódki. Nie lubię żadnych mocnych alkoholi. Ani koktajli.

Ale! Ale! Czasami zdarzają się dni, wieczory lub noc się jakaś przytrafi, kiedy człowiek po prostu musi się napić i tym człowiekiem jest ja. I kiedy nie ma już w domu ani kieliszka wina, ani szklaneczki piwa, kiedy posucha jest – trzeba wykrzesać z siebie odrobinę kreatywności i skorzystać z tego, co się akurat ma. I nie można być wtedy w Polsce, w Trójmieście nie można być, kiedy taka chętka dopadnie. Sopot omijać wielkim łukiem należy, a o SPATIF’ie zapomnieć, uznać go za odległą przeszłość. Za coś co było, minęło, nie wróci. Bo jeśli wróci, to wciągnie i nie wypuści tak łatwo, a dzień następny trzeba będzie wykreślić z kalendarza, bo będzie tym, w którym śmierć wyda się najlżejszym, najprostszym i najprzyjemniejszym rozwiązaniem.

Chętka na szczęście dopadła mnie w domu, napatoczyły mi się resztki żubrówki (nie lubię), pół flaszki whisky (nie lubię), “crema catalana” (lubię raz na 10 lat z lodem, wspominając z łezką w oku okazje, przy których trunek poznawałam), a zupełny przypadek sprawił, iż mieszankę tę później powtarzałam aż do wyczerpania składników, bo okazała się wyjątkowo wyborną. Nazwałam ją „Mlekiem dla dorosłych”.

MLEKO DLA DOROSŁYCH

2 miarki żubrówki
2 miarki crema catalana
1 miarka whisky

Wymieszać. Podawać z lodem. Pić (z umiarem) i radować się (bez umiaru). Szczęśliwego Nowego Roku!

enri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88
Henri Toulouse-Lautrec, The Drinker / The Hangover / Portrait of Suzanne Valadon, 1887-88

“Pijaczka”
“Kac”
“Portret Suzanne Valadon”

Trzy tytuły! Biedna Suzana! Nawet flaszki nie dopiła, a już ponad wiek wiadomo, że to ona, że piła i że miała kaca! Z imienia i nazwiska! Ups!

eng

About Soutine, Toulouse-Lautrec’s herrings and Pancake Day

pl

You would think that today is such an easy day to write a post. It is very probable that in the country you are now it is Fat Tuesday today. Mardi Gras. Pancake Day. So I could write a lovely post about pancakes, put the photo of The Most Beautiful Pancake made by Polish artist Anna Królikiewicz and it would be done, as I did a few years ago (here).

But the situation is not such an easy task. As you know I’m Polish and as I wrote before we celebrate Fat Thursday (not Tue), when we eat doughnuts (not pancakes)! Our Fat Thursday was last week, so I put a painting of doughnuts by Ralph Goings titled “Chocolate on the top” on my fb page, I found one shop with terrible doughnuts and I ate X number of them (I was dreaming about being in Poland that day, but I wasn’t.).

But this is not the end of the story, not at all! Today in Poland we have ….. Herring Day (“Śledzik”)…. Yes, herring!!!!!!!! We eat them, drinking vodka, and we go to parties. But you can drink a Chianti, as below. This is our Polish celebration of the last day of carnival!

soutine-herrings-and-a-bottle-of-chianti-c1917
Soutine “Herrings And A Bottle Of Chianti / Śledzie i butelka Chianti” (c./ok. 1917)

I hope you can still follow me, can you? Fat Day – fat herrings. Sweet – savoury. Thu – Tue. Now you can perfectly understand my pain connected with writing today’s post… You get it now! Finally I waded through it somehow and it is thanks to … Henri Toulouse-Lautrec! Good Old Henri helps me even with bloody smelly herrings (which I adore anyway!). And I invited along side him Mister Chaim Soutine. Ladies and Gentelmen! Sisters and Brothers! Here you have in all their glory – amazing herrings, beautiful, proud and tasty!

soutine-still-life-with-herrings-c1916
Soutine “Still Life With Herrings / Martwa natura ze śledziami” (c./ok. 1916)

HERRINGS WITH ONIONS (original recipe by Toulouse-Lautrec, Joyant)

“Have some white salt herrings from Boulogne-sur-Mer, preferably herrings with soft roes. Desalt them well.

Brown some chopped onions in a pot with one part butter, one part oil. In a separate pan brown the herrings in oil.

Next put them to simmer for a good half hour to an hour in a covered pot with the onions; add a nut of butter, a trace of salt, and some pepper.”

The Editor’s note: “Desalt by soaking in water 24 hrs. Use 2 onions, 1 Tbs. oil, 1 Tbs. butter for each pound (about 1/2 kg) herring.  Finish with 1 Tbs. butter per pound (about 1/2 kg fish).”

soutine-still-life-with-her
Soutine “Still Life With Herrings And Onions / Martwa natura ze śledziami i cebulami”


SOUTINE, TOULOUSE-LAUTREC ZE ŚLEDZIAMI ORAZ DZIEŃ NALEŚNIKA

Można byłoby sobie wyobrazić, iż napisanie kilku zdań o Dniu Dzisiejszym jest niezmiernie łatwe. Można byłoby. Można byłoby nawet rozpisywać się o śledziach, o ostatnich baletach, czy być może o przygotowaniach do postu. Gdyby ten blog był jedynie po polsku, pewno by tak było właśnie. Ale że Cuisine And Art nie zna granic, to sprawa bardzo się komplikuje i może być wyjątkowo myląca.

Sytuację w Polsce mamy klarowną – Tłusty Czwartek był, pączków miliony zjedzone, a na fb’owej stronie Ralph Goings z pączkami wyjątkowo dorodnie wyglądał. Dziś Śledzik – też wiadomo, jazda ostrzejsza (tylko dla tych, którzy osiemnaście lat skończyli).

Nie samą jedną Polską człowiek żyje, choćby wielu tak sobie życzyło. W Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach nikt o żadnym innym tłustym dniu niż dzisiejszy wtorek nie słyszał – Mardi Gras w całej krasie, Fat Tuesday czy Dzień Naleśnika (tak, naleśnika!).

