About Anish Kapoor and Yellow Gazpacho

above / powyżej: ANISH KAPOOR “YELLOW / ŻÓŁTY” 1999, from/z www.anishkapoor.com


pl

The autumn is coming and there is no hope until next year for hot sunny days. I just wrote about summer in Catalonia, but now I can see – it was reminiscences of long warm days and short nights under the stars. Anyway, now I can enjoy my veg garden, neighbours’ gardens, the fields and forests around – this is harvesting time. Busy, very busy. Squash, pumpkins, courgettes, tomatoes, peppers, chillies, chard, parsley, basil, beetroot and potatoes in my own small veg garden. Apples, pears, plums, figs and walnuts. Thank God the season for pears and plums has finished, but we’ve started to have plenty of mushrooms instead. And it seems that in my village no one wants any of these goods! Even for a short evening walk around the centre of the village I have to take at least one basket. But normally I take a basket and few bags. Plus someone to carry all those kilos. Then the job in the kitchen starts. And it spreads into the whole house. In every room there are gigantic mountains of walnuts drying. Mushrooms. Cardboard boxes, plenty of empty jars. The sink where I soak jars to remove the labels (This is an obsession I took from my mum – no product labels on jars with our jams and preserves! Only our own.) Oven working almost constantly. Second freezer on.

Every autumn the same. Do not forget – I’m Polish, I was born during communism and in those days we had only vinegar in the shops. My grandmother and my mum they had to do their own jams, compotes, syrups. They cooked and preserved beetroots, beans. They pickled veg. I remember our bath full of shredded cabbage, because my parents were making sauerkraut. I grew up with the habit of making preserves and being happy counting the already made jars and then staring at them.

Besides making preserves like a madwoman I make quite a lot of soups. Almost every dinner there is a soup. And I was thinking – how could I smuggle a soup into my culinary-artistic project? Even the greatest soup in the word is still only a soup. It gives you warmth and energy, that’s all. There is no excitement there – or so I thought.

Anish Kapoor, Yellow, photo from Anish Kapoor Istanbulda, Sakıp Sabancı Museum, Istanbul

Not so long ago I came back from a beautiful, stunning, staggering, bewildering, magical, addictive, astonishing city, which absolutely hypnotized me and in which I totally fell in love – Istanbul. Every day I’m thinking about Istanbul and it has become a little obsessive to be honest with you. Then suddenly I found IT – I found the connection and the excitement to my soup-story. “Ladies, gentlemen and children…” (as they say on Turkish Airlines) With the biggest pleasure I would like to present to you Anish Kapoor’s few cubic meters of fiberglass – Yellow!

The Indian born British contemporary artist. One of the greatest sculptors of our time. In 2013-2014 had his first major exhibition in Turkey, in Istanbul’s Sakıp Sabancı Museum. The exhibition was curated by Sir Norman Rosenthal and was sponsored by a private bank, which shows how good banks can be … but unfortunately it doesn’t happen often. Kapoor showed some of his iconic works there, including Yellow (above) and Sky Mirror. Once again he proved that bringing together sculpture, painting, technology and architecture is possible. Many years before in an interview (Art Monthly, May 1990) he said:

““I think I am a painter who is a sculptor… For me the two things have somehow come together, so that I am making physical things that are all about somewhere else, about illusory space.”

Here you can see the construction of Yellow, a short video from www.anishkapooristanbulda.com, which gives some idea of this huge project:

And if you are interested in Kapoor’s art there are 2 exhibitions in France to visit:

First one titled “Anish Kapoor chez Le Corbusier” is in the La Tourette Convent (the last major work of Le Corbusier in France) and is a part of Biennale 2015 of Lyon. The exhibition is open until 3rd January 2016. You can find more information here (unfortunately not everything is translated into English, so perhaps you will have to learn French) www.couventdelatourette.fr.

The second exhibition is in the Palace of Versailles (until 1st Nov, so you have to hurry up) www.chateauversailles.fr.

So now you can go to the kitchen and prepare this Yellow Gazpacho, made from roasted yellow cherry tomatoes:

2015-10-09-yellow-soup-changed
Ceramic by Leo Savy (Merci beaucoup!)

YELLOW GAZPACHO*

– 1 kg yellow cherry tomatoes
– olive oil
– 2 fresh rosemary stalks
– 1-2 cloves of garlic
– 1 small potato
– salt
– turmeric

Heat the oven to 180°C. Put whole tomatoes, potato with skin and rosemary in to a baking tray. Salt, drizzle with olive oil. Roast about 40-50 minutes until they start to caramelize nicely. Let them cool. Take a sieve and push them through it. Add crushed garlic, turmeric and blend all until very very smooth and silky (silkiness is increased by the addition of the potato). Add some water or coconut milk if needed, the soup has to have the consistency of double cream. Taste, add salt if needed, blend it once more. Put into a fridge. Before serving drizzle with olive oil.

Of course you can eat it warm, but in that case do not call it gazpacho!

*gazpacho – Spanish cold soup made from raw veg, usually tomatoes



ANISH KAPOOR I ŻÓŁTE GAZPACHO

Jesień idzie. I nie ma na to rady. Przed chwilą prawie pisałam post o słonecznym lecie na wybrzeżu Katalonii, a tu proszę – widzę, że to jedynie tęsknota była, wspomnienie długich upalnych dni i krótkich uroczych nocy. Teraz rozkoszować się muszę nie morzem i plażą, a ogrodem, zbiorami, lasami, polami. Ciężką tyrą rolnika, zbieracza, podkuchennej i kucharza. Czas przetworów. Czas owocny przygotowań na długą ciemną zimę. Na brak roboty nie mogę narzekać. W tym roku obrodziły wyjątkowo wszystkie dyniowate i burakowate. Poza tym pomidory, papryki, ziemniaki. Pietruszka. Gruszki, śliwki i figi (uff, już się skończyły) u sąsiadów. Jabłka wszędzie, gdzie się tylko da. Grzyby. Orzechy. I ja sama z dwoma rękoma jedynie. OK, czasem są jeszcze dwie ręce do tachania kilogramów jabłek ze spacerów i do wykopków. W każdym razie spokojnie to teraz z domu wyjść nie można. A już na pewno nie można bez kosza, bez noża. Siatki jednej lub jeszcze kilku wymiętolonych w kieszeniach dziurawych spodni roboczych. Wystarczy dziesięć minut wokół kościoła i cmentarza, żeby mieć robotę na wieczór! A w domu? W domu piętrzą się stosy suszących się gigantycznych orzechów. Wszędzie siatki z grzybami rozłożone. Pudła ze słoikami. Zlew wiecznie wypełniony po brzegi, bo przecież muszę odmoczyć sklepowe etykietki, by zrobić miejsce na własne (czynność odziedziczona po Rodzicielce). Piekarnik pracujący prawie na okrągło. Druga zamrażalka włączona. Śmiem twierdzić jednak, iż większość mego pokolenia w Polsce prowadzi podobny żywot w spadku po dzieciństwie w komunistycznych czasach. Tyle, że wtedy jeszcze rodzice szatkowali kapustę w wannie! Ja tego nie robię (jeszcze?)!

Poza masową produkcją przetworów, która niebawem doprowadzi mnie do szaleństwa, zajęłam się zupami, które stały się po prostu kolacjami. Każdego dnia inna zupa. Każdego wieczoru miska. W sumie nic ciekawego. Cóż ja bym o zupie napisać mogła? Jak mogłabym ją przekabacić tutaj? Wciągnąć wybraną do artystycznego świata? W zupach nie ma przecież nic intrygującego. Żadnego ekscytującego momentu. Ot energia dla ciała. Paliwo. Tak rozmyślałam.

Nie tak dawno temu wróciłam z przepięknego, cudownego, oczarowującego, magicznego, hipnotyzującego miejsca, w którym zakochałam się obłędnie i które staje się chyba moją obsesją. Istanbuł, bo o nim mowa, nagle stał się łącznikiem mego myślenia, sztuki i gotowania. W końcu zupełnie niespodziewanie odnalazłam TO – miejsce dla zupy w sztuce! „Panie, panowie, drogie dzieci…” (jak mawiają na pokładach linii lotniczych Turkish Airlines). Z największą przyjemnością pragnę przedstawić kilka dobrych metrów sześciennych włókna szklanego! Oto Yellow!

Autorem “Żółtego” (ang. yellow) jest Anish Kapoor, urodzony w Bombaju, a od lat siedemdziesiątych mieszkający w Wielkiej Brytanii, artysta. Jeden z największych współczesnych rzeźbiarzy. Na przełomie 2013 i 2014 roku miał zorganizowaną wystawę w Istanbule w Sakıp Sabancı Museum. Kuratorem był niejaki Sir Norman Rosenthal, a sponsorem jeden z prywatnych banków, co pokazuje, iż bank dobrym być potrafi, choć niestety zazwyczaj takim nie bywa. Kapoor przedstawił jedne z najsłynniejszych prac – Sky Mirror i Yellow (zdjęcie powyżej w tekście po angielsku). Raz jeszcze udowodnił, iż połączenie różnych światów jest całkowicie możliwe. Rzeźba, malarstwo, architektura z technologią i inżynierią dla artysty współgrają wyjątkowo harmonijnie, tworząc niesamowite dzieła. Lata wcześniej on sam w jednym z wywiadów (Art Monthly, maj 1990) powiedział:

„Myślę, że jestem malarzem, który jest rzeźbiarzem… Dla mnie te dwie rzeczy w jakiś sposób łączą się…”

Również powyżej możesz zobaczyć krótkie video o produkcji „Yellow”. Dzięki niemu można zacząć sobie zdawać sprawę z ogromu tegoż projektu. A jeśli lubisz twórczość Kapoora i wybierasz się akurat do Francji, to aktualnie można obejrzeć dwie jego wystawy:

Pierwsza ma miejsce w klasztorze La Tourette niedaleko Lyonu, zatytułowana jest „Anish Kapoor u Le Corbusiera” i stanowi część Biennale 2015 W Lyonie. Otwarta jest do 3. stycznia 2016 roku. Więcej informacji można znaleźć tutaj (niestety wersja angielska nie jest kompletna i jeśli nie mówisz po francusku, to chyba będziesz się go musiał nauczyć): www.couventdelatourette.fr
Druga wystawa obywa się w Wersalu i trwa do 1. listopada, więc trzeba się bardzo spieszyć (tanie linie lotnicze latają z wielu miast Polski do Paryża): www.chateauversailles.fr.

A teraz czas udać się w końcu do kuchni i wyczarować:

ŻÓŁTE GAZPACHO* Z PIECZONYCH POMIDORKÓW CHERRY zainspirowane Anish’em Kapoor’em


– 1 kg żółtych pomidorków cherry
– oliwa z oliwek
– 2 gałązki świeżego rozmarynu
– 1-2 ząbki czosnku
– 1 mały ziemniak
– sól
– pieprz
– kurkuma


Rozgrzej piekarnik do 180°C. Wsyp pomidory, pokrojonego ziemniaka (ze skórką) na blachę do pieczenia. Posól. Skrop oliwą. Piecz 40-50 minut, aż pomidory zaczną się powoli karmelizować, ale nadal będą pełne soków. Ostudź. Przetrzyj przez sito. Dodaj zmiażdżony czosnek. Zmiksuj. Posmakuj. Dopraw solą, jeśli konieczne. Dodaj wody lub mleka kokosowego, jeśli zupa jest zbyt gęsta (powinna mieć konsystencję śmietany). Zmiksuj raz jeszcze do gładkości i aksamitności (uzyskanej między innymi dzięki dodaniu ziemniaka). Wstaw do lodówki. Przed podaniem skrop oliwą z oliwek.

Oczywiście możesz jeść tę zupę na gorąco, nie nazywaj jej jednak wtedy Żółtym Gazpacho, lecz po prostu Żółtą Zupą!

*gazpacho – zimna hiszpańska zupa z surowych warzyw, najczęściej pomidorów

eng

 

About black rice, Miquel Barceló’s The Big Spanish Dinner and Cafè Begur

above / powyżej: MIQUEL BARCELÓ “THE BIG SPANISH DINNER / WIELKA HISZPAŃSKA KOLACJA” 1988


pl

If you hear the words “Spanish cuisine” what do you think of? Beyond the wine of course! You think: paella, sangria, tapas? Don´t you? For me, after so many years in Spain, there is still paella, sangria and tapas, but good ones! Not that terrible preprepared stuff, not that bland red wine coloured liquid from a box. No no no!

I remember my first paella. Until now one of the best ones. It was almost twenty years ago in Ibiza. A poor, tiny house with the smallest old lady in the world! María had the biggest heart and she always wanted to give, not to take. Once upon a time she invited me to her house in the middle of nowhere. The gate was made from old iron bedsteads. A long sandy path led to the small white building. A few skinny goats around. One lonely lemon tree. Nothing more. She made a special dinner for a special guest – me! I wanted to learn from her how to make paella, so she allowed me to be her sous-chef. At the end of this great meal sadly I realised that in Poland then, we didn´t have fresh sea food and it would not be possible to create something even close to This Paella. She smiled, she took my hand and we went to her pantry. The pantry was small, very small, but inside it was very big freezer… I understood the lesson.

Yes, of course, if you live on the coast and you can have fresh sea food – go and buy it!!! Run for it! This is the best quality without any doubt! But … not all of us have the priviledge of living on the Spanish, Italian, Portugese or any other coast.

As you already know I´m a diver, an underwater guide if you prefer. And I admire very much the underwater world. And this is my problem – during dives I treat fish, octopus, crabs, lobsters and all other creatures as my friends. As my family. So how can I eat them? HOW?! To be honest with you – sometimes … I can´t! Sometimes I go to a small seafood market with a Big Plan to make The Supper and …. I have to leave quickly because I start to cry. “You should to be a vegetarian.” – some of you say. Perhaps. But perhaps I´m still not ready for it?

When I started to write this post (it was long long time ago, and I didn’t have the time to finish it, but time flies). At the time I lived few kilometers from the rice fields. No, not in China, in Catalonia. And yes, it was a big surprise for me too, when I went there for the first time many years ago. There is a small village called Pals*, famous for its rice. Big fat rice, great for paellas. Rice grown next to the sea, in fields where white ibis proudly and elegantly stroll around.

Spain. Catalonia. Ibiza. Paella. Rice. Diving. And last, but not least – Miquel Barceló. An amazing artist born on Mallorca, who has such a great name! I always thought how lucky he is being named Barceló! Much of his art to me is about underwater life and his love of Balearic and Spanish culture. Is Miquel is a diver? I don´t know, but it would be strange if not. (If you meet him on your way, please ask him and write me an e-mail.) He is almost obsessed with fish, urchins, octopus. With the sea. Perhaps all island peoples have it inside themselves? Perhaps I should try island life one day?

Oh, can you imagine the flavours of this Big Spanish dinner? 1988, Miquel Barceló in his kitchen preparing a great meal. Rice slowly bubbling on a fire. Mussels waiting for their turn. Or perhaps it was far far away from Mallorca, perhaps this painting reflects Barceló’s hankerings and there were just few empty shells in his studio waiting to be painted? With artists you never know.

Many times I wonder what I would like to eat for the last meal of my life. The Big Spanish Dinner could become the Last Supper. Usually I was adjudicating the superiority of bread over the potato or vice versa. But since this summer I have no problem at all! On one beautiful late August day I had The Best Meal Of My Whole Life and without any doubt for My Last Supper I would ask the great Catalan chef Sergi Calm to cook for me his black paella and make for me flan (a Spanish kind of baked custard). Until that day I had no clue who Mr Calm was,or what meant Cafè Begur and that ,that one day could change my life forever! But it did.

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

UPDATE 2020: Unfortunatelly Cafè Begur doesn’t exist any more.


It was late summer, as I wrote before. My last day off, which I was happy to spend with my Polish friend. A small half empty beach, sun, sand and quiet. After a few hours a small hunger awoke and we needed to go and find something to eat. We went to Begur, a charming village with many bars and restaurants. But passing one old building I spotted a stunning staircase and I wanted to see where they could lead us. To heaven! They led us to heaven!

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

Cafè Begur – amazing place, beautifuly designed with old charm and soul. Food soooooooooo great, that after the meal I wanted to congratulate the chef. Here you have the short conversation between me and Sergi Calm, our first (but not the last) conversation ever:

Me: – I love you! – and I kissed him few times, like Catans do. – But I have a boyfriend! – I added quickly.

Sergi: Do not worry! I have a wife and two kids! This is the way to meet new people! This is the way to find the pleasures of life!

This is the way to enjoy every moment! After such a delightfull meal it was the best end to the afternoon I could imagine. And the best way to create my own Big Spanish Dinner with black rice.