O naleśnikach pisałam już dawno temu tutaj, przedstawiając Najpiękniejszy Naleśnik Tego Świata, wykreowany przez Annę Królikiewicz. Możesz więc i obejrzeć, i przeczytac, możesz zabrać się za eksperymenty kolorystyczne i jeść naleśniki z czymkolwiek sobie zamarzysz. Naleśników temat na dzień dzisiejszy uznaję więc za zamknięty. Uff.

Z całej tej zawieruchy międzynarodowej na szczęście ratuje mnie Toulouse-Lautrec! Dobry stary Henryk w towarzystwie obłędnego wręcz Soutine’a – śledzie w całej swojej krasie, pełne uroku, typowego smrodku, rozpływające się w ustach. Śledzie takie, za jakimi tęsknię, gdy mnie w Polsce nie ma. Śledzie takie, które szczęśliwie kupić mogę a to w rosyjskim sklepie, a to polskim lub arabskim. Śledzie, o których śnię po prostu…

ŚLEDZIE Z CEBULĄ (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

Zaopatrz się w białe solone śledzie z Boulogne-sur-Mer, najlepiej takie z miękkimi delikatnymi mleczami. Wymocz je porządnie w wodzie, by odsolić.

Podsmaż posiekaną cebulę na maśle i oleju (tyle samo masła co oleju). Na osobnej patelni podsmaż śledzie na oleju.

Następnie duś pod przykrywką razem z cebulami przez dobrą godzinę; dodaj trochę masła, posól, popieprz.”

Nota Wydawcy: ”Odsól śledzie, mocząc je w wodzie przez 24 godziny. Użyj 2 cebul, 1 łyżki oleju, 1 łyżki masła na każdy funt (ok. ½ kg) śledzi. Na sam koniec dodaj po 1 łyżce masła na funt (ok. ½ kg) ryb.

Oczywiście nie bądźmy drobiazgowi! Śledzie nie muszą być z Boulogne-sur-Mer i mogą już być przygotowane wcześniej, że nie trzeba ich odsalać. Trzeba ułatwiać sobie życie i iść się bawić!

eng

About Toulouse-Lautrec’s chocolate mayonnaise

pl

Yes. You’ve read it well – chocolate mayonnaise. M A Y O N N A I S E. Sounds disgusting doesn’t it? How you could even think about chocolate and mayonnaise together? HOW?!

I have no clue how, but the idea came from Henri Toulouse-Lautrec. Looking at this great photo of him from Arcachon it even doesn’t surprise me. Totally Henri, that’s it!

tl-arcachon
from/z: www.rue89bordeaux.com

And I can’t show you any photo of a chocolate, mayonnaise, anything with chocolate or even an empty plate with chocolate remains. I’m surrounded by piles of snotty tissues, fresh tissues, jars of different honey, lemons, oranges, kiwis, juicer, garlic, garlic press, half-emptied cups of tea, glasses of water, some tablets, drops and books. Many books, which I have no energy to read. So you have to be gentle with me and understand that the photo of Henri naked in the summer should be enough to illustrate his sense of madness, crazyness and simple joy of life. Here you have the original recipe, so you can enjoy it on Valentine’s Day or any other day of the year.

And remember – Chocolate Mayonnaise means no more no less than CHOCOLATE MOUSSE. The name now surprises us, but perhaps then it didn’t? They say that Henri was the father of chocolate mousse, so yes, he could name it what he wanted!

CHOCOLATE MAYONNAISE (original recipe by Toulouse-Lautec, Joyant)

“In a saucepan put four bars of chocolate with very little water and let them melt on a very gentle fire. Add four large spoons of granulated sugar, 230g of good butter, four yolks of eggs and mix carefully.

Let it cool and you will have a smooth paste. Beat the whites of eggs to a snow and mix them, while stirring, into the paste.”

The Editor’s note: “A variation on mousse. 250g semi-sweet chocolate, 4 heaping tbs sugar.”

tl-the-kiss-1892
Toulouse-Lautrec The Kiss / Pocałunek, 1892

P.S. And here you have my own recipe for “Chocolat Mousse Hard To Believe“, which is made with “aquafaba” (water from chickpeas).



TOULOUSE-LAUTREC I MAJONEZ CZEKOLADOWY

Tak! Dobrze czytasz! Majonez C Z E K O L A D O W Y. Brzmi wyjątkowo ohydnie. Obrzydliwie. Obleśnie. Brzmi najbardziej fatalnie jak tylko może. Brzmi tak, jak ja się obecnie czuję, obłożona stosami zasmarkanych chusteczek, stosami świeżych chusteczek, otoczona słoikami miodów, cytrynami, pomarańczami, owocami kiwi, wyciskarką do cytrusów, wyciskarką do czosnku, czosnkiem, filiżankami i kubkami niedopitych herbat, szklankami na wpół pustymi / na wpół pełnymi wody oraz książkami. Mnóstwem książek, na które nawet nie mam ochoty spojrzeć. Nie mam więc i ochoty na gotowanie, fotografowanie, a wśród zdjęć żadnego nie ma z czekoladą, z majonezem, z pustym nawet ufajtanym czekoladą talerzem. W bibliotece zdjęć zero. O wybaczenie proszę, tym razem zdjęcie Henryka w pełnej krasie musi wystarczyć! Jego energia, Jego kreatywność i ponoć wymyślony przez Niego MUS CZEKOLADOWY, jakbyśmy go dzisiaj nazwali. Miał więc Henryk, jako Wynalazca, prawo do nazwania deseru jakkolwiek chciał, nawet majonezem!

Tak więc na jutro, na Walentynki (których ja nigdy nie obchodziłam i nadal nie obchodzę, ale może Ty obchodzisz) przepis w sam raz, bo jakże urocze jest podanie Ukochanemu lub Ukochanej MAJONEZU CZEKOLADOWEGO…? A jeśli nie na jutro, to na każdy inny dzień roku!

MAJONEZ CZEKOLADOWY (przepis oryginalny – Toulouse-Lautrec, Joyant)

“W garnuszku, na bardzo małym ogniu, stop 4 tabliczki czekolady. Dodaj 4 łyżki cukru, 250 g masła, 4 żółtka i wymieszaj dokładnie. Ostudź. Ubij białka na sztywno i wmieszaj powoli do czekoladowej masy.

Nota od Wydawcy: „250g czekolady mlecznej, 4 łyżki cukru.

P.S. A tutaj mój przepis na “Czekoladowy Mus Niemożliwości“, zrobiony z “aquafabą” –  wodą z puszki po ciecierzycy!

eng

About Bounties and Toulouse-Lautrec’s Spanish Soup

pl

Jean-Claude – The Best Gardener In The Village came one morning with a wooden box of goods  – the crinkly carrots, the biggest ever onions (650 g each one!) and a turnip. A great start for making soup, especially when the weather doesn’t spoil anyone, it’s cold and wet. I took “The Art of Cuisine” cookbook and I read once again every recipe for soup. According to Toulouse-Lautrec and Joyant you always need to have a carrot and a turnip. In Polish cuisine every soup has to have an onion, carrot, parsnip and celeriac, but never a turnip. We are not big lovers of this veg and I have to admit – it is not one of my favorites either! But bounty is bounty and I had to use it.

Writing my two last posts about Spain (1st post and 2nd post) and having Gastrofestival Madrid still going on (until the end of this week) I chose a recipe for the Spanish Soup, which is so beautifully written, that I have no choice but to present it to you in its original form. I have no idea if this soup has any Spanish roots or the French just named it that. It’s great for winter time and according to Henri very healthy too.

www-bounty-nr1-byserafin
BOUNTY #1 / DAR #1 by Serafin 2017
www-bounty-nr2-byserafin
BOUNTY #2 / DAR #2 by Serafin 2017

SPANISH SOUP by Henri Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant

“For a liter of consommé: put four liters of cold water in a stewpot made of earthenware, some salt, two spoons of lentils, a spoon of split peas, and a spoon of white haricot beans.
When the water boils, add a large leek cut in pieces, a hundred grams of carrots and a hundred grams of thinly sliced turnips, half a stick of celery, a piece of thistle, parsnip, and a lettuce cut in pieces.
Let it boil without a lid; then, with a lid; let it reduce on a low fire until one liter of consommé remains from the four liters of water.
Strain and serve hot.
This soup is excellent for intestinal inflammation and diarrhea and has the same properties as milk.
If one wants to eat it, without being ill, add pepper, salt, and a
binding of butter with egg yolk and fried croutons.”



DARY I HISZPAŃSKA ZUPA TOULOUSE-LAUTREC’a

Jean-Claude – Najlepszy Z Ogrodników zawitał ostatnio ze skrzynką dóbr – powykrzywiane urocze marchewki, największe z cebul (650 g każda!), piękna dorodna rzepa, której jednak miłością nigdy nie darzyłam ani nadal nie darzę. Dary jednak darami są i trzeba je dobrze wykorzystać! A że zimno, mokro i buro za oknem, a że dwa ostatnie posty o Hiszpanii były (ten i ten tutaj), a że Gastrofestival Madrid trwa jeszcze do końca tygodnia, postanowiłam ugotować Hiszpańską Zupę Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a. Czy ona hiszpańska czy jedynie tak przez Francuzów nazwana – sprawa to mało istotna. Istotny jest urok przepisu samego w sobie, który powyżej cytuję po angielsku, a poniżej samodzielnie, mniej lub bardziej zgrabnie, tłumaczę. Proszę zwrócić szczególną uwagę na porady zdrowotne Henryka oraz na budowę receptury, czyli brak wyszczególnionych składników, co moim zdaniem nie ułatwia jednak gotowania.


HISZPAŃSKA ZUPA (przepis org. Toulouse-Lautrec’a i Joyant’a)

“Na litr consommé*: wlej cztery litry zimnej wody do glinianego naczynia na zupę, odrobinę soli, dwie łyżki soczewicy, łyżkę grochu łuskanego i łyżkę białej fasoli. Gotuj pod przykryciem, potem bez, na niewielkim ogniu, aż płyn zredukuje się do jednego litra consommé.
Odcedź i podawaj gorące.
Zupa ta jest wyjątkowo dobra na problemy jelitowe, biegunkę. Ma takie same właściwości jak mleko.
Jeśli osoba zdrowa chciałaby ją jeść, dodaj pieprzu, soli, mieszanki masła i żółtka oraz małe grzaneczki.”

*Consommé – klarowny bulion, przygotowany w odpowiedni sposób.
Ze względu na sposób przyrządzania consommé, osobiście nie użyłabym tutaj tej nazwy, ale zastąpiłabym ją „wywarem” lub „bulionem”, w przepisie jednak użyto tego wyrazu.

eng

About Toulouse-Lautrec birthday and walnut/chesnut cake with lemon verbena mascarpone icing

pl

Already 152 years??? Time is flying! Look! What a beautiful sweet girl! Oh…this is not a girl, this is Henri! Henri Toulouse-Lautrec! Happy birthday then!!!

www-152-bday

Months ago I was passing the Toulouse-Lautrec Museum in Albi (France) when two huge posters attracted my attention, hanging at the entrace. I made photos of them and here you have – small Henri as a Cute Beautiful Girl and a Serious Man With A Hat And Glasses.

www-bday

I wanted to make him a special birthday cake. I wanted to create something what would bring him home. And I found it – I decided to make a cake with walnuts from my garden and chestnuts from the village. Plus a mascarpone cream infused with lemon verbena, which grows here in many places. Everything from his (and my) neighbourhood.

152th B-day CAKE FOR HENRI TOULOUSE-LAUTREC

SPONGE:
– 150 g walnuts
– 100 g chestnut flour
– 6 eggs (separated)
– 80 g moscovado sugar
– 80 g butter
– 3 tablespoon of bread crumbs
– juice from 1/2 lemon
– pinch of salt

In the food processor blitz walnuts to powder. Mix with chestnut flour and salt.

Beat the butter in a large bowl until soft. Add half of the sugar and beat until smooth. Add the remaining icing sugar and yolks (one by one, without a rush!). Beat the mixture until creamy and smooth. Slowly incorporate flours.