THE BIG SPANISH DINNER
inspired by Miquel Barceló and Sergi Calm

– 2 glasses of rice from Pals* (or good quality fat round rice for paellas or risottos)
– 1/2 kg tomatos
– 1 onion
– 2 gloves of garlic
– sea salt
– black pepper
– sepia ink
– 4-6 salmon fillets
– 1 lemon
– pea shoots
– olive oil
– water

First of all you need to plan the preparation about one week in advance, so you have beautiful and almost sweet pea shoots. Just put a few whole dry peas into a plant pot with soil and put it in a sunny spot, watering it regularly. After a few days you will see these beauties!

To prepare any type of rice in Catalonia you need to have sofregit, which is a sauce used as a base. Igredients and preparation may vary, but usually consists of tomatoes, onions and garlic, chopped and cooked in olive oil on a very small fire. You need to add some sea salt and black pepper to taste. You need to pay attention to your sauce, stirring it constantly and adding some water if needed.

In the meantime fry your salmon in another frying pan. When it has a golden skin it should be ready, put aside on another plate. Add 1 glass of water to the rest of the olive oil, to keep all the goodness in and create some flavours, add sepia ink, salt, pepper. It will be your liquid base, stock if you prefer, to add to the paella.

When the onions are almost transparent and everything together creates a nice sauce add the rice, mix everything together, add your glass of “stock”-liquid and 2 glasses of water. Cover with a lid, make the fire as small as possible. Wait. Learn patience. When the rice almost absorbs all of the liquids – try it to see if it is well cooked, if not – add a glass of water, cover it, wait. Perhaps you will need a little more water, it depends on the rice.

Always try what you are cooking, add salt and spices to your own preference. Feel free and improvise!

When the black paella is ready put your salmon on the top, sprinkle with lemon juice, decorate with pea shoots and quarters of lemon.

Eat and enjoy!!!

P.S. Take a piece of paper, splash some black ink on it. Dry it, sign it and frame it – this is Your Art, inspired by Your Supper!

SOULAGES PAR SERAFIN by Serafin



CZARNY RYŻ, MIQUEL BARCELÓ I CAFE BEGUR

Słysząc „hiszpańska kuchnia”, o czym myślisz? Poza winem oczywiście. Paella, sangria, tapas? Tak właśnie myślisz? Ja też, nawet pomimo tylu lat spędzonych w Hiszpanii. Tyle, że musi to być dobra paella, dobra sangria i dobre tapas. Żadne tam pierdoły z półfabrykatów, żadne tam kolorowe płyny w mniejszych czy większych kartonikach! Ohydki, o których od razu należy zapomnieć!

Doskonale pamiętam pierwszą skonsumowaną paellę, jedną zresztą z najlepszych w moim żywocie. Ibiza, prawie dwadzieścia lat temu. Mały biedny bielony domek na końcu świata. Wyboista piaszczysta dróżka. Stare łóżko, odgrywające rolę bramy wejściowej. Samotne drzewo cytrynowe. Wychudzone kozy, skubiące pojedyncze źdźbła wysuszonej na wiór trawy. I Ona – María. Drobna staruszka o wielkim sercu. Dająca, nie biorąca. Czułam się wyjątkowo zaszczycona zaproszeniem do Jej domu na kolację, która miała być specjalnie na moją cześć wyprawiona. Prawie stuletnia Ibizenka postanowiła zrobić paellę, a ja postanowiłam być Jej podkuchenną (sous-chef’em, jak to się teraz mawia). Pod koniec już uroczystej wieczerzy zdałam sobie smutno sprawę, iż w ówczesnej Polsce cudem byłoby zdobycie świeżych owoców morza. Wyżaliłam się gospodyni, a ta wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do maleńkiej spiżarni. Maleńkiej, ale z wielką zamrażalką! Zrozumiałam.

Oczywiście jeśli mieszkasz na jakimkolwiek wybrzeżu i masz nieustający dostęp do najświeższych bogactw morza – korzystaj z tego! Biegnij, kupuj i pałaszuj! To jest najlepsza jakość i nie ma tutaj dwóch zdań! Nie wszyscy jednak jesteśmy znad morza, prawda?

Jak już wcześniej wspominałam, jestem płetwonurkiem, przewodnikiem nurkowym właściwie. I wszystkie podwodne stwory traktuję nie tylko jak przyjaciół, ale nawet jak rodzinę. Tutaj pojawia się problem – jak mogę je jeść? Jak przez gardło przejść mi mogą? Ot i czasami nie mogą! Zdarza się, że z rykiem wybiegam z hali targowej i z Wielkiego Planu fantastycznego posiłku zostaje Wielkie Nic. „Zostań wegetarianinem” – niektórzy mówią. Może. Może pewnego dnia zostanę, ale dziś jeszcze gotowa nie jestem.

Hiszpania. Katalonia. Ibiza. Paella. Ryż. Nurkowanie. I w końcu ostatni, choć jednak Pierwszy – Miquel Barceló – fantastyczny artysta, urodzony na Mallorce, któremu nazwiska wielokroć zazdrościłam. Jego podwodny świat, jego miłość do Balearów, do ziemi, do ojczyzny. Jego niemal obsesja przestawiania ryb, jeżowców, sepii, ośmiornic. Jego woda. Może to typowe dla wyspiarzy. Może TO tkwi w nich samych. Może zamiast krwi w ich żyłach płynie słona woda. Może i ja powinnam życia na wyspie kiedyś spróbować? A Miquel? Pewno nurkuje, zawsze tak myślę. Zawsze myślę, że nie tylko kocha Baleary, że nie tylko kocha malować. Myślę, że kocha jeść, kocha gotować i że nurkuje. Tak, z pewnością nurkuje. (Jeśli Go spotkasz – spytaj, proszę, i napisz mi.)

Oooooo, wyobraź sobie smaki tej kolacji! Rok 1988, Miquel Barceló w swojej kuchni, przygotowujący posiłek. Ryż bulgoczący na niewielkim ogniu. Mule czekające na swoją kolej. Cytryna gdzieś na uboczu. A może to było hen hen daleko od Majorki? Może tęsknił właśnie za domem rodzinnym, za smakami ze swojej krainy? Może gdzieś w samotności w pracowni malował puste skorupki po mulach? Z artystami nigdy nic nie wiadomo…

Wiele razy zastanawiałam się co bym chciała (jeśli o chceniu w tym wypadku być może w ogóle mowa) spożyć jako mój ostatni posiłek. Ostatnia Wieczerza w Życiu. To wyjątkowy, genialny temat do rozmów, które po prostu nie kończą się. Spróbuj! Jakaś nudna impreza, jakaś wyjątkowo drętwa kolacja czy obiad – wyskocz z pytaniem. Od razu towarzystwo rozrusza się, od razu! W każdym razie moje rozważania zazwyczaj krążyły wokół wyższości smaku chleba nad ziemniakami i odwrotnie. Aż … aż do pewnego pięknego sierpniowego dnia, kiedy to skonsumowałam z największą rozkoszą Najlepszy Posiłek Mego Życia! I gdybym musiała wybrać ostatnie danie, to poprosiłabym, by je przygotował wspaniały kataloński kucharz Sergi Calm. Poprosiłabym Go, by zrobił dla mnie czarną paellę, a na deser zażyczyłabym sobie flan (hiszpański deser, będący czymś w rodzaju jajecznego zapiekanego budyniu).

Ale do Tego sierpniowego popołudnia nie miałam zielonego pojęcia kim jest Sergi Calm, co to jest Cafè Begur (UPDATE 2020: Niestety Cafè Begur już nie istnieje!) i że miejsce to odmieni całkowicie moje dotychczasowe życie.

Było późne lato, jak wcześniej wspomniałam. Mój ostatni dzień wolny, który szczęśliwie mogłam spędzić w towarzystwie polskiej przyjaciółki. Maleńka prawie pusta plaża, słońce nie tak już mocno prażące, drobny piasek, święty spokój. Po kilku godzinach pojawiło się ssanie żołądka, postanowiłyśmy więc znaleźć jakąś restaurację. Urocza mieścina Begur wydała się najlepszym z możliwych rozwiązań – masa mniejszych i większych restauracji oraz barów. Całe mnóstwo trudne do ogarnięcia i jeszcze trudniejsze do podejmowania decyzji. Przechodziłyśmy jednak obok pięknego starego domu (jakich w Begur sporo) i zobaczyłyśmy cudowne schody. Od razu zapragnęłam, by poprowadziły nas. Gdziekolwiek. I poprowadziły – do Raju!

Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015
Cafè Begur by Cuisine And Art 2015

Cafè Begur – niesamowite miejsce, obłędnie zaprojektowane w każdym, nawet najmniejszym szczególe! Fantastyczna restauracja, bar, taras w starym domu z baaardzo wyrazistą Duszą. W środku kuchnia. A w niej Sergi Calm, kataloński szef kuchni, z którym odbyłam taką (pierwszą w życiu zresztą, ale nie ostatnią) rozmowę, po uprzednim rzuceniu Mu się na szyję i wycałowaniu (oczywiście!):

Ja: Kocham Cię! … Ale od razu muszę dodać, że jestem już zajęta…

On: Nie przejmuj się! Ja mam żonę i dwójkę dzieci! I czy nie o TAKIE dialogi w życiu chodzi?

Czy nie jest to najwspanialsza metoda na poznawanie nowych ludzi? Coś działa, gdzieś kliknęło – reakcja. Od razu! Bez zbędnego czekania, przekładania na kiedyś! Kiedyś może się nie zdarzyć! Jest dziś. Teraz.

WIELKA HISZPAŃSKA KOLACJA
zainspirowana Miquel’em Barceló i Sergi Calm
czyli Czarna Paella Z Łososiem

– 2 szklanki ryżu z Pals* (lub innego ryżu do paelli czy risotta)
– ½ kg pomidorów
– 1 cebula
– 2 ząbki czosnku
– sól (ja użyłam morskiej)
– pieprz
– atrament z sepii
– 4-6 filetów z łososia
– 1 cytryna
– młode pędy groszku
– oliwa z oliwek
– woda

Tu trzeba nieco cierpliwości. Mniej więcej tydzień wcześniej przygotuj niewielki płytki pojemnik z ziemią i zasadź w nim kilka ziaren grochu (do tej pracy możesz spokojnie zatrudnić dzieci, jeśli takowe posiadasz). Po kilku dniach zaczną wychodzić piękne kiełki. Jak już będą wystarczająco wysokie, tak na kilka centymetrów, i atrakcyjnie pozawijane, możesz przygotowywać czarną paellę.

Teraz pora na sofregit, sos, będący bazą wielu dań. Pokrój drobno cebulę i pomidory. Na rozgrzaną oliwę z oliwek wrzuć cebulę i podsmaż na małym ogniu. Dodaj pomidory, wyciśnięty czosnek, sól i pieprz. Zmniejsz ogień do minimum. Uważnie obserwuj, mieszając czasami, a czasami dodając wody. To musi trwać. Tu nie chodzi o szybkie gotowanie, ale o czas i poświęcenie. Sos ma być całością, jednością, intensywną bazą.

Jak sofregit będzie już gotowy, na drugiej patelni usmaż łososia i odłóż filety na talerz. Na patelnię wlej szklankę wody, posól, popieprz, zredukuj na ogniu płyn, który doda smaku ryżowi.

Na patelnię z sofregit dodaj ryż, podsmaż minutę, by sos wymieszał się dokładnie z każdym ziarenkiem. Wlej płyn z rybnymi smakami, atrament oraz 2 szklanki wody. Wymieszaj. Przykryj, zmniejsz ogień do minimum. Czekaj aż ryż wchłonie prawie cały płyn, spróbuj czy jest ugotowany. Najprawdopodobniej nie będzie. Dodaj szklankę wody. Powtórz czekanie i próbowanie. (Próbuj zawsze – czy doprawione, czy ugotowane, upieczone, uduszone. Improwizuj, dorzuć coś od siebie! Nie traktuj przepisu jako inżynierskiej instrukcji, bądź nim zainspirowany i stwórz coś własnego, jedynego w swoim rodzaju, mając nadzieję, że również jadalnego.). Jak ryż będzie gotowy, zostaw go na patelni, nie mieszaj. Połóż kawałki ryby, pokrop cytryną. Udekoruj młodymi pędami groszku i ćwiartkami cytryny. Rozkoszuj się!

P.S. Znajdź kawałek papieru, kartkę, cokolwiek. Poszukaj w biurku odrobiny czarnego atramentu. Rozlej niezgrabnie. Poczekaj aż wyschnie. Podpisz. Opraw. To Twoja Sztuka, zainspirowana Twoją Własną Wieczerzą!

eng

About Wayne Thiebaud, Serafin, chocolate mousse and L.’s birthday

above / powyżej: WAYNE THIEBAUD “CHOCOLATE CAKE / TORT CZEKOLADOWY” 1971


pl

My dear friend L. used to receive every birthday morning chocolates from D. Pure small pleasures whilst still in bed. Every year. Every morning. Waiting for. And enjoying with.

With your D., with J. and with Mr Thiebaud we wish you the best chocolates in the whole universe!!!! Not those terrible posh ones with tobacco-bacon flavours! HAPPY BIRTHDAY TO YOU – L.!!!

serafin-39-nr2www
Serafin 2015, double exposed self-portrait / autoportret

Since 2002 on every B’day I make a selfportrait. No, not a bloody selfie! I hate that word. Selfie is soooo flat. It is so quick and without any soul. Selportrait has its own tradition, depth and ideas. It takes time. As a photographer I started with an “old-style” (read: the best one) camera, developing the film myself and working in a dark-room. I used to make my own pin-hole camera and enjoy the magic of photography. Today I work mostly with a digital camera, but still I have the biggest respect for the Old Classic Photography – Magic is Magic. Full stop.

The same magic I would like to give to you – L. Not only today. But always. With small food pleasures too. The strangest recipe I ever heard of and I ever made. And it really really works! Is here for you (unfortunatelly from hundreds of kilometers away):

CHOCOLATE MOUSSE HARD TO BELIEVE

– “aquafaba” – water from chickpeas (yes, the water you always pour into the sink, when you use chikpeas!)
– 1 bar of good quality dark chocolate
– honey or brown sugar to taste
– teaspoon or two of espresso
– pinch of sea salt

Melt chocolate over a water bath. Leave to cool. Whisk well the aquafaba until fluffy, white and shiny. Slowly add the honey or sugar and a pinch of salt. Whisk until firm (turn the bowl upside down as when making meringues). Drizzle chocolate into the foam, mix it very very gently. Slowly add espresso coffee. Pour into small glasses and chill for a few hours. And do not worry – nobody will notice any chickpea flavour!



WAYNE THIEBAUD, SERAFIN, MUS CZEKOLADOWY I URODZINY L.

Moja droga przyjaciółka L. w każde urodziny zwykła była otrzymywać od ukochanego D. czekoladki prosto do łóżka. Bez zbędnego wstawania. Prosto ze snu wyciągnięta. Zawsze czekała. I czekać będzie. Nieustająco. Rozkoszując się.

W dzisiejszym dniu wraz z D., J. oraz Szanownym Panem Thiebaud życzymy najlepszych czekoladek we wszechświecie!!! Byleby to nie były wymyślne tabakowo-bekonowe świństwa, którymi nas kiedyś uraczyłaś! Były to pierwsze (i mam nadzieję, że ostatnie!) wyplute przez mnie czekoladki! Wolałabym już masę czekolado-podobną, z którą w końcu dzieciństwo przeżyłam (fakt, że w stanie pogrubionym).

Od 2002 roku w każde własne urodziny robię autoportret. Nie żaden bzdurny płytki selfie! Nie żaden obleśny współczesny półprodukt masowy! Autoportret tradycyjny, który wymaga nie tylko czasu, ale i myśli. Umysłu, natchnienia, skupienia. Wtedy pracowałam z tradycyjnymi filmami, wywołując je w czeluściach najczarniejszych i robiąc odbitki w ciemni, w którą zamieniała się tymczasowo mini-łazienka lub kąt przyjaciółki piwniczny. Bo fotografia tradycyjna to Magia. Koniec i kropka! I choć zamieniłam tradycyjny aparat, choć zamieniłam własnoręcznie zrobioną kamerę otworkową na cyfrową lustrzankę – jestem wierna tradycji i czas wraz z koncepcją są dla mnie najważniejszymi składnikami zdjęć.

Magii doszukuję się nie tylko w fotografii. Szukam jej w świecie podwodnym. I dodaję ją w kuchennych przestworzach. Z najlepszymi więc urodzinowymi życzeniami dla L. przepis, który jest czymś, co dotychczas w gotowaniu zaskoczyło mnie najbardziej. Jest czymś, w co nie wierzyłam (a uwierzyłam).

CZEKOLADOWY MUS NIEMOŻLIWOŚCI
– „aquafaba” – woda z ugotowanej ciecierzycy (Tak, tak! Ta woda, którą wylewasz do zlewu, kiedy używasz ciecierzycy!)
– tabliczka ciemnej czekolady bardzo dobrej jakości
– miód lub ciemny cukier do smaku
– łyżeczka lub dwie kawy espresso
– szczypta morskiej soli

Roztopić czekoladę w misce nad gotującą się wodą. Odstawić do wystygnięcia. Ubić pianę z „aquafaba” w ten sam sposób jak ubija się pianę z białek (tak, również należy na samym końcu odwrócić miskę do góry nogami!). Dodać miód lub cukier do smaku oraz szczyptę soli. Bardzo powoli wlewać roztopioną czekoladę, delikatnie mieszając masę szpatułką (baaaaaardzo delikatnie, żeby pęcherzyki powietrza nie uległy zniszczeniu!). Na końcu wlać powolutku kawę, łącząc ją z masą. Posmakować. W razie potrzeby dosłodzić. Przełożyć do małych filiżanek, miseczek czy kieliszków. Odstawić do lodówki na minimum kilka godzin. I nie martwić się – nikt nie poczuje żadnego smaku ciecierzycy!

eng

 

About Andy Warhol, bottles, cans and diving

above / powyżej: ANDY WARHOL “CAMPBELL’S SOUP CANS / PUSZKI Z ZUPĄ FIRMY CAMPBELL” 1962, synthetic polymer paint on 32 canvases / syntetyczna farba polimerowa na 32 płótnach


2015-08-09-fanta1y2
Serafin 2015, Before And After – Underwater Fanta Can / Przed I Po – Podwodna Puszka Fanty
pl

Yes! This is a can of Fanta! No! This is not advertising for Fanta! And yes – you are absolutely right – this is a culinary artistic blog! So what is IT doing here after such a long silence???!!!

When I’m not creating art and when I’m not cooking – I dive. I just disappear into The Big Blue. And I do not have time to create, to cook, to write or even to think about all this “land-life-stuff”. And every year for few months I become A Fish. And I was thinking – should I explain my silence to you? Should I find perhaps better excuses than going to the underwater world? And I was waiting waiting and waiting. I wanted to find something that connects cuisine and art and diving. I really wanted to express myself, I really wanted to show you my three passions together. And finally I got it!

Yesterday morning I went for a dive and I found my “Absolutelly Full Underwater Fanta Can” on the sea bed at 10 metres deep! I do not drink Fanta, but it seemed a great occasion to write few words here. If Andy Warhol could make some art with Coca Cola bottles – why not me? If Andy could make art from the image of a can – then why not me?

andy warhol Green coca cola bottles 1962 oil on canvas
Andy Warhol, Green coca cola bottles, 1962, oil on canvas

The only difference I can find is that I had just ONE can. Not 32 or god knows how many. Just one. I decided to do not cook anything with its contents. Just drink it, post it and that’s it! At the end of the day it is a type of food!



ANDY WARHOL, BUTELKI, PUSZKI I NURKOWANIE

Tak! To jest puszka Fanty! Nie! To nie jest reklama Fanty! I owszem, macie zupełną rację – to jest kulinarno-artystyczny blog! To co do jasnej cholery TO robi tutaj???!!!

Kiedy nie tworzę, kiedy artystą nie jestem, kiedy nie gotuję – nurkuję. Po prostu zanurzam się głęboko w Wielki Błękit i nic mnie nie obchodzą przyziemne-naziemne sprawy. Nic a nic! Oddycham! Głęboko.

I tak czekałam. Czekałam. I czekałam. Szukałam okazji, by w końcu odezwać się, wytłumaczyć milczenie. Chciałam wytłumaczyć i połączyć trzy moje pasje: sztukę, gotowanie i nurkowanie. Szukałam. I znalazłam!

Wczoraj rano zanurzyłam się i na 10. metrach znalazłam moją „Przed I Po – Podwodną Puszkę Fanty”! Nie piję Fanty, ale uznałam to znalezisko jako cudowną okazję do odezwania się, do napisania słów kilku. Skoro Andy Warhol z butelkami Coca-Coli mógł? Skoro z puszką zupy mógł? To i ja mogę!

Jedyną różnicę, jaką odnajduję, jest liczba. Ja mam puszkę jedną. On 32 butelki Coca-Coli i cholera wie ile puszek zup! Po prostu wypić, wrzucić na bloga i to wszystko! Nie gotować! W końcu jest to płynne jedzenie samo w sobie (swego rodzaju materia żywieniowa)?

Dobranoc!

eng

 

About red currant ice cream, Joseph Beuys and summer buzz

above / powyżej: JOSEPH BEUYS “DOUBLE GOUACHE / PODWÓJNY GWASZ” 1959-1960


pl

This is the season for red currants, which can be quite difficult to love. They are not so sweet, they have millions of pips and they are not easy to buy. My neighbour has a few beautiful bushes in his garden and for several days I was trying to catch him there. Obviously he went somewhere, and I didn’t want just to go and take his precious currants. Finally I visited his wife and I could go and pick some red beauties. It seems to me that Toulouse Lautrec had to have some red currant bushes in his garden too, because he wrote the recipe for……………red currant salad. However – it was THE MOST BORRING RECIPE EVER*! Take currants, pour over sugar, eat. It more or less sounds like that! First of all – I do not follow any recipe exactly, I just can’t, even if I try sometimes. In the end I made Henri’s red currant salad frozen and in liquid form! It was fun, messy and all around me changed colour, into pink. Pink? Oh, pink certainly is not my favorite colour! However … it can be intriguing!

2015-06-27-red-currant-ice-

RED CURRANT ICE CREAM inspired by Toulouse-Lautrec

– 1 glass of red currants
– 2 very ripe bananas
– kirsch

A day before, peel very ripe bananas and slice them. Put into the freezer.

Squash red currants and wipe them through a sieve to separate the pips from the juice. You will end up with a beautifully deep red, velvety thick liquid. Blend the frozen bananas until smooth, add the red currant juice and a few drops of kirsch, just to add some flavour. Eat immediately or put into a silicon form and freeze it. Take out of the freezer about 1/2 hour before serving.

Yes, there is no sugar added. No cream nor milk. Nothing. Just the pure pleasure of fruit. You can prepare it for children not adding the kirsch. They will have no clue that there are eating only fruit! Just a small magic trick –  healthy ice cream? Yes!

2015-06-27-RCIC-2

Already having the red currant salad in frozen form made, some alcohol around (kirsch) and the colour pink in fifty shades, I decided to invite to my Red Currant Salad Event a special guest. An artist who’s art is not easy for me. And never was. Do I like him? The truth is – sometimes. Sometimes I do not. Do I belive in his art? I’m not so sure. But I’m addicted to his greys, to his love for felt and I find his pink gouache a very acurate and intriguing art work for this recipe.

Once upon a time, many years ago, I went to the Spanish coast to start my new life. A few days after me, my girl friends joined me. We lived in small tiny flat next to the beach and we were the most happy girls in the world. Beach, parties, relaxing, good food and great drinks. However – one day we felt tired of wine and we wanted to drink something different. We bought fresh coconut, pineapple and a bottle of rum. Easy peasy lemon squeezy! I was in charge of putting all the ingredients into a blender and mixing them. First – fruit, after – alcohol. Ooooo, not sweet at all! Sugar needed urgently! White stuff in, blend, try……………Pour everything, but really EVERYTHING, into the sink!!! Yes, I put … salt instead of sugar!!! A whole litre of rum wasted!!! What a nightmare!!! But it was the beginning of my Spanish life and I didn’t realize that Spanish salt has bigger grains than sugar, not like in Poland. And all of us we learn from our mistakes… Don’t we? (But why? Why a whole litre of rum?!).

After that story I learned not only the difference between Polish and Spanish sugar/salt, but I learned a lot more. About great summer buzzes too. And I started to love mixtures of fresh fruit juices with cava (Spanish sparkling wine). However this time I’m in France without the cava, but with prosecco (Italian sparkling wine), which I adore.

RCL 1 DSC_6873

RED CURRANT SALAD IN LIQUID inspired by Toulouse-Lautrec and Joseph Beuys

– 1 prosecco or cava or champagne
– red currants
– honey (agave syrup for a vegan option)
– splash of kirsch

Make the red currant juice as above. Add honey to your taste. Mix it with prosecco/cava or champage. Add a splash of kirsch. Serve in very cold glasses, preferably with ice cubes. Enoy your happy summer days!


JOSEPH BEUYS, CZERWONE PORZECZKI I COŚ MOCNIEJSZEGO NA LATO

Sezon na czerwone porzeczki uważam za rozpoczęty już jakiś czas temu, odkąd przyuważyłam u sąsiada pięknie czerwieniące drobiny na krzakach. Zamarzyłam. Zapragnęłam, choć przecież miłość to trudna. One – niesłodkie, z obrzydliwymi okropnymi ohydnymi milionami małych wrednych pestek, trudne do kupienia, takie niedoceniane, gdzieś tam zagubione wśród truskawek, jagód czy malin. Ale mocne! Wyraźne, głębokie! Zupełnie w końcu obłędnie uzależniające!

Podejrzewając, iż Henri Toulouse-Lautrec sam w ogrodzie czerwone porzeczki posiadał, udałam się do sąsiada „po prośbie”. On sam wybył, pozostała żona. Za jej zgodą udałam się w stronę krzaków i radośnie rwałam, rwałam, rwałam. Nieświadomie, że już niebawem świat mój zaróżowi się pięćdziesięcioma odcieniami niezbyt lubianego koloru, który jednak odpowiednio użyty może stać się bardzo intrygującym i akuratnym!

Oto historia Najnudniejszego Przepisu Świata. Toulouse-Lautrec rekomenduje zasypać porzeczki cukrem i cieszyć się tak powstałą … sałatką!

NAJNUDNIEJSZA SAŁATKA ŚWIATA wg Toulouse-Lautrec’a*
czerwone porzeczki
cukier

Postanowiłam pójść nieco dalej i stworzyłam dwie sałatki z czerwonych porzeczek – pierwszą w stanie mrożonym, drugą w stanie płynnym (dla dorosłych).

SAŁATKA Z CZERWONYCH PORZECZEK W STANIE MROŻONYM,
inaczej zwana Lodami Z Czerwonych Porzeczek, zainspirowana Toulouse-Lautrec’iem

– 1 szklanka czerwonych porzeczek
– 2 bardzo dojrzałe banany
– kirsch

Dzień przed przyrządzaniem lodów obierz banany, pokrój na plasterki i włóż do zamrażalnika.

Rozgnieć czerwone porzeczki i przetrzyj przez sito, oddzielając pestki od soku. Zmiksuj banany na gładką masę, dodaj porzeczkowy sok i odrobinę kirsch’u do smaku. Serwuj od razu lub włóż do foremek i zamróź. Wyjmij z zamrażalnika ½ godziny przed podaniem.

Jeśli masz gdzieś w pobliżu dzieci, które nie przepadają za owocami – nie dodawaj alkoholu i serwuj im zdrowy deser bez cukru, bez śmietany, bez mleka – ot Deser Idealny!

Mając już jedną „sałatkę” gotową, mając już odrobinę alkoholu w pobliżu ( w tę rolę wcielił się kirsch) oraz mając różu poza dziurki w nosie, postanowiłam zaprosić na mój Porzeczkowy Wieczór specjalnego gościa – artystę, którego sztuka nigdy dla mnie łatwą nie była. Czy go lubię? Czasami. Czy wierzę w to, co tworzył? Nie jestem taka pewna. Ale wiem, że już dawno temu uzależniłam się od jego szarości, pokochałam filc i zauroczyłam się różowawmi plamami (patrz: praca powyżej). Oto Joseph Beuys!

Dawno dawno temu, kiedy rozpoczynałam nowe życie w Hiszpanii, odwiedziły mnie przyjaciółmi i miałyśmy przepiękne błękitne lato, będąc najszczęśliwszymi istotami pod słońcem. Razu pewnego, zmęczone piciem wina, postanowiłyśmy napić się czegoś specjalnego. Dziewczęta pobiegły żwawo po kokosy, ananasy i rum. Ja wcieliłam się w rolę barmana i odpowiedzialna byłam za przygotowanie owoców, zmiksowanie i zmieszanie z alkoholem. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu, gdy okazało się, że cukier jest nagle bardzo potrzebny. Dodałam, spróbowałam. I … wylałam CAŁOŚĆ do zlewu!!! Taaaaaaaaaaak, zamiast cukru dodałam … soli, która w Hiszpanii bardzo często jest większa od cukru, czyli odwrotnie niż w Polsce. Cóż, człowiek uczy się na błędach, choć muszę szczerze przyznać, że trudno było nam się pogodzić ze stratą litra rumu!

W późniejszych już czasach rozsmakowałam się w mieszankach świeżych soków z hiszpańską “cava” (hiszpańskie wino musujące). Stąd też zaczerpnęłam inspirację do płynnej sałatki z czerwonych porzeczek, mimo iż aktualnie nie przebywam w Hiszpanii, a we Francji, nie mam cavy ani szampana, lecz prosecco (włoskie wino musujące).

SAŁATKA Z CZERWONYCH PORZECZEK W PŁYNIE,
zainspirowana Toulouse-Lautrec’im i Joseph’em Beuys’em

– 1 prosecco / cava / szampan
– czerwone porzeczki
– miód (opcja dla wegan: syrop z agawy)
– odrobina kirsch’u

Zrób sok z czerwonych porzeczek jak w przepisie na porzeczkowe lody. Dodaj miodu do smaku. Wymieszaj z bardzo wyziębionym prosecco/cavą czy szampanem. Podawaj w schłodzonych kieliszkach, najlepiej z lodem. Rozkoszuj się latem, pij z umiarem!

eng

 

Whistler’s Mother, Mother’s Day, Tim Berg with Rebekah Myers and pistachio ice cream

above / powyżej: TIM BERG + REBEKAH MYERS “ENJOY IT WHILE IT LASTS / CIESZ SIĘ PÓKI TRWA”, lacquered wood / lakierowane drewno, 2007; from / z https://deanproject.com/artists/tim-berg-rebekah-myers/


Whistlers-Mother-700
James McNeill Whistler, Whistler’s Mother (Arrangement in Grey and Black No.1) / Matka Whistlera, 1871
pl

Today in Poland we celebrate Mother’s Day. Therefore I have decided to show you a beautiful painting by James McNeill Whistler – the portrait of his mum painted in 1871. The first time I saw this huge oil painting was many years ago in Paris in the Musée d’Orsay. I stood spellbound. I forgot about the whole world. Those grey colours, those blueish dark shadows… And all of those feelings behind it. Mum – I love you! Thank you for everything!

TIM BERG + REBEKAH MYERS “ENJOY IT WHILE IT LASTS / CIESZ SIĘ PÓKI TRWA” detail / detal; from / z https://deanproject.com/artists/tim-berg-rebekah-myers/

I wanted to do a special dessert, dedicated to all mums around the world. And I was thinking – what do all of us (almost all) like? What treat is so special? Ice cream! I always thought that we enjoy them so much because they give us magical moments when we become children once again. This is a moment of pleasure which doesn’t last long.

I have loved ice cream ever since I can remember. I grew up in a communist country and in those days we had nothing. Shops were empty, you could only buy … vinegar (!). But occasionally we could buy some ice cream after queuing for a few hours, it was a real treat! But, to be honest, they weren’t any good. Just something sweet and cold. Normally they were vanilla or cocoa (yes, cocoa not chocolate) flavoured, without any vanilla of course. When communism died a not so natural death in Poland we started to have more ice cream shops and more ice cream flavours. Strawberry, lemon, caramel and “malaga” (rum and raisin without any rum). Still nothing exiting.

When I was 15 I went for the first time to France (yes, with my Mother).

– “You can have as many ice creams as you can eat my darling” – she said.

So I did. I bought the biggest ice creams you could imagine. All flavours – melon, blackberry, kiwi, stracciatella, salted caramel, cherries, walnut, hazelnut, chocolate and God knows what else. Including pistachio. Since that day I have understood what heaven means to me. Then I started to try pistachio ice cream everywhere and made a private competition listing them from best to worst. Sometimes they were awful, almost inedible, just green frozen horrible stuff. Sometimes they were almost orgasmic. For years the leading light was a small “gelateria” in Eivissa town (Ibiza). For the last one and a half years I have struggled to decide between two others – in Bergamo and in Barcelona. Finally “DeLaCrem” in Barcelona won with its  Italian artisan ice cream maker – Massimo Pignata. Grazie mille!