Melt butter. Wait until cold. Add to the mixture.

Beat whites until very stiff (Do not forget to put the bowl over your head! If any whites drop on you – you have to keep beating!). Add lemon juice and beat together. Pure in to the butter-flour mixture. Sprinkle with bread crumbs. Fold in gently.

Preheat oven to 180 C degrees. Pour the mixture into a greased tin (I used a round one, 20 cm). Bake about 30 minutes until done. Cool it.

Cut the sponge to 2 or 3 (if you can) layers. I like to spray them with a strong tea with good brandy, but not everyone likes this method, so you can skip it. Or you can change it using coffee instead of tea, or not use an alcohol. Experiment! Enjoy!

ICING:
– 250g mascarpone
– 250 ml double cream
– 100 g icing sugar
– lemon verbena leaves (preferebly fresh)
– 1/4 glass of boiling water

Infuse hot water with lemon verbena and let them cool. Remove leaves. The remaining liquid should be very green and have a strong flavour. If it is not – heat it and put in more leaves. Cool.

Whisk the cream until fluffy and stiff. And to the mascarpone and whisk together, gently incorporating icing sugar. At the end add very very very slowly (almost drop by drop) the lemon verbena infusion.

Spread sponges with mascarpone icing. Decorate as you wish. I wanted something clean and simple, so I used just a few lemon verbena leaves. Place your cake into a fridge for at least one night… Yes, I know, this is extremly hard, but I’m pretty sure you can manage it? If not, you can do what makes you happy – eat it directly, even without cutting it. You can eat it with hands! Alone, with someone or with your dog. You can offer a piece to a stranger. Eat it in bed, on the carpet or in a park. Eat a small piece or eat it ALL! It is yours!

And Henri? He would eat it with beautiful ladies around him and he would draw them or paint them, that’s for sure. Happy birthday!!!



TOULOUSE-LAUTREC, URODZINY I TORT ORZECHOWO-KASZTANOWY Z KREMEM MASCARPONE Z WERBENĄ CYTRYNOWĄ

Już 152 lata??? Naprawdę? Czas leci (“Leci? Leci” On z……a!” – jak powiedział mi lata temu zaprzyjaźniony Najlepszy Weterynarz Świata)! O jaka śliczna dziewczynka! Słodziutka! Ooooo…. to nie dziewczynka! To przecież Henryk! Henri Toulouse-Lautrec, świętujący dzisiaj 152. urodziny! Najlepszości!!!

Kilka miesięcy temu, przechodząc obok Muzeum Toulouse-Lautrec’a w Albi (Francja), zostałam oczarowana dwoma gigantycznymi zdjęciami, wiszącymi obok wejścia – Słodka Mała Dziewczynka oraz Poważny Mężczyzna W Okularach I Kapeluszu – Henryk w całej swej okazałości i krasie!

Chciałam zrobić na Jego urodziny coś specjalnego. Jakiś Szczególny Tort, który przypomniałby Mu o rodzinnych stronach, o domu. Co rośnie wokół, a nadawałoby się na tak szczególną uroczystość? W moim ogrodzie – orzech. We wsi – kasztany. A przy schodach piękny krzak werweny. Wszystko z naszego – Henryka i mojego – sąsiedztwa.

TORT ORZECHOWO-KASZTANOWY Z MASCARPONE I WERBENĄ CYTRYNOWĄ
NA 152. URODZINY HENRYKA TOULOUSE-LAUTREC’A

CIASTO:
– 150g orzechów włoskich
– 100g mąki kasztanowej (wiem, że może być trudna do kupienia lub droga, można ją zastąpić mąką migdałową lub orzechami włoskimi, Henryk z pewnością zrozumie!)
– 6 jajek (oddziel żółtka od białek)
– 80g cukru muscovado
– 80g masła
– 3 łyżki bułki tartej
– sok z ½ cytryny
– szczypta soli

Zmiksuj orzechy na mąkę, zmieszaj z mąką kasztanową i solą.

Ubij masło do puszystości. Dodaj połowę cukru i ubijaj dalej. Dodaj pozostały cukier, ubijaj, wbijając żółtko po żółtku, bez pospiechu. Ubijaj do uzyskania puszystej i kremowej konsystencji. Dodaj mąki i wymieszaj delikatnie.

Ubij pianę z białek. Podnieś miskę nad głowę, odwróć. Jeśli nic z miski nie skapało na Ciebie i nie musisz szybko lecieć pod prysznic – białka ubite są dobrze. Jeśli nie – ubijaj dalej do skutku, wtedy weź kąpiel.

Do ubitej piany dodaj sok z cytryny. Ubij. Masę białkową włóż do miski z masą mączno-maślaną. Na razie nie mieszaj. Wsyp na wierzch bułkę tartą. Teraz DELIKATNIE mieszaj dużą łyżką od spodu do góry, jakby składając warstwy, zakładając jedną na drugą (ang.: fold in).

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C. Przełóż masę do wysmarowanej masłem formy (ja użyłam okrągłej, 20 cm). Piecz około 30 minut. Sprawdź patyczkiem lub wykałaczką – nakłuj ciasto i wyjmij patyczek, jeśli będzie suchy, to znaczy że ciasto jest gotowe. Wyjmij z piekarnika i ostudź.

Tak przygotowane ciasto przekrój na 2 lub 3 (jeśli Ci się uda) warstwy. Możesz nasączyć je mieszanką mocnej herbaty z brandy, jak ja uczyniłam. Możesz użyć espresso z alkoholem lub bez. Jak lubisz. Na co masz ochotę. Eksperymentuj!

KREM Z MASCARPONE I WERBENĄ CYTRYNOWĄ
– 250g serka mascarpone
– 250 ml śmietany 30%
– 100g cukru pudru
– werbena cytrynowa (najlepiej świeże liście)
– ¼ szkl gotującej wody

Zaparz werbenę. Napar ma mieć mocny aromat i głęboki zielony kolor. Jeśli taki nie jest – zagotuj raz jeszcze i dodaj werbeny. Odstaw do ostudzenia, usuń liście.