Unfortunately I don’t live in Barcelona and I can’t go every day to DeLaCrem, so I had to make the pistachio ice cream myself. And it didn’t last long.

pistachio-ice-cream-3
pistchio-diptych

PISTACHIO ICE CREAM

150g pistachios
1/2 l milk (I used sheep’s milk)
2 tbs corn starch (I used Polish potatoe starch)
70g sugar

Boil some water and blanch shelled pistachios (put them into the boiling water for about 2-3 minutes). Drain them and take off the skins. Then blitz in a food processor until smooth, adding a splash of water. You should obtain a nice paste.

Mix the potato starch with half the milk. Warm the rest of the milk in a small pan, adding sugar until it is desolved. Slowly pour into it the mixture of starch and milk. Stir gently until it thickens. Remove from heat and chill well.

When cold mix it with the pistachio paste and pour into the ice cream machine (use it according to the machine’s instructions). Freeze it or eat at once. With your mum of course!



JAMES McNEILL WHISTLER, TIM BERG, REBEKAH MYERS, DZIEŃ MATKI I LODY PISTACJOWE

Dzisiaj Dzień Matki, zdecydowałam się więc zaprezentować jeden z moich ulubionych obrazów – “Matka Whistler’a” z 1871 roku, znany również jako “Aranżacja szarości i czerni nr 1”. Pamiętam jak dziś, kiedy ujrzałam ten ogrom szarości i niebieskich cieni lata temu w paryskim Muzem d’Orsay. Stanęłam zaczarowana. I tak stałam. Stałam. Stałam. A czas płynał, jak to ma w swoim zwyczaju. James McNeill Whistler zaczarował mnie, oczarował, obsypał magicznym pyłem. Te uczucia, ten związek, ta relacja między dzieckiem a matką! Mamo – kocham Cię i dziękuję za wszystko!

Z okazji Ważnego Święta i ku zapomnieniu szału (politycznego) ostatnich dni, chciałam zrobić deser. Specjalny. Matczyny. Zadedykowany wszystkim mateńkom tego świata. A cóż kochamy prawie wszyscy? Lody, oczywiście lody! Myślę, że ta miłość to podziękowanie za kilka krótkich chwil Absolutnej Przyjemności i powrotu do Kraju Dzieciństwa. Minuta, dwie i bańka pryska, topi się…

Kocham lody odkąd pamiętam. I mimo wychowania w komunie, a może dzięki temuż, wspominam nawet ohydne mrożone paskudy z sentymentem. Z trudem wystane w kolejce waniliowe bez wanilii i kakaowe, mające być namiastką czekoladowego marzenia. Kule lub kostki. Wraz z niezupełnie naturalną śmiercią komunizmu narodziła się nowa era lodowa. Kolejne lodziarnie. Nowe smaki. Karmelowe, truskawkowe razem z cytrynowymi, malaga z rodzynkami, ale bez rumu. Niestety nadal mało interesujące. Świąteczne, owszem, ale bez ochów i achów.

I tak do momentu, gdy mając lat 15 pojechałam po raz pierwszy do Francji (z Mateczką oczywiście, bo w końcu to matczyny ma być post), a Szanowna Pani Matka oznajmiła:

„Dziecko, możesz kupić sobie tyle lodów, ile jesteś w stanie zjeść.”

Uczyniłam, co było nakazane. Tyyyyyyyyle. I o wszystkich smakach. Melonowe, jeżynowe, o smaku kiwi, stracciatella, słonego karmelu, wiśniowe, orzechowe, laskowe, czekoladowe i jakie tylko istniały. Również pistacjowe, które od tego czasu stały się moją obsesją i dla których stworzyłam osobistą listę rankingową. Na samym jej szczycie przez lata figurowała niewielka lodziarnia z Ibizy. Jednak półtora roku temu została zdetronizowana – do wyboru (bardzo trudnego zresztą) miałam lodziarnię z włoskiego Bergamo i lodziarnię z Barcelony. W końcu po wielu żmudnych próbach pełnych poświęceń wygrała barcelońska DeLaCrem, ale z włoskimi korzeniami, ponieważ rzemieślnikiem lodowym jest Włoch Massimo Pignata. Grazie mille!

Niestety nie mieszkam w Barcelonie i niestety (a może na szczęście?) nie mogę chodzić każdego dnia do DeLaCrem. Postanowiłam więc zrobić lody pistacjowe i od razu je zjeść!

LODY PISTACJOWE
150 g pistacji
½ litra mleka (użyłam owczego)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
70 g cukru

Zagotuj wodę i zblanszuj obrane orzechy pistacjowe (czyli wrzuć je do gotującej się wody na 2-3 minuty). Odcedź i obierz ze skórek. Zmiksuj na pastę, dodając odrobinę wody.

Wymieszaj mąkę ziemniaczaną z połową mleka. Drugą połowę zagotuj. Dodaj powolutku miksturę mąki ziemniaczanej i mleka, ciągle mieszając, aż zgęstnieje. Odstaw. Wystudź.

Do zimnej masy dodaj pastę pistacjową i dobrze wymieszaj. Przełóż do maszynki do robienia lodów i postępuj zgodnie z instrukcją (nie zapomnij wstawić maszynki dzień wcześniej do zamrażalnika!). Gotowe lody zamróź lub jedz od razu, z mamą oczywiście!

eng

 

About fava beans and The Silence Of The Lambs

above / powyżej: FAVA BEANS / BÓB by Cuisine And Art


pl

Every country has his own customs, even if you think about fava beans, or broad beans if you prefer. I grew up with the belief, that fava beans grew in small plastic bags! I always saw them already out of their pods and sold ready packed. Half or one kilo, plus perhaps a gram of plastic, tied in a knot at the top. You opened it and there was a strange smell of sweaty fava beans. No, I prefer to use “broad” here, it seems more sweaty and not so sophisticated as “fava”. Anyway, I ate them perhaps once a year, cooked, salted, with a little butter and sometimes chopped parsley or dill. I was never waiting for the right season, I never dreamt about them and I could easily live without them.

Until … I saw them in Catalonia for the first time in their pods (which you can eat too, when they are very young). It was about ten years ago in a small village market, on the beautiful Mediterranean coast. And … I didn’t recognise them! I had no clue what I was staring at! I had no idea what “habas” meant! So of course I bought them and asked a friend to explain to me what they were and what to do with them. And … I fell in love with fava beans! Catalans and the Spanish like fava beans with a little olive oil, garlic and sometimes with small cubes of fried jamón (dry-cured ham) or chorizo (sausage with paprika). Usually they are served as tapas and you can enjoy them with wine or beer. Pure and simple with a richness of flavours!

fava-beans2-diptych

You can prepare your own fava bean party – buy a few kilos of fava beans in their pods, add a few bottles of wine (a nice Chianti, maybe), invite friends to enjoy with you the hard job of shelling (hulling? peeling of husks? unpodding? depodding?) They can work, and then you can prepare your feast together! And when you start to eat the fava beans there will be silence. A silence of pleasure, sometimes interrupted by murmurs of delight.

Toulouse-Lautrec used to prepare broad beans in a different way – with cream.

FAVA BEANS WITH CREAM (inspired by Toulouse-Lautrec, Joyant)

1kg fava beans (without husks)
green onons or Catalan “calçots” (a type of scallion or green onion from Catalonia)
salt, pepper
olive oil
fresh cream
1/2 lemon + lemon zest

Heat the frying pan, put in some olive oil, add broad beans and fry them for about 1-2 minutes, adding a little splash of water. Season with salt and pepper. Set aside. Pour fresh cream into the frying pan, add salt and lemon juice. Let it warm and reduce a little. Pour it onto a plate. On the top put fava beans, chopped green onons or calçots (if you are in Catalonia now) and lemon zest.

But … if you really want to impress your friends you will need to put yourself out and prepare:

THE LAST “SILENCE OF THE LAMBS” SUPPER
(OR FAVA BEANS WITH LIVER AND CHIANTI)

Rules:
1. Find a field with lambs.
2. Convince Anthony Hopkins to come (if that’s not possible – you will need a projector).
3. Don’t tell your guests what kind of liver you are going to eat!!! Just smile cryptically, remembering that silence is golden!

Ingredients:
1/2 kg lamb liver
1/2 kg fava beans (without shells/unshelled)
2 onions
2 cloves garlic
2 bay leaves
salt, black pepper
Chianti

Slice the onions and fry them gently in olive oil, adding some salt and bay leaves. When the onions are beautifully golden add the lamb liver. Fry until brown. Add the fava beans. Season well. Splash in a little Chianti and wait a minute or two. Serve with more Chianti in a field with the lambs for company (of course they will be quiet, knowing that you are going to eat the livers of their family and friends). When you finish Anthony Hopkins should have the last word at your Last Supper. If that’s not possible you can project as below:

“I ate his liver with some fava beans and a nice Chianti.” / “Właśnie zjadłem jego wątrobę z bobem i popiłem wybornym Chianti.”

P.S. A few days ago, by pure chance, I discovered the great vegan cookbook “Jadlonomia” written by Marta Dymek from Poland, where there is a recipe for fava bean husks baked on a bed of salt. A great idea to use that which we normally discard! I just had to write about it. Marta also has a fantastic blog www.jadlonomia.com. And even if you do not speak Polish* (not yet!) – you can enjoy looking at the photos and I assure you – you will become very HUNGRY!

jadlonomia marta dymek

* Marta Dymek cookbook is available now in German -“Zufällig vegan



O BOBIE I MILCZENIU OWIEC

Co kraj to obyczaj, nawet jeśli chodzi o … bób! Ba! Nawet jeśli chodzi o jego nazwę czy nazwy! Otóż w Polsce bób to bób i basta! W Wielkiej Brytanii natomiast określany jest zamiennie jako „fava beans” oraz „broad beans”. „Fava” brzmi bajecznie, wytwornie, unosi się gdzieś elegancko w przestworzach. „Broad” bardziej przyziemnie zerka gdzieś spocone, znużone, przybrudzone. Tyle gwoli wyjaśnienia.

Jako dziecię, rosnąc w Polsce, byłam święcie przekonana, że bób rośnie w plastikowych przezroczystych torebkach. Zawsze, ale to naprawdę zawsze, widywałam go właśnie w takiej postaci. Nie żadne strączki, natura, urok. Napchany, pozbawiony ochrony wszelakiej, duszący się własnym zapachem, odgrodzony od świeżego powietrza kilogram lub pół, szczelnie zamknięty mocnym supłem plastiku. Nie przepadałam za bobem, nie uwodził mnie, nie tęskniłam więc i nie wyczekiwałam. Spocone ziarna z oblepiającym odorem duchoty. Zjadałam więc bób klasycznie – raz do roku z masłem i ewentualnie natką pietruszki czy koperkiem, mogąc zapomnieć o nim na kolejnych dwanaście miesięcy.

Wszystko zmieniło się, gdy razu pewnego udałam się na kataloński niewielki ryneczek, gdzieś u wybrzeży śródziemnej błękitnej wody. Zobaczyłam ogromne zielone strąki czegoś, czego zupełnie nie znałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie znałam również hiszpańskiego słowa „habas”. Od razu więc zakupiłam siatę całą i pognałam do katalońskiej przyjaciółki, która szybko wyjaśniła mi wszystko. Moje zdziwienie nie miało granic. Radość również, bo okazało się, że samo obieranie jest wyjątkowo łatwe, a przyrządzanie bardzo szybkie. Oliwa, czosnek i ewentualnie „jamón” (suszona szynka) lub „chorizo” (kiełbasa z papryką). Do tego wino i już! Pyszności! Poza tym można również przyrządzić same łupiny, ale muszą być bardzo młode.

O tej porze roku polecam więc imprezę z bobem w roli głównej. Bobem po polsku, hiszpańsku czy według receptury Toulouse-Lautrec’a, w której to bób podawał ze śmietaną.

BÓB W ŚMIETANIE (inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)
1 kg obranego bobu
młode cebulki z zielonymi pędami lub katalońskie “calçots” (gatunek niewielkich cebul, uprawianych w Katalonii, podobnych do szczypioru lub młodych porów)
sól, pieprz
oliwa z oliwek
kwaśna śmietana
sok i skórka z ½ cytryny

Rozgrzej patelnię, wlej odrobinę oliwy z oliwek. Dodaj bób i smaż go przez minutę lub dwie, dodając trochę wody, by wytworzyła się para. Dopraw solą i pieprzem. Odłóż na bok. Na patelnię wlej kwaśną śmietanę, dodaj sól i sok z cytryny. Podgrzej i poczekaj aż się zredukuje. Wlej na talerz. Połóż bób, posiekane cebulki z pędami (jeśli jesteś w Katalonii o odpowiedniej porze roku – calçots) i posyp startą skórką z cytryny.

Ale jeśli naprawdę chcesz zaimponować swoim gościom, jeśli pragniesz, by zapamiętali Twój posiłek do końca życia – oto receptura:

OSTATNIA WIECZERZA MILCZENIA OWIEC
CZYLI BÓB Z WĄTROBĄ JAGNIĘCĄ I CHIANTI

Zasady:
1. Kolacja musi odbyć się na polu lub łące w otoczeniu owiec.
2. Należy przekonać Anthony Hopkins’a, by przybył na kolację jako Gość Honorowy. W przypadku niemożliwości tegoż, należy zorganizować projektor.
3. Pod żadnym pozorem nie mówić nikomu, ale to naprawdę NIKOMU, czyją wątrobę będziecie jeść. Jeśli ktoś z gości zapyta – należy uśmiechnąć się tajemniczo, pamiętając, iż milczenie jest złotem.

Składniki:
½ kg wątroby jagnięcej
½ kg bobu (bez łupin)
2 cebule
2 liście laurowe
sól, pieprz
wino Chianti w ilości nieograniczonej

Pokrój cebulę w plasterki i podsmaż na oliwie z oliwek, dodając odrobinę soli oraz liście laurowe. Kiedy cebula będzie zeszklona, dodaj pokrojoną wątróbkę i smaż, aż będzie złocista. Dodaj bób. Przypraw. Wlej odrobinę wina (jeden kieliszek lub pół) i odczekaj minutę albo dwie, aż odparuje. Podawaj razem z winem Chianti na łące lub polu wśród owiec, które z pewnością będą milczeć, czując intuicyjnie, że zjadacie wnętrzności ich braci i sióstr. Kiedy skończycie waszą Ostatnią Wieczerzę, ostatnie słowo wygłosi Anthony Hopkins. Gdyby Go jednak zabrakło, należy wyświetlić ten oto fragment (Milczenia Owiec), który znajduje się powyżej (w tekście po angielsku).

P.S. Kilka dni temu, zupełnie przypadkowo natrafiłam na fantastyczną książkę kucharską autorstwa Marty Dymek – „Jadłonomia”, w której Marta przygotowuje łupiny bobu pieczone na soli. Nie mogłabym o tym odkryciu nie wspomnieć – świetna wegańska książka, świetny wegański blog www.jadlonomia.comPolecam! Z uśmiechem, słońcem, radością życia i spożywania!

eng

 

And after eating …

above / powyżej: TOULOUSE-LAUTREC DEFECATING / TL ROBIĄCY KUPĘ by MAURICE JOYANT, 1898


pl

Henri Toulouse-Lautrec not only made a cook book with Maurice Joyant. Once upon a time they went to the beach and Maurice took some pictures of Henri, which were published afterwards as postcards…

Toulouse-Lautrec defecating / TL wypróżniający się by Maurice Joyant, 1898


O TYM CO PO (JEDZENIU)

Henri Toulouse-Lautrec nie tylko stworzył z Maurice Joyant’em książkę kucharską. Razu pewnego roku pańskiego 1898 obaj panowie udali się na plażę, by zrobić zdjęcia, które później zostały opublikowane w formie kartek pocztowych…

eng

 

About black squid ink burger with wild asparagus, Andy Warhol and Claes Oldenburg

above / powyżej: CLAES OLDENBURG “TWO CHEESEBURGERS WITH EVERYTHING (DUAL HAMBURGERS) / DWA HAMBURGERY ZE WSZYSTKIM”, 1962


pl

(Catalonia part 2.)

“There is nothing to eat.” – I often say, spending a few minutes with the fridge fully open. “Nothing!” – I repeat almost crying. “Let’s find some food!”.

Catalans are people full of passion. In spring and autumn there is a passion for foragaing. September and October mean mushrooms, which is similar to Poland’s national obsession. The springtime is really busy too. Young and old, men and women, all of them go for walks. Slowly, without any rush, carefully searching amongst grass, bushes and trees. In their hands they gently hold the green treasure – wild asparagus! Thin, green and excellent! Of course you have to know where to go, you have to know the right places, but when you spot the first one – you are hooked, you are already addicted to this Catalan hunting game! Imagine my surprise when once upon a time, on the busy road to Barcelona, with even busier ladies on white plastic chairs at the roadside, an older couple suddenly appeared before my eyes! They didn’t look like “regular clients”. Certainly not! And in that moment I spotted few long green stems in their hands. Wild asparagus – they can be everywhere!

I decided to go to the coast to have an opportunity to visit small beaches aswell. But surprisingly I found myself in the middle of the forest, surrounded by … 12, TWELVE!, semi naked young men and it wasn’t a dream! Yes … asparagus hunting can an adventure…

BLACK SOBRASADABURGERS WITH WILD ASPARAGUS

– black squid buns
– wild asparagus
– sobrasada de Mallorca

Black squid buns:
– 500 g strong white flour
– 10 g instant yeast
– 30 g butter
– 20 g sugar
– 300 ml luke warm water (it is possible that you would need more or less water, it depends on the flour)
– salt
– squid ink
– white seasame seed for sprinkling

1. Put the flour into a large bowl, add the salt to one side of the bowl and the yeast to the other. Add the sugar, the butter and half of the water. Mix it. Continue to add water little by little, add the squid ink until you obtain a beautiful rich black colour. You may need to add more water or more flour, as you want to have a soft dough, not soggy. Take the dough out of the bowl and continue mixing on a work surface. Knead it for about 10 minutes till smooth and silky. Put the dough into a lightly oiled big bowl and cover with a tea towel for about 1 hour, or possibly up to 2 hours. It has to rise well, approximately double in size.

2. When that happens tip the dough onto a floured surface and knead it one more time really well. Divide into 10 or 12 pieces. Form the balls. Place them into a baking tray, leaving quite big spaces between them. Sprinkle with sesame seeds. Cover with lighty oiled cling film and leave to rise again, for about 1 hour.

3. Put the baking tray, without the cling film, into a preheated oven, 210°C, for about 30 minutes until they sound hollow when tapped on the bottom.

In the meantime prepare the asparagus. Wash them. Cut off the stringy stalks. Heat some olive oil in a frying pan. When it is ready put in the wild asparagus and splash some water to create steam. Wait a minute until they change colour to vivid green. Add water if needed, but reduce it to have a small amount of tasty sauce. Sprinkle with salt.

Cut the bun into halves. Spread with sobrasada de Mallorca, which is a cured sausage paste from the Balearic Islands made with ground pork and paprika. Top with wild asparagus and EAT! Your not−so−fast food is ready! But if you do not want to bake your own buns, you have time and you want to have Great Fun − just fly to Barcelona or Girona and find a bakery with black buns made with squid ink. Treat them as you want. Make your own sandwich, make your own burger, sobrasadaburger, hamburger or cheesburger. Treat them as a fast food, but in a slow way. Or even make a movie, as Jørgen Leth did in 1982, filming Andy Warhal eating a burger for 4 minutes.

Andy Warhol eating a hamburger / Andy Warhol jedzący hamburgera; 1982 by Jørgen Leth

“My name is Andy Warhol and I just finished eating a hamburger”



(Katalonia część 2.)


CZARNE BURGERY, DZIKIE SZPARAGI, ANDY WARHOL I CLAES OLDENBURG

“Nie ma nic do jedzenia!” – to częste zdanie, które wypowiadam, wietrząc lodówkę i prawie zanosząc się cichym płaczem. „Nic!” – szlocham. „Trzeba wyruszyć na poszukiwania!”

Katalończycy to ludzie pełni pasji. Wiosną i jesienią zajmują się zbieractwem. We wrześniu i październiku masowo poszukują grzybów, zupełnie jak w Polsce (zresztą Hiszpanie nazywają ich właśnie „Polakami”!). Wiosenna pora również służy narodowych zrywom. Poszukiwacze młodzi i starzy. Kobiety i mężczyźni. Wszyscy, jak jeden mąż, powolutku przemieszczają się wśród traw, krzewów, lasów, prawie bezszelestnie. Jakby bali się ściągnąć na siebie uwagę innych. W sekretnych miejscach godzinami wypatrują. Z dumą potem wracają ścieżynami z zielonymi pękami, chudymi bukietami … dzikich szparagów. Ba, oczywiście trzeba znać miejsca sekretne, trzeba mieć dobry wzrok lub świetne okulary. Można mieć przy sobie odpowiednio wytresowanego potomka. Gra, w każdym razie, warta jest świeczki! I jeśli uda nam się zauważyć pierwszego szparaga – przepadliśmy, stając się częścią grupy poważnie uzależnionych Katalończyków!

Razu pewnego jakież było moje zdziwienie! Ruchliwa droga do Barcelony. Po bokach, przy leśnych dróżkach, plastikowe białe krzesła i siedzące na nich panie. Lub zaraz mające usiąść. Niedaleko nich … para staruszków, zupełnie wyglądających jak nie z tej bajki! Zupełnie nie z tej! Ale ale … i w tym momencie zrozumiałam, mój wzrok zatrzymał się na niewielkim bukiecie szparagów… Cóż, każde miejsce jest dobre.

Zdecydowałam się więc pójść na wyprawę. Niedaleko wybrzeża, by móc zahaczyć o jakąś pustą, małą plażę. Nagle, zupełnie niespodziewanie, znalazłam się jednak w środku lasu, otoczona … 12, DWUNASTOMA!, półnagimi młodymi mężczyznami! I nie był to sen! Jak widać poszukiwanie/zbieranie (do wyboru) dzikich szparagów może być wyjątkową przygodą…

CZARNE SOBRASADABURGERY* Z DZIKIMI SZPARAGAMI

– czarne miękkie bułki, zrobione z atramentem kałamarnicy

– dzikie szparagi

– sobrasada de Mallorca*

* sobrasada de Mallorca – podobna do polskiej metki, ale z dużą ilością papryki, która nadaje jej fantastyczny pomarańczowy kolor, typowa dla kuchni Majorki

Czarne bułki:
– 500 mąki
– 9-10 g drożdży w proszku (zależy od opakowania)
– 30g masła
– 20g cukru
– 300ml letniej wody (być może miej lub więcej, ilość wody zależy od mąki)
– sól
– atrament kałamarnicy
– biały sezam do posypania

1. Wsyp mąkę do dużej miski, dodaj sól po jednej stronie i drożdże po drugiej (tak, by się nie dotykały). Wsyp cukier, masło i połowę wody. Wymieszaj. Kontynuuj, dodając powoli wodę oraz atrament, aż do uzyskania głębokiego czarnego koloru. Być może będziesz potrzebować większej ilości wody lub większej ilości mąki. Masa ma być elastyczna i miękka. Wyłóż ciasto na blat i wyrabiaj do momentu, gdy przestanie kleić się do rąk. To potrwa mniej więcej 10 minut. Odłóż je miski, wysmarowanej lekko oliwą, przykryj folią kuchenna lub ręcznikiem i odstaw na mniej więcej godzinę do wyrośnięcia. Ciasto powinno podwoić swą objętość, jeśli nie – odstaw na kolejną godzinę. Pamiętaj, że lubi ciepło i nie toleruje przeciągów.

2. Wyrośnięte ciasto wyłóż na blat i ponownie wyrabiaj. Podziel na 10-12 równych części i uformuj bułeczki. Posyp ziarnami sezamowymi i połóż na blasze do pieczenia, wyłożonej papierem do pieczenia. Zakryj folią spożywczą, lekko wysmarowaną oliwą (by nie przywarła do bułek) i odstaw na kolejną godzinę.

3. Wstaw blaszkę z bułkami (bez folii) do rozgrzanego piekarnika do 210°C. Piecz przez mniej więcej 30 minut, aż do momentu, gdy uderzając w dół bułki usłyszysz głuchy dźwięk, jakby echo. W międzyczasie przygotuj szparagi. Umyj je i odetnij zwłókniałe łodygi. Postaw patelnie na gazie, rozgrzej, dodaj odrobinę oliwy z oliwek. Wrzuć szparagi. Wlej odrobinę wody, by stworzyła się para. Poczekaj minutę, aż szparagi zaczną zmieniać kolor na żywy zielony. W razie potrzeby dodaj trochę wody, ale odczekaj by odparowała – potrzebujesz tylko odrobin „sosu”. Gotowe. Jeszcze tylko odrobina soli.

Przekrój bułkę na dwie części. Posmaruj sobrasadą. Połóż szparagi. JEDZ! Twój nie-tak-szybki-fast-food jest gotowy!

Oczywiście jeśli nie masz ochoty na pieczenie czarnych bułek i poszukiwanie atramentu z kałamarnic, jeśli masz czas i chcesz przeżyć cudowną przygodę – leć do Barcelony lub Girony, znajdź piekarnię, robiącą pieczywo z atramentem i stwórz swój własny burger – sobrasadaburger, cheeseburger, hamburger. Taki, jaki tylko chcesz! A nawet zrób o tym film, jak Jørgen Leth w 1982, nakręcając Andy Warhol’a … jedzącego burgera i mówiącego na końcu:

Nazywam się Andy Warhol i właśnie zjadłem hamburgera.”

Film trwa cztery minuty i możesz go zobaczyć powyżej.

kadr z filmu “Andy Warhol jedzący hamburgera”; 1982 Jørgen Leth
eng

About artichokes and Catalonia

above / powyżej: ARSHILE GORKY “THE LEAF OF THE ARTICHOKE IS AN OWL / LIŚĆ KARCZOCHA JEST SOWĄ”, 1994 (from / z the MOMA collection)


pl

I remember really well when I went for the first time to Catalonia, Catalunya as Catalans say. It was more than 20 years ago. We went by car. A few thousand kilometres. We stopped after crossing the border with France and we opened the car door. I remember the hot air like it was yesterday and this amazing feeling of being at home. Finally I had found The Place – my place on Earth. I just knew it! And still I’m so exited when I cross that same border.

I love Catalunya’s land and sea, I love the Catalan language and people, I love their food and their wine. So I’ve decided to dedicate the next few posts to that land. ¡Visca Catalunya!

Catalunya is divided into a few regions, of which my favourite is Empordà, especially Baix Empordà. You can just walk around there, walk and walk. Watching the sea, visiting small empty beaches, swimming, diving. Having great coffee in any bar. Eating beautiful Catalan food, which often combines seafood with meat, it’s called mar i muntanya (sea and mountains). You can eat the freshest fish you can imagine, the freshest seafood. Fantastic olive oil (Catalans don’t use a lot of butter, but olive oil? I assume they are addicted to it!). Plus great wine and cava (sparkling wine). Local, seasonal fresh food. Including now, in spring time, the most beautiful veg to me – artichokes. They look quite strange. Even the spiky bushes do not look so inviting. Not so friendly. Like they want to protect themselves, saying “We’re inedible!”. But they are, of course! And yes, to be honest – I wasn’t the biggest fan of their flavour. Until a Catalan friend of mine prepared some fried artichokes, teaching me how to treat these beasts. After that I discovered Toulouse-Lautrec used to fry these veg too, but in different style. So I made my own version.

ARTICHOKES WITH OLIVE OIL, GARLIC AND BAY LEAVES
(inspired by Toulouse-Lautrec, Joyant)

– artichokes
– olive oil
– garlic (I used pink garlic from region Lautrec – ail rose de Lautrec)
– bay leaves (preferably fresh)
– sea salt

First of all you have to prepare the artichokes. They have to be firm, not sharp at the top of the flower, just so beautiful that you are smiling. Cut the stem, the top and take out the outer leaves. You end with a small firm piece of artichoke. Probably very small, but amazingly tasty. Put it in cold water for about 1 hour. Cut into four. Henri took out the choke – the hairy piece inside of the artichokes, but I personally like them. They add different texture and they look a little scary too.

In a deep pot or frying pan, heat a glass of olive oil. When it is very hot throw in the pieces of artichoke, cloves of garlic (with skin) and bay leaves. Wait till the artichokes are more than gold, an almost dark brown colour. Take them out, put on some kitchen paper to absorb the oil. Sprinkle with sea salt. Eat as a starter or tapa with cold beer or wine.



KARCZOCHY I KATALONIA

Pamiętam bardzo dokładnie moją pierwszą wizytę w Katalonii. Ponad 20 lat temu. Samochodem. Kilka tysięcy kilometrów. Zmordowani przekroczyliśmy granicę z Francją, zatrzymaliśmy się na najbliższym parkingu. Otworzyliśmy drzwi auta i … Oniemiałam. W momencie, gdy uderzyło mnie gorące powietrze, zrozumiałam – to jest To Miejsce. Tu jest Mój Dom. Kocham katalońskie morze i katalońskie góry, łąki, pola, uprawy ryżu, pośród których przechadzają się wyjątkowo eleganckie i białe ibisy. Ubóstwiam kataloński język, jedzenie oraz wino. I zawsze, gdy przekraczam granicę, czuję się wyjątkowo, to bardzo uroczysty moment. Z tych i całej masy innych powodów zdecydowałam się na napisanie kilku postów właśnie o tym kawałeczku Europy. ¡Visca Catalunya! (Niech żyje Katalonia!)

Katalonia podzielona jest na kilka regionów, z których moim ulubionym jest Baix Empordà, gdzie ubóstwiam szwendać się po ścieżynach, patrzeć na morze, pływać, nurkować. Gdzie w każdym miejscu można napić się świetnej kawy. Gdzie jedzenie jest proste, lokalne, sezonowe i zupełnie obłędne. Gdzie można objadać się najświeższymi rybami i owocami morza, gdzie można poznać co to “mar i montanya” (dosłownie: “morze i góra”, mianem tym nazywane są potrawy, gdzie łączy się mięso z rybami lub owocami morza). Fantastyczna oliwa z oliwek, od której Katalończycy są chyba uzależnieni. I oczywiście wino oraz “cava” (musujące wino).
A wiosną… cóż, wiosną jest sezon na najpiękniejsze według mnie warzywa – karczochy. Wyglądające przedziwnie, nierealnie, niezjadliwie prawie. Krzaki kolczaste wręcz nie zachęcają do bliższej znajomości. Tak więc i ja przez lata wielką fanką karczochów nie byłam, aż do momentu, gdy przyjaciel Katalończyk zaserwował mi frytowane potwory, ucząc przy okazji jak z bestiami postępować. Niedługo potem odkryłam, iż Toulouse-Lautrec również serwował te piękności w podobny sposób. Stworzyłam więc własną wersję:

KARCZOCHY Z OLIWĄ, CZOSNKIEM I LIŚĆMI LAUROWYMI
– karczochy
– oliwa z oliwek
– czosnek (użyłam różowego czosnku z francuskiego regionu Lautrec)
– liście laurowe
– sól morska

Odpowiednio wybrane, jędrne karczochy, niezbyt kłujące na czubkach kwiatu, trzeba odpowiednio przygotować. Odetnij część spodnią, razem z łodygą oraz czubek kwiatowy. Z pozostałej części oderwij luźne łuski. To, co zostanie, to najlepsza, choć maleńka, cząstka warzywa. Karczochy włóż do wody na godzinę. Potem pokrój je na cztery części. Możesz z nich usunąć włoskowatą część, jak robił Toulouse-Lautrec, ale ja ją lubię – dodaje innej faktury i wyglądą tak zabawnie włochato. Na patelni lub w garnku rozgrzej szklankę oliwy z oliwek. Kiedy będzie gorąca, wrzuć karczochy, ząbki czosnku (nie obieraj!) i listki laurowe. Frytuj do momentu, gdy będą więcej niż złote, gdy będą miały ciemny brązowy kolor. Wyłóż na papierowe ręczniki kuchenne, by odsączyć z nadmiaru oliwy. Podawaj posypane solą morską jako przystawkę lub dodatek do piwa czy wina.

eng

 

About breaking the ice (strawberry sorbet)

above / powyżej: RIIKO SAKKINEM “THE ENEM HAS POISONED THE ICE CREAM / WRÓG ZATRUŁ LODY”, 2003


pl

First look. Shy blush. Sun. Finally fresh warm air. Waiting for more. Transient moments.


STRAWBERRY SORBET

– strawberries
– acacia honey
– a little lemon juice
– a little lemon zest
– pinch (very small one) of sea salt
– lemon balm (optional, if you have in your garden)

Blend everything till smooth. Sweeten to taste. Freeze in a flat dish. Break the ice and take the pleasure!