Ubij śmietanę, dodaj do serka mascarpone i ubijaj, dosypując cukier puder. Masa ma być puszysta, delikatna i lekka. Na koniec dodaj napar z werweny, łyżeczka po łyżeczce.

Rozprowadź masę po warstwach ciasta. Udekoruj według uznania. Ja nie udekorowałam. Chciałam czystą, prostą formę, na której położyłam jedynie kilka gałązek werweny. Włóż tort do lodówki przynajmniej na noc. Wiem, wiem. Jest to nadzwyczaj trudne i wymaga wyjątkowo silnej woli… Ale może dasz radę? Jeśli nie – pałaszuj! Rzuć się na ten tort! Bierz kęsy łapami! Nie baw się w talerzyki, w widelczyki żadne! Rozkoszuj się samotnie lub w czyimś towarzystwie! W kuchni, w łóżku, na dywanie. A może w parku? Poczęstuj nieznajomego. Lub nieznajomą. Ciesz się! Fetuj! To w końcu Twoja krwawica i urodziny Henryka!

A Henryk? Henryk z całą pewnością radowałby się nie tylko tortem w towarzystwie pięknych kobiet, które by to przy okazji rysował, malował, co bądź…

eng

About Ancient Recipe, mystery and heaven

pl

ANCIENT RECIPE
by Toulouse-Lautrec and Maurice Joyant, “The Art of Cuisine”

“Full of mystery. It will never be known.
God revealed the knowledge only to his Prophet, who uttered no word about it. This recipe will, therefore, remain forever unknown to all other human beings.”

Serafin-2015-Take-me-to
Serafin 2014-15, Take me to heaven. Heaven does not exist. 

STAROŻYTNA RECEPTURA
Toulouse-Lautrec i Maurice Joyant „The Art of Cuisine”
(w wolnym tłumaczeniu własnym)

“Starożytna receptura pełna tajemnic, którą Bóg przekazał jedynie swemu Prorokowi, a ten nie pisnął o niej ani słowa. Pozostanie ona zatem sekretem nie poznanym przez żadną ludzką istotę.”

TL-angel-www
by/rys. Toulouse-Lautrec

eng

About promised Toulouse-Lautrec birthday apple pie

pl

Yes! I promised this recipe more then one month ago (here), constantly writing “tomorrow“. Not nice at all, but … finally here it is – the apple pie recipe by Himself! With great honour I would like to present to you the Apple Tartouillat!

www-DSC_8638

www-DSC_8639

APPLE  TARTOUILLAT

by Toulouse-Lautrec et Maurice Joyant
from the book “The Art of Cuisine”

This dish is extremely delicate to make because cooks always tend to put in too many apples and too much pastry: this dish resembles neither a turnover nor a apple tart.

Have two flame-proof pie dishes in wrought iron whose sides are not fluted, one dish larger than the other.

In the smaller dish put first of all a very thick layer of butter and, above it, a very thick layer of granulated sugar. Then add a layer of cider apples cut in very thin slices and packed tight in one thickness. It would be better, so as not to have any chinks, to make squares and lozenge shapes to fill the bottom of the dish entirely and a light layer of butter. On the dish thus prepared, lay a very thin layer, like a leaf of paper, of tart pastry, taking great care not to make any rim on the pastry.

Put the dish in the oven, placed on two bricks, until it begins to caramelize. When it is all almost completely cooked, turn it out into the larger dish, spread with butter and sugar, and put it back in the oven, in such a way that pastry comes underneath.

Finish the cooking so that the whole is caramelized. Serve in the boiling hot dish, cutting the tartouillat into squares. All the sugar, apples and pastry should be mingled one with the other to form a sort of soft caramel with apples.

That’s ALL! No quantities, no ingredients, nothing! Just the small note from the editor:

Bake in 450° oven on wire rack.” Which means about 230 °C.

OK, I made this unusual apple pie for Henri’s birthday, that’s why I wanted to show you the Original Recipe for this great and so easy dessert. First of all a few confessions of mine:

  1. I didn’t use cider apples, because I didn’t have them. I used apples which I found on a walk.
  2. I don’t have “two flame-proof pie dishes in wrought iron whose sides are not fluted“, so I used one ceramic dish to bake in and one plate to serve it.
  3. I didn’t cut tartouillat into squares, because of the shape of my dish. I was very happy with my triangle cutting style!

Also I found in the book what “tart pastry” means to Henri and Maurice. The recipe was hidden one page before, not like we do in modern cookbooks. It was just a tiny phrase just casually added between one character and another:

(…) prepare the pastry the night before with wheaten flour (…) in the proportions of a third of butter to two thirds of flour; add sufficient water and salt.

Beautiful way of writing recipes and sharing passion for cooking, isn’t it?

p.s. Of course I didn’t make the pastry the night before, but just one hour before putting into the oven.



O OBIECANEJ URODZINOWEJ SZARLOTCE TOULOUSE-LAUTREC’A

Owszem, obiecałam ponad miesiąc już temu przepis na urodzinową szarlotkę Henryka tutaj, ale … Zawsze jest jakieś ale… Wszystkiego jednak można się doczekać, przepisu również! Z wielką, olbrzymią wręcz przyjemnością pragnę przedstawić oryginalny przepis z książki „The Art of Cuisine:

SZARLOTKA TARTOULLAT
(przepis Toulouse’a Lautrec’a i Maurice Joyant’a w bardzo dowolnym tłumaczeniu własnym)

„Danie to jest wyjątkowo delikatne do zrobienia. Kucharz zawsze stara się dodać zbyt dużo jabłek i zbyt dużo ciasta (…)

Przygotuj dwa żeliwne naczynia żaroodporne o niekarbowanych brzegach, jedno większe od drugiego.

Mniejsze naczynie dobrze wysmaruj grubą warstwą masła i posyp porządnie cukrem. Wrzuć na to warstwę kwaśnych cydrowych jabłek, pokrojonych w bardzo cienkie kawałki i ubij ją mocno dłonią, by była zwarta i miała jednakową grubość. Najlepiej byłoby, by nie było żadnych szpar ani dziur, same jabłka, masło i cukier. Na tak przygotowane danie połóż cienką jak papier warstwę “ciasta na tartę”, uważając na to, by nie zrobić żadnego brzeżku czy rondka (ciasto ma być płaską warstwą, przykrywającą dokładnie owoce).