That was my short story. About the bright side of ice. And its other side, the dark one. Fin Riiko Sakkinem (“the founder of Turbo Realism, a 21st century art movement which depicts the globalized capitalism with a mocking verisimilitude”) made this above work.


O LODACH PRZEŁAMYWANIU

Pierwsze spojrzenie. Słońce. Wreszcie ciepłe świeże powietrze. W oczekiwaniu na więcej. Nieustająco. Uchwytne chwile. Lub nie.

TRUSKAWKOWY SORBET
– truskawki
– miód akacjowy
– trochę soku z cytryny
– odrobina startej cytrynowej skórki
– minimalna ilość morskiej soli
– melisa (opcjonalnie, jeśli masz w ogrodzie)

Zmiksuj wszystkie składniki, dosładzając według własnych upodobań. Włóż do zamrażalnika w płaskim naczyniu na minimum kilka godzin. Przełam lody (wszelakie), zamieniając je w rozkosze!

To było kilka moich krótkich zdań. Tak krótkich, jak topniejące lody. Minimalistyczna historia o jasnej stronie. A ponieważ zawsze istnieje również ciemna – oto praca Fina Riiko Sakkinem’a z 2003 roku, zatytułowana „Wróg zatruł lody”.

eng

 

About Gilbert Garcin, lamps and dandelion salad

above / powyżej: GILBERT GARCIN 2007 “WHEN THE WIND WILL COME / KIEDY NADEJDZIE WIATR”
from/z: https://culturainquieta.com/es/foto/item/563-gilbert-garcin.html


pl

Gilbert Garcin is an artist whom I have a great fondness for, because I always think about Bratislava (Slovakia), where I first came in contact with his artwork during the Month Of Photography 2001. I immediately fell in love with the city and the photography event and the French Lamp Seller, which was what Garcin had been. When he was 65 years old he retired and decided to dedicate himself to photography. The open mind, the desire to change and the faith that one can always do what one dreams of, have resulted in a photographic career in the full sense. I adore the narrative and consistency of his style, the delicacy of the image and the strength of the message. Always The Same But Different.

How he is starring at the delicate dry piece of the fluffy ball – the capitulum – lonely lying on the ground! The flower is dead and a new life is about to begin – the dandelion clock is ticking.

A Romanian legend tells that when God was creating the world he sent an angel to the Earth to ask each plant how they would wish to look. Every plant knew exactly, except the dandelion. When she saw the Sun – she wanted to look like the Sun. When she saw the Moon – she wanted to look like the Moon. And when she saw the stars – she wanted to look like the stars. The angel was not sure if that wish could be realized, but he promised to tell it to God. Since then the dandelion looks like the Sun, like the Moon and like the stars. Impossible becomes Possible. The Lamp Seller fits this story perfectly, doesn’t he?

Now is the time for a recipe, but unfortunately this is not a recipe for everyone. This is a recipe for the chosen ones, those who have a garden, a field or even a park nearby, those who don’t want to go to the shop, but prefer to go for a walk. This is a recipe for those with open minds, who want to challenge themselves and who want to treat “weeds” as friends, not enemies to be exterminated.

You can make this salad everywhere, even during a trip by car, by bike or when walking. Just hard boil some eggs before leaving the house and take some olive oil and balsamic vinegar with you. Whenever you feel tired – stop, look for some dandelions. Enjoy spring, enjoy nature. Look around and be mindful! Life is sooooooooooo beautiful!

DANDELION SALAD WITH WHITE VIOLETS FOR EASTER
(inspired by Toulouse-Lautrec, Joyant)

– bunch of fresh dandelion leaves
– few dandelion flowers
– few white violet flowers
– hard boiled organic eggs
– olive oil
– balsamic vinegar

Wash dandelion leaves and put on a plate, piece of cardboard or old newspaper. Add hard boiled eggs divided into four, white violet and dandelion flowers. Sprinkle with olive oil and balsamic vinegar. Serve as a starter for your picnic or Easter meal.




GILBERT GARCIN, LAMPY I SAŁATKA Z MLECZY

Gilbert Garcin to artysta, którego darzę ogromnym sentymentem, ponieważ zawsze przywodzi mi na myśl Bratysławę*, gdzie po raz pierwszy zetknęłam się z jego twórczością podczas Miesiąca Fotografii w 2001 roku. Od razu pokochałam wielką miłością i miasto i samą fotograficzną imprezę i Francuskiego Sprzedawcę Lamp, którym był Garcin do 65 roku życia, kiedy przeszedł na emeryturę i postanowił zająć się fotografią. Otwartość umysłu, chęć zmiany oraz wiara, że zawsze można robić to, czego się naprawdę chcę, zaowocowały karierą fotograficzną w pełnym tego znaczeniu. Ubóstwiam narrację i konsekwencję jego stylu. Jego delikatność obrazu oraz siłę przekazu. Zawsze rozpoznawalny. Zawsze Ten Sam Lecz Inny.

Jakże on patrzy na cząstkę kwiatu, która rzucona wiatrem samotnie leży na ziemi! Kwiat umarł, rodzi się życie! Rumuńska legenda głosi, że podczas tworzenia świata bóg wysłał anioła, by spytał wszystkie rośliny jak chciałyby wyglądać. Każda wiedziała doskonale, jedynie mniszek lekarski potrzebował więcej czasu by się zastanowić. Zobaczywszy słońce – chciał wyglądać jak ono. Zobaczywszy księżyc – jak księżyc. A zobaczywszy gwiazdy – jak gwiazdy. Anioł nie był pewny czy to życzenie może zostać spełnione, ale obiecał przekazać je bogu. Odtąd mlecz wygląda jak słońce, jak księżyc i jak gwiazdy. Niemożliwe – możliwe. Czyż Sprzedawca Lamp nie wpasowuje się doskonale w tę historię?

A teraz przepis, który z założenia nie jest przepisem dla każdego. To przepis dla Wybrańców, którzy mają ogródki, pola czy parki wokół siebie i dla których słowo „chwast” jest intrygującym wyzwaniem, a nie powodem do walki na śmierć i życie. To przepis dla tych, którzy nie mają ochoty na wyprawy do sklepów na zakupy, lecz preferują spacery. Teraz najlepsza pora, szczególnie, że Wielkanoc za pasem! To świetna sałatka do zrobienia wszędzie, nawet podczas podróży, gdy przychodzi znużenie, a głód zagląda w oczy! Wystarczy ugotować na twardo kilka jajek, zabrać odrobinę oliwy z oliwek i octu balsamicznego ze sobą. Zatrzymać się na chwilę, rozejrzeć wokół i rozpocząć zbiory! Cieszyć się wiosną, naturą, być uważnym! Życie jest piękne!!!!

SAŁATKA Z MLECZY Z BIAŁYMI FIOŁKAMI I JAJKAMI
(inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)

– liście mleczy
– kilka kwiatów mleczy
– kilka kwiatków białych fiołków
– jajka ugotowane na twardo
– oliwa z oliwek
– ocet balsamiczny

Umyj liście mleczy i ułóż na talerzu, kawałku kartonu czy starej gazecie (w zależności od tego gdzie jesteś i co masz pod ręką). Dodaj jajka, podzielone na cztery cząstki, i kwiatki. Pokrop oliwą z oliwek z octem balsamicznym. Podawaj jako przystawkę piknikową lub na śniadanie wielkanocne.

eng

About how to survive hunting season, Pieter Bruegel The Elder and wild boar stew

above / powyżej: PIETER BRUEGEL THE ELDER / STARSZY “HUNTERS IN THE SNOW / MYŚLIWI NA ŚNIEGU” 1565


pl

Finally winter is gone and hunting season too. Finally it is safe to go for a walk into the forest. Finally my neighbours have become just normal human-beings, with no more chances to kill me when I pass a field, a wild path or a small woodland next to my house. Finally I can say “Bonjour/Bonsoir” without fear in my eyes. Finally I don’t have to go for a walk with Not My Dog at 5 am! Phew!

If coming into my village, you see plenty of cars parked next to fields or forests… If you see men with reflective jackets and guns…. And if, finally, you don’t see any dogs in the village – it means that the hunting season is on. You hear “bang bang BANG!!!!!!!!!!!!!!!” all around and you try to crawl into the nearest house, or even better – the nearest basement. And it is probably be the best idea – just to wait out the bloody game, because you can never be sure. You never know with the French. They love their wine, and sometimes they start to drink it for breakfast, not even waiting for lunch time! And unfortunately I have no clue what time is good for hunters to start drinking. They have reflective jackets and they have guns. You have … nothing. Run! And hiiiiiiiiiiide!

Once upon a time there was knocking at my door. Outside was pitch black, I noticed quite a big silhouette of somebody with …. Oh dear me! With a gun! I didn’t have a chance to call the police, because my telephone had just decided to die. Not having a bunker to escape to, I decided to open the door. You only live once! As I opened the door I saw a trio: Neighbour, Plastic Bag and Wild Boar. A Piece Of Wild Boar. For me, as a gift.

I’m not a hunter. And I’m not even the biggest fan of meat. But Henri was a very meaty person. And I mean “VERY”. Even in the part of his book dedicated to veg, in almost every recipe he added some bacon, sausages or different parts of an animal! One of his meat recipes is for leg of wild boar. I now had in my freezer a piece of dark red colored wild boar meat, not a leg though, so I decided to make a stew and invite friends for Saturday Supper.

Doodlings / Szkice dzika i psa – Toulouse-Lautrec

WILD BOAR STEW WITH ROSEMARY FLOWERS AND PENNYWORT*

Sat Supper means that you have to invite your friends for Sat evening and be ready with food and drinks. You have to start preparations on Fri or even Thu. I started by visiting a local shop and buying wine.

1 kg wild boar meat
1 big onion or 2 small
3 carrots
4-6 cloves of garlic
1/2 bottle of white wine (I used Terreo Millesime 2013)
2 tsp turmeric
2 tsp paprika
2 tsp black pepper
1 tsp thyme
1 tsp sage
few bay leaves (preferably fresh ones)
10 cloves
salt
olive oil
rosemary flowers
pennywort* leaves from the garden wall

Cut the meat into pieces about 1 cm cubed. Peel onions and carrots, chop them roughly. Grind cloves in a mortar (if you don’t have a mortar use a regular hammer on the chopping board) and mix them with turmeric, paprika, black pepper, thyme and sage. Rub the meat with salt, crushed garlic and spices. Add veg and bay leaves, pour over it a little olive oil and wine. Mix it well. Put it into a plastic box with cover and let it rest for at least 24 hours in a fridge.

On the day of your supper or the day before, put a pan on the gas. Add some olive oil. When it is really hot put in the meat only, saving the rest (veg and liquid) for later. When it is nicely brown lower the flame, then add the saved vegetables, all the juices and the wine. Let them cook slowly for 2-3 hours until the meat is tender. If needed – add some water. Serve with fresh rosemary flowers, navelwort plant (if you have them in your garden!) and red wine (to drink in moderation!).

This stew can be stored for a few days in a fridge and can be frozen also.

* PENNYWORT – Umbilicus rupestris (penny-pies, navelwort or wall pennywort) is an edible wild plant, growing in stone walls. It is juicy and has a delicate flavour – great for lovers of foraging. And it looks beautiful like small green umbrellas!



O TYM JAK PRZEŻYĆ SEZON ŁOWIECKI PLUS PIETER BRUEGEL STARSZY I GULASZ Z DZIKA

W końcu zima się skończyła i sezon na polowania również. W końcu bezpiecznie iść można na spacer. W końcu i sąsiedzi stają się na powrót istotami ludzkimi bez możliwości zastrzelenia mnie, przechadzającej się wśród pól, dróżek czy pobliskich lasów. W końcu można powiedzieć „Bonjour/Bonsoir” bez strachu w oczach. I w końcu nie muszę wyprowadzać Nie Mojego Psa na spacer o 5ej rano! Uff!

Jeśli jadąc do mojej wsi widać na poboczach samochody zaparkowane… Jeśli wszędzie przechadzają się mężczyźni w kamizelkach odblaskowych, a nie są oni wmieszani w roboty drogowe, ale posiadają broń palną… Jeśli, w końcu, nie można we wsi spotkać nawet kulawego psa (nie wspominając nawet innych) – to znaczy, iż sezon łowiecki jest w toku! „Pif paf PUF” słychać wokół! Trzeba tylko doczołgać się do najbliższego domu. Jeszcze lepiej do najbliższej piwnicy! I przeczekać te krwawe zabawy, tę jatkę. Przeczekać po prostu, bo nic innego już nie pozostaje. Bo nic nigdy nie wiadomo. Szczególnie z Francuzami, którzy wino swe kochają i pić niekiedy zaczynają już przy śniadaniu. A czy ja wiem, o której butelczynę wina otwiera francuski myśliwy? Czy ja mogę być pewna? W końcu francuski myśliwy ma i kamizelkę odblaskową i broń. A ja? Ja nie mam nic. Do biegu! Kryyyyyyyyyyyj się!!!

Pewno razu usłyszałam pukanie do drzwi. Noc gęsta, czarna. Kątem oka zauważyłam sylwetkę. Sporej wielkości Ktoś zakradał się z … bronią!!! Nie miałam nawet szansy zadzwonić na policję, bo mój telefon zdecydował się na śmierć chwilę wcześniej. Nie mogłam też schować się do schronu, bo takiegoż nie posiadałam. Raz kozie śmierć! Otworzyłam drzwi i mym oczom objawiła się Trójca w postaci: Sąsiada, Plastikowej Siatki i Dzika, to jest Części Dzika. I to wszystko dla mnie … to znaczy Siatka i Dzik, nie Sąsiad!

Nie jestem myśliwym. Nawet nie jestem największym na świecie fanem mięsa. Ale Henryk owszem, Henryk tak. W większości jego przepisów w rozdziale „Warzywa” pojawia się boczek, kiełbasa czy jakiś inny rodzaj, gatunek, część mięsa. Jeden z przepisów to hołd, złożony tradycyji lokalnej i tutejszym myśliwym – udziec z dzika. Ja, co prawda, udźca z dzika, nie mam, ale w zamrażalniku podarek sąsiedzki znalazłam. Postanowiłam więc zrobić gulasz i zaprosić przyjaciół na Sobotnią Kolację.

Doodlings / Szkic dzika – Toulouse-Lautrec

GULASZ Z DZIKA Z KWIATAMI ROZMARYNU I UMBILICUS RUPESTRIS*

Przygotowania do Sobotniej Kolacji należy rozpocząć dzień lub dwa wcześniej. Ja rozpoczęłam od zakupu wina w pobliskim sklepie.

1 kg dziczyzny
1 duża lub 2 małe cebule
3 marchewki
4-6 ząbków czosnku
½ butelki białego wytrawnego wina (użyłam Terreo Comté Tolosan 2013)
2 łyżeczki kurkumy
2 łyżeczki papryki
2 łyżeczki pieprzu
1 łyżeczka tymianku
1 łyżeczka szałwi
kilka liści laurowych (najlepiej świeżych)
10 goździków
sól
oliwa z oliwek
kwiaty rozmarynu
roślina Umbilicus rupestris*

Pokrój mięso w centymetrowe kawałki. Obierz cebule i marchewki, pokrój w spore kawałki. W moździerzu rozetrzyj goździki (jeśli nie masz moździerza, użyj młotka i deski do krojenia), wymieszaj je z przyprawami. Nasmaruj mięso solą, rozgniecionym przez praskę czosnkiem oraz mieszanką przypraw. Dodaj warzywa i liście laurowe. Pokrop oliwą z oliwek, dodaj wino. Wymieszaj. Odstaw na minimum 24 godziny do lodówki.

Gulasz możesz zrobić dzień przed proszoną kolacją, czy nawet dwa. Postaw garnek o grubym dnie na dużym ogniu, wlej kilka łyżek oliwy z oliwek. Podgrzej. Wrzuć mięso (płyn i warzywa zachowaj na później), poczekaj aż się zbrązowi. Zmniejsz gaz, dodaj warzywa i płyn. Przykryj. Duś 2-3 godziny, aż mięso będzie miękkie. W razie potrzeby dolej odrobinę wody. Podawaj z kwiatami rozmarynu i czerwonym winem (Pamiętaj – pij z umiarkowaniem!).

Gulasz nadaje się do przechowywania w lodówce przez kilka dnia oraz do zamrożenia.

*Ja dodatkowo posypałam zielonymi parasolkami dzikiej rośliny Umbilicus rupestris, która jest skalniakiem popularnym w południowej Europie, zwanym popularnie “pępkiem” lub “groszkiem”. Ma wyjątkowo soczyste listki o delikatnym smaku, niekiedy z posmakiem goryczki. To świetna opcja dla miłośników zbierania dzikich jadalnych roślin i posiadaczy skalnych ogródków!

eng

 

About stinging breakfast for Toulouse-Lautrec

above / powyżej: ALICE MAHER, NETTLE COAT / PŁASZCZ Z POKRZYW” 1995


pl

Thick gloves? – Ready! Cream wellies with block heels, looking like part of a mannequin’s leg? – Ready! Sharp scissors? – Ready! Impassable terrain? – Muddy Mud Mad Country (played by my garden, ex-garden I should say). Objective? – to gain nurture for H. (by the way – he is dead, I’m not sure he really needs anything?) and for myself. REEEAAADYYY???!!! GOOOOOOOOOOOOOOOOOO!!!

So I went. No choice. Hunger in the house. Dear me, all of us, and I really mean A L L – elderly, young and even babies. Mums and dads. Grandparents. Friends and enemies. Intelligentsia and proletariat. Beauties and beasts. Good people from here and bad from there. Local creatures from the Midi-Pyrénées, being absolutely certain what they want. Without any doubts! They come to hunt. They come to chop heads. Young heads. They come to fight. And win. The Majestic Nettle Family is waiting to be devoured! In ravioli, pasta, tarts, pesto, pizzas, breads, cakes, biscuits, ice-creams and drinks.

This is really healthy, easy and quick to prepare. A beautiful beginning to any day. Forget about regular flour – use oats! Forget about white sugar – use moscovado sugar! Forget about butter – just add a little olive oil!

STINGING BREAKFAST FOR TL
(Lemony oatmeal muffins with nettles, cream cheese and red peppercorn)

– 2 glasses of oats
– 2 tbs bran
– 2 eggs
– 2 small yoghurts (2x125g)
– 1 lemon (juice and zest)
– 1 tsp bicarbonate of soda
– 1/2 glass of moscovado sugar
– 1/2 glass of olive oil
– pinch of salt
– 100g fresh nettles

NETTLES – take only young leaves, wash them carefully. In a pan boil a small amount of water and put the nettles into it for about 1 minute to blanche them. Strain it. Pour cold, almost icy, water over to stop them cooking. Mix into a paste, using a blender.

CAKE – whisk eggs with moscovado sugar, add yoghurt, lemon juice and lemon zest. Mix it well. Grind oats into a flour (you can do it in a coffee grinder). Add it to the batter. Mix it with bran, bicarbonate of soda and salt. Let it rest for at least half an hour, the oats and bran will absorb all the liquid – if needed add a little milk, water or any juice. Slowly pour in olive oil. At the end incorporate the nettle paste. Pour batter into the muffin cases (you should obtain 6). Bake in a preheated oven, 180 C, for about 25-30 minutes. Serve with cream cheese, lemon zest and red pepper corns. The muffins aren’t very sweet, so if you prefer – serve with a little of honey.

COMMENTS – oatmeal muffins, cakes, american pancakes are not so fluffy and they will never rise like those made from regular flour. To add some lightness to them, I put in a little bran.

Why are you still here?!!! Go, go, go and sting yourself! N O W!


O KŁUJĄCYM ŚNIADANIU DLA TOULOUSE-LAUTREC’a

Grube rękawice? – Gotowe! Kremowe kalosze na obcasie, wyglądające jak nogi manekina? – Gotowe! Ostre nożyce? – Gotowe! Teren do pokonania? – Bagniste Bagna Bagienne (w ich roli mój ogród, a raczej … mój były ogród) Cel? – Zdobycie pożywienia dla H. i dla mnie samej (nawiasem mówiąc H. jest martwy, więc może już niczego nie potrzebuje?) GOTOWI???!!! START!!! Pobiegłam więc. Nie miałam przecież wyboru, głód zaglądał do każdego kąta. Pobiegliśmy w końcu wszyscy. Naprawdę, W S Z Y S C Y. Młodzi, starcy i niemowlęta. Ojcowie i matki. Dziadkowie. Przyjaciele i wrogowie. Inteligencja i lud pracujący. Piękne i bestie. Dobrze ludzie stąd i źli stamtąd. Miejscowe kreatury ze Średnich Pirenejów, gotowe na wszystko i dokładnie wiedzące czego chcą. Bez wahań, bez wątpliwości. Pragnące polowania. Pragnące głów do ścięcia. Głodne walki i zwycięstwa. Głodne! Królewska Rodzina Pokrzyw gotowa na pożarcie! W ravioli, makaronach, tartach, pesto, pizzach, chlebie, ciastkach, ciasteczkach, lodach oraz napojach wszelakich.

Oto przepis na niezwykle zdrowe, szybkie i proste rozpoczęcie dnia. Zapomnij o zwykłej mące – użyj płatków owsianych! Zapomnij o białym cukrze – użyj cukru moscovado! Zapomnij o maśle – użyj oliwy z oliwek!

KŁUJĄCE ŚNIADANIE DLA H.
czyli cytrynowe owsiane babeczki z pokrzywami, twarożkiem i czerwonym pieprzem

– 2 szkl płatków owsianych
– 2 łyżki otrębów
– 2 jajka
– 2 małe jogurty (2x125g)
– 1 cytryna (sok i skórka)
– 1 łyżeczka sody oczyszczonej
– ½ szkl cukru moscovado
– ½ szkl oliwy z oliwek
– 100 g świeżych pokrzyw

POKRZYWY – zbieraj jedynie młode liście z górnych partii rośliny. Umyj je delikatnie. W garnku z niewielką ilością wody zagotuj je przez minutę (=blanszowanie). Odcedź na sicie. Przelej zimną, prawie lodowatą, wodą, by przerwać proces gotowania. Zmiksuj na pastę.

CIASTO – ubij jajka z cukrem, dodaj jogurt, sok i startą skórkę z cytryny. Wymieszaj. Zmiel płatki w młynku do kawy. Dodaj do masy razem z otrębami, sodą oczyszczoną i solą. Wymieszaj, odstaw na pół godziny lub dłużej. Ten czas pozwoli płatkom i otrębom na wchłonięcie płynów i jeśli to będzie konieczne – dodaj trochę mleka, wody lub jakiegokolwiek soku. Powoli dolej do masy oliwę i wymieszaj. Wlej do foremek (powinno wystarczyć na 6) i wstaw do nagrzanego do 180 C piekarnika na około 25-30 min. Podawaj z kremowym serkiem typu Philadelphia, skórką z cytryny i czerwonym pieprzem. Babeczki nie są zbyt słodkie (twarożek jest naturalny), możesz więc polać odrobiną miodu.

UWAGI – babeczki, ciasta czy placuszki, zrobione z płatków owsianych, nigdy nie będą tak puszyste ani wyrośnięte jak te, zrobione z białej mąki. Dla dodania im lekkości dodałam niewielką ilość otrębów.

Ty ciągle tutaj???!!! Gotowy na kłucia i poparzenia? Do bieguuuuu!!! – S T A R T!!!

eng

 

About wildlife, Cuisine And Art

above / powyżej: UNTITLED COLLAGE / KOLAŻ BEZ TYTUŁU by CUISINE AND ART


pl

GREY. Miserable day. Week. Month. Dyeing everything, including my hands, grey. With an absence of energy and fresh air. Being totally alone in the middle of nowhere, finally I opened my mind and invited in some creatures from the wilderness around. Beautiful deer jumped in. Fish slowly swam in. Giant squid approached majestically. Sheep and a cows just passed by chance. I tried to catch everything, some antlers, even some seeds. Infinite mind, full of wildlife – ready to begin again with a huge hunger for food and life!



O SZAREJNAGIEJJAMIE

SZARO. SZARY. SZARA. SZARANAGAJAMA. Szary dzień. Dzień za dniem. Tydzień w toku. Miesiąc. Farbuję wszystko, łącznie z rękoma, rękomamajuższarymi. W tęsknocie za energią, za świeżym powietrzem. Za. Będąc w oddali, gdzieś na końcu świata. Samotnie. Otworzyłam w końcu umysł, zapraszając dziki świat. Piękny jeleń wskoczył. Ryby wpłynęły. Gigantyczne monstrum majestatycznie wślizgnęło się do samego środka głowy. Krowy, owce – całkowicie przypadkowo. Łapię wszystko – pojedyncze poroża, drobne ziarna, źdźbła, trawy. Zachłystuję się. W końcu z głową wypełnioną po brzegi gotowa i głodna na wszystko!

eng

 

About oranges, herring and black pancakes

above / powyżej: ANNA KRÓLIKIEWICZ


pl

Today in Poland, instead of Pancake Day or Mardi Gras, we have “Śledzik”, which means herring. Before going to the last party of carnival we eat as “tapas” small different types of herring and we drink pure, really cold vodka. But … I’m not in Poland and I don’t have any herring around me! Only squid ink. Both of which are from an Underwater Paradise.

Henri didn’t mention pancakes in his book, but he wrote a recipe for an orange preserve. It is the orange season now! They are so juicy, so sweet. Fantastic for pancakes!

25 years ago. A Polish forest. A tiny village at the end of a dirt track. A wooden house, a kitchen the size of a handkerchief. My dad, me and my friend. A big stove, a few old rustic frying pans. Eggs and milk from the neighbours. First lesson – how to prepare batter for pancakes. Second lesson – how to toss them!!! ……………………….. OK, I have to be absolutely honest – the whole, but I mean THE WHOLE, kitchen was covered in batter!!! The ceiling, the wooden floor, the stove, my friend, my dad and myself… Good old days.

Nowadays I can toss pancakes without any problems. Usually I make them not from regular flour, but from oat flour (I’m addicted to oats). Usually they are yellow, because of my other addiction – turmeric. But today … they are black, thanks to squid and thanks to Anna Królikiewicz – a great Polish artist, who loves to cook, to feed, to create work concerning food. Last night I couldn’t sleep thinking about her amazing pink/violet/amaranth pancake! I would like to dedicate this post to her.

As I wrote before, this is a blog based on TL’s recipes, but not only his. This is an artistic culinary blog and I’m going to introduce to you more and more artists and some of their works.

Today I made black pancakes with labneh, which is a thick strained yoghurt popular in Middle Eastern cuisine, two versions – savoury and sweet (with Henri’s marmalade).

One night before, I prepared labneh, using 1 kg of natural yoghurt, which I strained through muslin over a bowl. In the morning the gorgeous labneh was done – creamy, smooth, thick and rich of flavor. I also had about 250 ml of whey, which I used for making the batter (I always try not to waste anything when I’m cooking).

BLACK PANCAKES WITH LABNEH

250 g oat flour (you can use regular oats and grind them)
1 organic egg
a pinch of Himalayan pink salt
250 ml whey (leftover liquid after making labneh) *ZW
squid ink
olive oil for frying

Whisk the egg. Mix with oat flour and salt, adding the whey slowly. It should have the consistency of cream. Let it rest for minimum half an hour. Afterwards add some more liquid if needed. Fry the pancakes in a small frying pan, because of the oats they are a lot more delicate and not so elastic like those made from regular flour.

SAVORY BLACK PANCAKES WITH LABNEH by serafin

1 shallot or 1/2 red onion
1/2 a small red chili
fresh mint
freshly ground black pepper
freshly crushed red peppercorn
Himalayan pink salt
olive oil to drizzle

SWEET BLACK PANCAKES WITH LABNEH AND MARMALADE

MARMALADE
– for 5 small jars –

about 20 big oranges (after peeling you should have about 3 kg)
1 kg of fructose
the juice from 1 lemon

Wash the oranges well. Peel them delicately (you need only the zest, not the pith!). Remove all the pith and pips. Chop the fruit into small pieces, about 1 cm square. Put into a pan with a thick bottom. Add the fructose (it is sweeter than white sugar and helps to set the marmalade or any jam), lemon juice and half of the orange zest (the other half you can freeze and use, for example, for cakes or duck). Cook over a low heat until it’s shiny, almost transparent and thick. And remember – if it is too thick add a little water.

This orange preserve is full of flavor, chunks of fruit, sweetness and southern sunshine. Pure nature in a jar. Colourful happiness for the end of a long cold winter.



O POMARAŃCZACH, ŚLEDZIACH I CZARNYCH NALEŚNIKACH

Dzisiaj „Śledzik”, czy też Mardi Gras (Tłusty Wtorek) lub Pancake Day (Dzień Naleśnika). Gdybym była w Polsce, z pewnością zjadłabym śledzia w oleju i z pewnością nie popiłabym, nawet zmrożoną, wódką. Ale w Polsce nie jestem i śledzi wokół brak! Najbliższe śledziom, co znalazłam, to atrament kałamarnicy, wszystko pozostanie więc w Raju Podwodnym.

Henryk w swej książce o naleśnikach nie wspominał. Milczał. O śledziach owszem, ale ja nie o śledziach, nie tym razem. Napisał jednak o dżemie z pomarańczy, a tenże przecież doskonale nada się do naleśników! Mam więc sezonowe cudowne pomarańcze i atrament – będą czarne naleśniki z nadzieniem pomarańczowym, zainspirowane innym artystą, a raczej artystką. Anna Królikiewcz stworzyła Naleśnik Idealny, purpurowy/różowy/amarantowy, przez który nie przespałam pół nocy. Figlarnie zawinięty, kolorem tak mocny, tak urzekający. Tak inny, choć tak oczywisty. Przepiękny, jak i autorka tegoż, formą, celowością, tradycją i nowoczesnością. Aniu – dziękuję!

25 lat temu w małej zabitej dechami wsi, w środku Mrocznych Borów, w drewnianej chatynce Ojciec dzieciom lekcje dał. Pierwsza – jak zrobić naleśnikowe ciasto. Druga – jak je smażyć, przerzucając zgrabnie pod sam sufit. Efekt – wtedy była to CAŁA, ale doprawdy C A Ł A, kuchnia w cieście. Oblepione ściany, sufit kapiący niezgrabnie, podłoga klejąca się prawie. Piec pokryty szybko palącą się masą. Dziatki mało widoczne spod jajeczno-mączno-mlecznej masy. Ojciec dzielnie próbujący się bronić. To były czasy…
Dziś naleśniki przerzucać potrafię bez oblepiania ciastem świata wokół i robię je zazwyczaj z mąki owsianej (staram się wszystko z niej robić, a ją samą uzyskuję mieląc po prostu płatki owsiane w zwykłym młynku do kawy). Zazwyczaj robię je żółte, gdyż prawie do wszystkiego wrzucam kurkumę. Dnia dzisiejszego – czarne z labneh (gęstym jogurtem bardzo popularnym na Bliskim Wschodzie). W dwóch wersjach – wytrawnej i słodkiej (z Henrykowym dżemem).

LABNEH
Wczoraj wieczorem na sicie położyłam kawałek białego płótna, a na nim 1 kg zwykłego naturalnego jogurtu. Rano cieszyłam się gotowym labneh, gęstym, cudownie kremowym, białym i aksamitnym. Uroki prostoty.

CZARNE NALEŚNIKI Z LABNEH
– 250 g mąki owsianej
– 1 jajko
– szczypta himalajskiej różowej soli
– 250 ml serwatki (która została po zrobieniu labneh) *ZW
– atrament kałamarnicy
– oliwa z oliwek do smażenia

Wymieszać trzepaczką jajka, dodać mąkę owsianą, sól, mleko i atrament, aż do uzyskania gładkiej konsystencji śmietany. Odstawić na minimum pół godziny, by mąka owsiana mogła dokładnie wchłonąć płyny. W razie potrzeby dodać wody lub mleka.
Naleśniki smażyć na gorącej patelni z odrobiną oliwy z oliwek. Patelnia musi być niewielka, inaczej naleśniki porozpadają się (mąka z owsa nie jest tak elastyczna jak zwykła).