Wstaw naczynie do piekarnika, ustawiając je na dwóch cegłach i poczekaj aż zacznie się karmelizować. Gdy będzie już prawie gotowe odwróć je do góry nogami do drugiego, większego naczynia, posyp masłem, cukrem i wstaw ponownie do piekarnika. W ten sposób będziesz już mieć warstwę samego ciasta jako spód tegoż. Dokończ pieczenie w momencie, gdy wszystko ładnie się skarmelizuje. Podawaj gorące, krojąc w kwadraty (…).”

To wszystko! Bez podanych ilości, dokładnych składników, bez niczego więcej! W notatce od wydawcy można jedynie przeczytać “Piec w 450° na drucianym stojaku”. Czyli w 230°C.

Upiekłam nietypową szarlotkę na urodziny Henryka tak, jak chciał z Przyjacielem w Oryginalnym Przepisie – fantastyczym i prostym. Ale muszę się przyznać:

1. Nie użyłam kwaśnych cydrowych jabłek, tylko takie, jakie znalazłam podczas spaceru (oprócz jabłek spacer wzbogacił mnie o trzy psy, z których żaden nie jest moim, choć wszystkie chyba bardzo by chciały).

2. Nie posiadając dwóch żeliwnych naczyń żaroodpornych, użyłam jednego ceramicznego oraz zwykłego talerza, dzięki któremu przewróciłam ciasto do góry nogami. Wtedy przesunęłam je z powrotem do ceramicznego naczynia, by w nim zakończyć proces pieczenia.

3. Nie pokroiłam mojej szarlotki w kwadraty ze względu na utrudniający to zadanie kształt naczynia, w którym była pieczona. Nie pogorszyło to jednak ani smaku ani estetyki dania.

Znalazłam również w książce Henryka i Maurice’a wytłumaczenie czym jest dla Nich “ciasto na tartę”. Przepis ukryty był na stronie wcześniejszej pod postacią zdania wrzuconego między innymi zdaniami (w tamtych czasach bardzo często nie podawano dokładnych składników czy metody przygotowania dania, pozostawiając to wyobraźni kucharza i jego doświadczeniu):

“(…) noc wcześniej przygotuj ciasto, używając pszennej mąki (…) w następujących proporcjach: jedna trzecia masła i dwie trzecie mąki; dodaj wystarczającej ilości wody i soli.”

Piękne prawda? Pasja gotowania i dzielenia się (w tak nietypowy dzisiaj sposób) przepisami w formie swobodnego opowiadania – artystyczna kreatywność!

P.S. Oczywiście nie zrobiłam ciasta wcześniejszej nocy, a jedynie godzinę przed wstawieniem całości do piekarnika. Nie miałam też dwóch cegieł. Prawdę mówiąc nie miałam ani jednej cegły. Drucianego stojaka również.

eng

About Albi, Toulouse-Lautrec Museum and Alchimy restaurant

pl

In my last post I promised you not only the B-day apple pie recipe (yes, I remember it should have been the next day, not after a few weeks) but also a few words about the city where Henri Toulouse-Lautrec was born – Albi.

www albi 02

If you are a big fan of Toulouse-Lautrec I do not even need to tell you anything more. You know everything about Albi already! But if you have never heard about this French city and you have a few hours or days off you could simply organise a small trip by car or plane (the nearest airports are in Rodez, Toulouse and Carcassone). This is a very charming and small city with beautiful brick buildings on the Tarn river. Southern France, Midi-Pyrénées. This is a place where I go when I’m fed up of my countryside life style.

Where I live there are a few houses, one church, one cemetery, one tennis court (???!!!) and one non-functional telephone box.  No shop, no bus stop. Sometimes I see one or two neighbours, but generally it is a lot easier to see cows here. And sometimes I would like to go somewhere to see other people, to see a busier life. Sometimes I would like to go to a nice restaurant. But, believe or not, it can be quite a tricky challenge, especially if I would wish to eat … on Sunday!

Here in Aveyron (part of Midi-Pyrénées) we have few local specialities:

  •  aligot, which is mash potatoes with a special kind of cheese,
  • local sausages,
  • confit duck leg,
  • tripe,
  • and last but not least – veal’s head.

I do not have any problems with any of these goods. I like tripe a lot, because we make a great tripe soup in Poland. I adore confit duck leg and any sort of mash potatoes. But sometimes I would like to have a choice. Especially when I’m with guests, who don’t eat tripe, heads (any sort), who are not fans of duck and who prefer to eat non-cheesy mash.

In the nearest village we have a lovely restaurant, but there is another problem there – you have to make a reservation at least a day before. It means that when you’re passing by hungry you can’t just go inside, sit and have a nice meal! Unfortunately!

And also sometimes I would like to go to a restaurant on Sunday. Any Sunday. It took me a few years (!) to learn it! A few long years knowing that on Mondays normally many shops and restaurants are closed, that on Sundays shops are closed too, but I never ever supposed that on Sundays restaurants could shut their doors to clients! It has happened more than once that family or friends came and we wanted to go to celebrate on the last day of the week. And nothing. All places closed! We ended, of course, in my house with me in my own kitchen. And sometimes, to be honest, I do not want to be in the kitchen! Sometimes I dream that someone would cook for me! And I would not need to wash dishes! Anyway, when it happened for the third time I asked Google “WHY?” and I received a reply. I learned that not only is it better to eat at 12 am than 1 pm (a restaurant can close its kitchen by then), but also that it would be better to forget what “Sunday lunch” means. And if not – the only way would be research what restaurant is open on this Special Day Of The Week Called Sun.

Knowing all these important things and knowing that my Dear Family would come in the next few weeks I had time to prepare a Sunday trip. Hurray!

Google, Google tell me WHERE?

And Google replied me nicely – “Go to Albi!

www albi 01

So we did. With my Dear Guests we were walking around, admiring the beauty of the city and the gorgeous weather. There are so many things to see in this small town, starting with the Cathedral Basilica of Saint Cecilia and finishing with the absolutely stunning Museum of Toulouse-Lautrec with the largest collection of his art in the world (more than 1000 pieces!). There are also so many places to eat there. Smaller and bigger restaurants, cozy cafes around the market, fantastic confectionery shops etc. So when we were starting to feel a little tired and hungry we went to try a restaurant which Google found especially for me and my Important Guests – the Alchimy!

And that was THAT! Finally, after years I had found a great small restaurant open 7/7 in a beautiful city, in its historical centre. A restaurant which doesn’t shut its doors at 1 pm, but a little later. A restaurant where all staff speak more than one language, they are also friendly, they make jokes and they can even speak about football, which was soooo important to D. The restaurant is part of a small boutique hotel. Beautifully designed with a logotype which I adore (a professional obsession of a graphic designer). And the most important thing – the restaurant serves Great Food! I only have to warn you that Alchimy is not the cheapest restaurant, but they have good meal deals during the week and they are worth their price for a special occasion (as for your trip to France for example!)!

www alchemy 4
Alchimy, Albi, by CusineAndArt 2015

And the apple pie from Henri’s birthday? …… Not today I’m afraid, not today. “Mañana“, as they say in Spanish. Tomorrow. HAPPY NEW YEAR!!!



O MIEŚCIE ALBI, MUZEUM TOULOUSE-LAUTREC’A I ALCHIMY

Francuz czytający polski blog po polsku lub angielsku? Śmiem wątpić, ale jeśli tak się akurat zdarzyło, że jednak Francuzem jesteś i znasz język polski, to nie czytaj tego wpisu, bo z całą pewnością Ci się nie spodoba, choć odnoszę się do Twojej Mateńki-Ojczyzny z należytym szacunkiem i bardzo ją lubię.

Ostatnim razem nie tylko obiecałam przepis na szarlotkę urodzinową Henryka (a było to baaardzo dawno temu), to obiecałam również słów kilka o mieście, w którym tenże urodził się – o Albi. Oczywiście jeśli jesteś fanem Toulouse-Lautrec’a to pisać nic nie muszę, wiesz wszystko i żadne informacje nie będą dla Ciebie nowymi – znasz Albi jak własną kieszeń! Jeśli jednak nigdy w życiu nie słyszałeś o tym francuskim mieście, a masz kilka godzin wolnych, pół dnia, dzień lub weekend – pakuj się do samochodu, kupuj bilet lotniczy i goń! (najbliższe lotniska znajdują się w Rodez – niestety o tej porze roku nieczynne, Tuluzie i Carcasonne).

Albi znajduje się na południu Francji w Średnich Pirenejach, leży nad rzeką Tarn. Ceglaste zabudowania nadają mu wyjątkowo ciepły charakter. To wyjątkowo czarujące miejsce do którego uciekam, gdy nie mogę dłużej wysiedzieć w zabitej dechami wsi.
W roli zabitej dechami wsi zbiorowisko kilku zabudowań – jeden kościół (jak na prawdziwą wieś przystało), jeden cmentarz, jeden kort tenisowy (???!!!) i jedna nieczynna od wieków budka telefoniczna. Sklep w ilości zerowej, przystanek autobusowy również. Pustki. Nicość wszechogarniająca. Czasem zdarza się natrafić na przypadkowo wałęsającego się sąsiada, ale łatwiej jednak spotkać krowę niż przedstawiciela ludzkiego gatunku. Dużo krów, szczerze powiedziawszy. Bardzo dużo. I zdarza się, że już po prostu nie mogę, mój organizm nie jest w stanie zaakceptować więcej uroków (niewątpliwych zresztą) życia wiejskiego, nie jest w stanie przefiltrować przez płuca więcej świeżego powietrza. Czasowa potrzeba miasta wygrywa. Czasami nie tylko miasta, ale i restauracji! I wierzcie lub nie – czasami jest to wyjątkowo trudne zadanie, szczególnie w … niedzielę. Jakąkolwiek niedzielę.

Aveyron, jak każdy szanujący się region, szczyci się specjałami kuchni lokalnej. Duma rozpiera mieszkańców zajadających się aligot (puree ziemniaczane wymieszane z serem tome fraîche, ciągnące się kilometrami i kilometrami), lokalnymi kiełbasami, konfitowanymi udkami kaczymi, flakami oraz głowizną cielęcą. Osobiście nie mam najmniejszych problemów z jedzeniem tychże specjałów. Bardzo lubię flaki, kaczkę w jakiejkolwiek postaci po prostu pożeram, a ziemniaczane puree mogłabym jeść na okrągło, bez względu na zawartość w nim sera czy też jego brak. Jednakowoż wolałabym mieć jakiś większy wybór. Szczególnie gdy przyjadą Goście, którzy do ust nie wezmą flaków czy głowizny (jakiejkolwiek), a ziemniaki wolą jeść bez sera. I Goście owi chcieliby gdzieś wyjść poza obszar domostwa, do tak zwanych ludzi udać się i coś spożyć.

Próby, a i owszem, zostały podjęte. Skończyły się jednak więcej niż niepowodzeniem. Szanowna Pani Matka otrzymała ogon mysi obok szarej bryi (przynajmniej wyglądało TO jak ogon mysi), potrzebna więc była bardzo szybka ewakuacja. Ba! Ucieczka przed darmową kawą, zaproponowaną przez kelnera w zamian za mysi ogon. Kolejna próba podjęta została po zrozumiale długim czasie, gdy spragniona francuskich specjałów A. przyleciała, marząc o chrupiących rogalikach i bagietkach o poranku, wspartych przez śniadaniowe wino. Wina raczej i nie tylko śniadaniowe. Udaliśmy się na zakupy pełne zachwytów, ochów i achów. Odwiedzaliśmy piekarnie, stragany i nieszczęsnego (jak się później okazało) rzeźnika. A tu kiełbaska taka, owaka. Wędlina A, B i C. Oooo, śliczna jakaś taka, urokliwa, wyjątkowo apetyczna o obcej, bardzo obcej nawet nazwie. Sprzedawca poproszony został o wytłumaczenie, spowiadał się wyjątkowo żarliwie, a małżonka robiła niestosowne miny. My nieustająco nie rozumieliśmy nic, zlitował się rzeźnik nad nami i Prezent ofiarował – dla każdego po plasterku specjału na głowę. Postanowiliśmy degustację przeprowadzić w domu w towarzystwie Chrupiącej Bagietki i Rześkiego Wina. Postanowiliśmy, nie uczyniliśmy. Smród niepokojąco zaczął być naszym towarzyszem. Jedno krzywym okiem zerkało na drugiego. A smród jak był tak był. Z ulgą i nadzieją wysiedliśmy z samochodu, pakunki rozpakowując, od win oczywiście rozpoczynając. Smród jeszcze większy. Jest! Źródło zlokalizowane – Fantastyczna Kiełbasa! Zatkaliśmy nosy i do konsumpcji zabraliśmy się. (…CISZA, DŁUGA CISZA). Po raz pierwszy w życiu wyplułam jedzenie! Biegłam jak sarna z jadalni do ogrodu, gnałam, galopowałam, pobijając rekordy wszelakie. A Goście za mną w galopie, w tym wyścigu szalonym. Po drodze minęliśmy psa, który szybciej od nas uciekł z podkulonym ogonem. Andouille, bo o niej mowa, jest kiełbasą zrobioną z części jelita grubego o odpowiedniej woni i odpowiednim smaku …, jeśli o smaku tu mówić można. Na szczęście wino nas uratowało, jak zawsze zresztą.

Powracając jednak do poszukiwania restauracji. Lokalu upragnionego, w którym można byłoby zjeść przyzwoicie, nie zostać otrutym i nie odczuwać potrzeby niespodziewanej ucieczki (jeśli się przeżyje oczywiście). W najbliższej wsi a i owszem mamy restaurację sztuk jedna, i to całkiem dobrą. Problem tkwi jednak w tym, iż trzeba dokonać rezerwacji minimum dzień wcześniej (nie, nie jest to restauracja z jakimikolwiek gwiazdkami), czyli spontaniczny wypad na głodniaka odpada! Nie można ot tak powiedzieć „Wybierzmy się na obiad!”. Niestety.

Gorzej jednak, gdy zapragniemy z Ważnymi Gośćmi skonsumować posiłek poza domem w niedzielę. Jest to wyczyn nie byle jaki, który przez lata kończył się fiaskiem, kiedy to w końcu wracaliśmy do domu, a ja zakasywałam rękawy i spędzałam urocze godziny przy garach. Oczywiście, że kocham gotować, ale jednak czasami miło jest mieć talerz podany, połykać kęs za kęsem poza swoim domem i nie musieć zmywać naczyń. Po prostu.

W każdym razie kiedy po raz trzeci zdarzyło nam się wrócić do domu z podkulonymi ogonami w końcu zrozumiałam, że mam dwa wyjścia – zapomnieć o niedzielnych restauracyjnych obiadkach lub zrobić rozeznanie, mające na celu pojęcie czemu jedzenie w Tak Zwany Ostatni Dzień Tygodnia może być nie lada wyczynem. Wiedząc, że Rodzina przyjedzie za kilka tygodni, postanowiłam rozpocząć badania od razu, by móc przygotować Niedzielny Wypad. Do roboty!

“Google, Google powiedz GDZIE?”

Google odpowiedziało miło i łagodnie – “Jedź do Albi!”

Tak też uczyniliśmy, gdy nadeszła odpowiednia pora i Goście zjawili się. Wędrowaliśmy wśród ceglastych uliczek, podziwiając fantastyczną pogodę i otaczające nas piękno. Tyle rzeczy do obejrzenia – zaczynając od Bazyliki Świętej Cecylii, a kończąc na obłędnym Muzeum Toulouse-Lautrec’a, w którym znajduje się największa kolacja na świecie Jego prac (ponad 1000 sztuk!). Gdy nóżki wchodziły nam wiadomo gdzie, a głód doskwierać zaczął, postanowiliśmy pójść do restauracji, poleconej i wybranej przez Monsieur Google specjalnie według naszych życzeń i upodobań. Po drodze mijaliśmy mniejsze i większe knajpki, zamknięte lub otwarte (nie zapominajmy, że to w końcu niedziela, Francja etc.), bary, kawiarnie i puby. Do wyboru, do koloru. Nie dla nas. Dla nas cel odgórnie był wyznaczony i nie mieliśmy najmniejszej ochoty zbaczać z wybranej drogi. Naszym celem była restauracja Alchimy! I to było TO!!! W końcu po długich latach odkryłam niewielką i pełną uroku restaurację w centrum historycznym miasta, która nie zamyka drzwi przed nosami klientów o godzinie 13ej, która otwiera swe ramiona w niedziele i święta. Restaurację przepięknie zaprojektowaną (zboczenie zawodowe grafika nie pozwoliło mi nie zachwycić się nad logotypem knajpy), nad którą znajduje się kilka pokoi hotelowych. Miejsce, w którym obsługa mówi nie tylko w swoim ojczystym języku, a w języku obcym może rozprawiać również o piłce nożnej, co było bardzo ważne dla D. Najważniejsze jest jednak jedzenie! Czysta konsumpcja doprowadzająca do stanu bliskiemu rozkoszy! Dania lokalnej kuchni i nie tylko. Potrawy piękne, sycące i spełniające oczekiwania najbardziej wybrednych żołądków (czytaj Moich Szanownych Gości). Owszem, Alchimy nie jest miejscem na każdą kieszeń, ale jest miejscem wartym swej ceny z całą pewnością! W ciągu tygodnia menu dnia (bardziej przystępna cena), a wieczorową porą lub w ciągu weekendu na specjalne okazje – jak Twoja podróż do Francji, o której właśnie zaczynasz marzyc! Jedź! Nowy Rok jest genialnym pretekstem na takie wyprawy!

A obiecana urodzinowa szarlotka Henryka? … Obawiam się, że nie dzisiaj. “Mañana”, jak mawiaja Hiszpanie. Jutro. Szczęśliwego Nowego Roku!!!

eng