CZARNE WYTRAWNE NALEŚNIKI Z LABNEH
– 1 szalotka
– ½ małej papryczki chili
– świeża mięta
– czarny pieprz
– czerwony pieprz
– różowa himalajska sól
– oliwa z oliwek do pokropienia


CZARNE NALEŚNIKI Z DŻEMEM POMARAŃCZOWYM

– DŻEM POMARAŃCZOWY (ok. 5 słoiczków)

– 18-20 pomarańczy (po obraniu powinno ok. 3 kg)
– 1 kg fruktozy
– sok z 1 cytryny

Umyć dobrze pomarańcze, wyszorować gorącą wodą, wrzątkiem prawie. Zetrzeć delikatnie skórkę (tylko pomarańczową część!). Nożem usunąć białą skórę. Wyrzucić pestki. Owoce pokroić w kostkę. Smażyć w garnku o grubym dnie, razem z fruktozą, sokiem z cytryny i połową startej skórki (resztę można zamrozić i użyć np. do ciast czy kaczki!) na małym ogniu. Gotowa masa powinna być błyszcząca, prawie przezroczysta. Jeśli jest zbyt gęsta, należy dodać wody. Gorący dżem ma konsystencję dość płynną, ale fruktoza sprawi, iż oziębiając się, zgęstnieje (jest również o wiele słodsza od cukru, dlatego nie używam jej zbyt dużo). Wlać go do wyparzonych słoików do pełna, zamknąć je i odwrócić do góry dnem aż do wystygnięcia.
Pomarańczowe cudo, zamknięte w szklanych słoikach, jest pełne słodyczy cząstek owoców, aromatu skórki południowego słońca. Podane z czarnymi naleśnikami i labneh staje rajem, rozkoszą, sztuką samą w sobie.

eng

 

About travelling from A to B and the food in-between

above / powyżej: CUISINE AND ART


pl

Years ago when I left my mother country, I realized that from this point in my life I will always go somewhere. From A to B. From B to A on the way back. To visit my parents, friends and places. To go to work. To go for short trips for a few hours. Or long weeks far away from home. Go and back. Spinning around. Doing smaller or bigger loops. AB, BB, BA or AA.

I already knew that travelling from point A to point B during an unknown time in more or less known space I always need to eat! 5 minutes after getting into the car every driver hears “I want to eat! I want to drink! I want a wee-wee!” Really! Like a child! But I’m just like that! Getting into a train/bus/plane (choose what you want) I take out the food I had prepared for the whole day and I consume it! Even if it’s 8 am and I will reach my destination the next day! And even if I go for a 2-hour trip I prepare a basket for a picnic! Always! I just can’t resist!

One of my favorite things to do for any trip is French “quiche”, a kind of tart with egg-cream filling. The possibilities to be creative are infinite! Eggs are obligatory, but cream can be replaced with good quality thick yogurt. I love “quiche” with fresh young nettles, but for that I need to wait a few weeks more. So today on this lovely almost spring day I made a bacon tart (for vegetarian – a non-bacon tart).

BACON T.ART
(inspired by Toulouse-Lautrec, Joyant)

Pastry:
– 200g oats or oat flour
– 100g butter
– 1 organic egg yolk
– a pinch of sea salt

Filling:
– 150g English bacon (skip if vegetarian)
– 1 small pot of natural yogurt (125 g)
– 200 ml cream
– 2 organic eggs + 1 egg white
– 1 tbs turmeric powder
– a pinch of sea salt
– freshly ground black pepper

If you don’t have oat flour grind your oats in a coffee grinder. In the bowl mix oat flour with butter, egg yolk and a pinch of sea salt. You should have a pastry you can roll. If needed add some more butter or a spoon of water. Roll it thinly and lay it on a baking tray (I used a round one 28 cm). Put it into a fridge.

Heat an oven to 180°C.

Beat eggs and egg white. Add salt, pepper and turmeric. Add yogurt, cream. Chop the English bacon into small pieces and mix (if you don’t have English bacon you can use pancetta and if you are vegetarian just do not use it and call it “Non-bacon t.art”).

Pour the mixture into the pastry and bake for about 40 minutes. Serve warm with rocket salad and red wine or take cold with you wherever you go! Enjoy it in a picnic next to a lake, in the mountains, on a boat after diving, on a train, in the bus stop, in an airport or lying on the grass next to the airport. Share it with friends, with family, with a new friend from a trip, with an unknown traveler you met on the road. Look at the sky. Beautiful sun. Or amazing stars in the dark night. This is the art of living. This is The Art. T.ART. Bacon T.Art.




O PRZEMIESZCZANIU SIĘ Z PUNKTU A DO B I JEDZENIU POMIĘDZY

Lata temu zdecydowałam się opuścić ojczyste regiony. Zupełnie przypadkowo, jak to w życiu bywa. Bez zbędnych planów. Z punktu A, który dotychczas był prawie niezmienną, stałą wartością, do punktu B. Gdzie oba (A i B) odtąd miały stanowić zmieniające się niustannie niewiadome. Niewiadome, do ktorych czasami wracałam, przykładowo do rodziców czy pracy. W podróżach tych z jedną małą walizką, mieszczącą moje Nowe Życie, wiązało się nie tylko pokonywanie przestrzeni, mijanie minut, dni czy miesięcy, ale również zwykła ludzka potrzeba przyjmowania pokarmów. Wiedziałam, że zawsze między punktem A a punktem B jeść będę musiała. Że zawsze znajdzie się czas (i pora) na małe co nieco.

Podróżując autem, mam w zwyczaju doprowadzać każdego kierowcę do szału, po pięciu minutach drogi informując głosem nie znającym sprzeciwu o moich potrzebach:

„Chcę jeść!”
„Chcę pić!”
„Chcę siusiu!”

Jak jakiś upiorny dzieciak! Bezczelne roszczenia leniwie siedzącej znudzonej baby!

Wsiadając do autobusu, pociągu lub wchodząc na lotnisko, muszę od razu (OD RAZU!) wyciągnąć i skonsumować, uprzednio przygotowany prowiant. I nie ma tu znaczenia jak długo nowo rozpoczęta podróż będzie trwać. Mogłaby trwać i trzy dni, a ja wszystko pochłaniam już na samym jej początku! I nie ma również znaczenia, jeśli droga trwać będzie jedynie dwie godziny – ja piknik przygotować muszę! I już!

Jedną z moich ulubionych rzeczy do jedzenia w podróży jest francuski „quiche”, czyli tarta z masą jajeczno-śmietanową, która jest znakomita zarówno na ciepło, jak i na zimno (również następnego dnia, jeśli do niego dotrwa). Różnorodność tart jest nieograniczona, nieskończona i może przyprawić o zawrót głowy. Dzisiejszego pięknego prawie wiosennego dnia zdecydowałam się na tartę z bekonem (wegetarianie mogą zupełnie bezproblemowo ominąć bekon i nazwać Tartą Bez Bekonu!). Z przyjemnością dodałabym do niej młodych liści pokrzyw, ale niestety na te jeszcze za wczesna pora.

TARTA Z BEKONEM
(inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)

Ciasto:
– 200 g mąki owsianej (ja mielę płatki owsiane w młynku do kawy)
– 100 g masła
– 1 żółtko
– szczypta soli

Masa:
– 150 g angielskiego bekonu (wegetarianie omijają bekon oczywiście)
– 125 g naturalnego jogurtu
– 200 ml słodkiej śmietany
– 2 jajka + 1 białko
– 1 łyżeczka kurkumy
– szczypta morskiej soli
– świeżo zmielony pieprz

Zagnieść składniki na ciasto. W razie potrzeby dodać odrobinę wody. Rozwałkować i wyłożyć formę (użyłam okrągłej o średnicy 28 cm) – trzeba być uważnym, ponieważ owsiane ciasto jest bardzo delikatne. Odstawić do lodówki.

Ubić jajka i białko. Dodać sól, pieprz i kurkumę. Jogurt i śmietanę. Pokrojony w kostkę bekon (w razie braku bekonu można użyć boczku, a w wersji dla wegetarian ominąć go, nazwawszy tartę „Tartą bez bekonu”). Nagrzać piekarnik do 180°C lub 160°C z termoobiegiem. Wlać na ciasto masę i piec przez mniej więcej 40 minut.

Podawać gorącą z sałatką z rukoli i czerwonym winem. Lub zimną z białym winem, zabraną na piknik nad jeziorem, w górach, lesie, na łodzi po nurkowaniu, na przystanku tramwajowym, w autobusie, w terminalu lotniska. Podzielić się z ukochanym/ukochaną, zjeść z rodziną lub przyjaciółmi, poczęstować nowego towarzysza podróży czy nieznajomą, siedzącą obok w hali odlotów. Uroki wędrowania. Wspaniałości tego świata.

eng

About ooops. I dropped my rabbit!

above / powyżej: JACKSON POLLOCK “THE NUMBER ONE / NR 1” 1949


pl

This is a story about 4 artists, 8 kilometres, 2 recipes and 1 rabbit.

A few days ago when snow still covered my world I read Henri’s recipes, two recipes to be exact, about wild rabbit. About two wild rabbits. And I found this idea really good. As it is cold, some slow cooking meat on the stove could be fantastic! But (always these buts!) from where could I find a wild rabbit? Yes, there are plenty of them in our garden and in any garden around. There are millions of holes in the ground, more than rabbits of course. So perhaps I could catch one nice beautiful small furry rabbit? Perhaps…Who knows. So I put my running shoes on, a pair of socks, another pair of socks, a t-shirt, and a second one, a windproof jacket, gloves, scarf and a hat. I looked like an onion! And I felt ready!

I ran 8 kilometres. I encountered 3 dogs, including a lame one, 4 horses and 8 chickens. No wild rabbits. Only 2 pet-rabbits, my neighbours, which I decided to not to cook. Anyway always there is a solution, always. This time the role of the solution was played by a local shop.

I become the happy owner of 1 rabbit!

But it wasn’t enough. Not today. I needed something special. I needed some magic. I needed … Jason Pollock with splashes of millions of litres of paint! I needed those abstract lines, those dots! His colored puddles, his dynamic movements and his spontaneity. And here a big smile appeared on my face. Somewhere inside of myself, inside of the wildness of my mind, I found one more person to complete my Rabbit’s Story – the great Italian chef Massimo Bottura, who a few months ago invaded my soul like a storm with his dessert entitled “Ooops, I dropped my lemon tart”.

Jackson Pollock by David Lefranc/Kipa/Corbis and Massimo Bottura by Paolo Terzi

As a lemon tart which has to be dropped I simply decided to use the rabbit. Suddenly my kitchen was full – 1 rabbit, Henri, Jackson, Massimo and myself. You have to know – my kitchen is really small. But there was enough place to make some splashes. Splashes of 4 colored powders: Colman’s mustard, turmeric, bay leaves and dry wild mushroom. Plus some great lemon infused sea salt from Baix Emporda (Catalunya). And when the rabbit disappeared into the depth of a pot we had time to drink some wine – Henri wanted to use it in the recipe, but I use my wine to cook only sometimes, not this time, not today!

OOOPS I DROPPED MY RABBIT by serafin

– 1 rabbit
– 2 tsp dry wild mushroom powder
– 2 tsp Colman’s mustard powder
– 2 tsp turmeric powder
– 1 tsp organic bay leaf powder (you can grind dry leaves in a coffee grinder)
– lemon infused sea salt
– fresh rosemary
– fresh bay leaves
– olive oil
– small piece of butter
– splash of brandy
– cream

Cut a rabbit into pieces. Put the frying pan on a fire and add some olive oil. At the same time mix all powders and salt, coat the rabbit in it.Throw it into the really hot frying pan. Let it brown nicely, change sides, add rosemary, bay leaves and butter. When the meat will be brown add some water and put on a small flame (I put on the stove for 1.5 or even 2 hours). At the end, when the rabbit will be tender, add splash of brandy and when the sauce is reduced add some cream. Enjoy with white wine, which was saved by not using it to cook.



O OOOPS I UPUSZCZANIU KRÓLIKA

Oto historia o 4. artystach, 8. kilometrach, 2. przepisach i 1. króliku.

Kilka dni temu, kiedy śnieg jeszcze pokrywał świat wokół, czytałam henrykowe przepisy na królika. Dwa przepisy, żeby być dokładnym, na dwa dzikie królik. Pomyślałam, że pomysł jest dobry. Zimno na dworzec, w piecu się pali, postawić jakiś gar z mięsiwem…miło. Tylko skąd ja mam wziąć królika? W dodatku dzikiego?!
Owszem, w ogrodzie są miliony dziur w ziemi, więcej ich nawet od samym królików. Może więc mogłabym zapolować na małego, ślicznego, puchatego króliczka? Może. Któż to wie. Niezbadane są w końcu wyroki. Zaczęłam ubierać się. Skarpetki, jeszcze jedne skarpetki, koszulka, i druga koszulka, kurtka przeciw wiatrowi, rękawiczki, szalik, czapka. Może i wyglądałam jak cebula, ale czułam się absolutnie gotowa!
Biegłam i biegłam, osiem bitych kilometrów. Napotkałam 3 psy, w tym jednego kulawego, 4 konie i 8 kur. Zero królików. Jedynie dwa prawie domowe – maskotki sąsiadów. Nie będę jednak sąsiadom członków rodziny mordować, jeszcze z głodu nie padam! W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak wykorzystanie Ostatniej Możliwości. Rolę Ostatniej Możliwości odegrał najbliższy sklep. Tak oto stałam się szczęśliwą właścicielką królika. Jednego królika.

Samo posiadanie jednak mięsiwa nie było wystarczające. Czułam niedosyt. Potrzebowałam czegoś specjalnego. Potrzebowałam magii. Potrzebowałam … Jason’a Pollock’a z milionami litrów rozchlapywanej farby, z kolorowymi kałużami, z dynamiką, z ekspresją, siłą i energią! I tu uśmiechnęłam się cichutko pod nosem, potajemnie wręcz prawie. Odnalazłam gdzieś w sobie, w zakamarkach artystycznej duszy i umysłu, kogoś kto dopełni moją Króliczą Historię – wspaniałego włoskiego szefa Massimo Butturę, który to kilka miesięcy temu, zupełnie nieświadomie, wtargnął jak burza do mego mózgu, do mego serca i nimi zawładnął. Jego deser „Ooops, I dropped my lemon tart” (Ooops, upuściłem moją cytrynową tartę) był tym, czego do królika potrzebowałam! W roli cytrynowej tarty, która miała być upuszczona, wystąpi królik – zadecydowałam.
I nagle w kuchni zrobiło się tłoczno – królik, Henryk, Jackson (Pollock), Massimo (Bottura) i ja. A musicie zdawać sobie sprawę, że moja kuchnia jest naprawdę mała! Na szczęście wystarczająco duża, by móc rozchlapywać, kruszyć, sypać, unosić, rozrzucać, rozdmuchiwać, roztrzepywać. By proszki 4. pudrów – musztardy Colman’s, kurkumy, liści laurowych i suszonych grzybów, zamieniały się w ulotne chmury intensywnych kolorów. Bosko!

OOPS, UPUŚCIŁAM KRÓLIKA!

– 1 królik
– 2 łyżeczki sproszkowanych suszonych grzybów
– 2 łyżeczki musztardy Colman’s w proszku
– 2 łyżeczki kurkumy w proszku
– 1 łyżeczka liści laurowych w proszku (możesz zmielić suszone w młynku)
– sól morska aromatyzowaną skórką cytrynową
– świeży rozmaryn
– liście laurowe
– oliwa z oliwek
– kawałek masła
– odrobina brandy
– 250 ml słodkiej śmietany

Podziel mięso na kawałki. Wymieszaj musztardę w proszku, kurkumę, sproszkowane liście laurowe, suszone grzyby i sól. Obtocz w nich królika. Rozgrzej patelnię, wlej oliwę z oliwek. Kiedy patelnia będzie gorąca, wrzuć królika, obsmaż z każdej strony, dodaj rozmaryn, liście laurowe i masło. Poczekaj aż mięso się zezłoci, dodaj wtedy wodę (żeby zakryła mięso) i zmniejsz ogień/płomień gazu. Duś 1,5-2 godz. Wlej brandy. Zredukuj sos, dodaj słodką śmietanę.
Podawaj z białym winem, które zostało zaoszczędzone przez niedodanie go do potrawy podczas jej przygotowania!

eng

 

About white stuff, into the white and not only that

above / powyżej: TOULOUSE-LAUTREC “INVITATION TO A GLASS OF MILK / ZAPROSZENIE NA SZKLANKĘ MLEKA”, lithograph / litografia, 1897


pl

In 1896 Henri Marie Raymond de Toulouse-Lautrec-Monfa wrote a letter to his mum, that he had found an apartment in Paris and that he was happy there.

In 1897 he created the lithograph “Invitation to a glass of milk” and sent it to his friends. It was his reponse to a just opened milk bar in the french capital. And milk? Milk wasn’t his cup of tea!

In 1962 Anthony Burgess wrote “A Clockwork Orange” and  Stanley Kubrick 7 years later made the movie with the same title – Moloko and the Korova Bar came into this world. With milk. And not only that. With a special ingredient too. Also white.

In 1966 Andy Warhol made a movie called “More milk”.

In 2010 James White painted “Milk and stuff“.

James White “Milk and stuff / Mleko i inne” 2010

In 2015, February 2015, the snow came and turned my world into the white. And I decided to make some stuff. But not milk. Not exactly.

Cow doodle / Szkic krowy – Jeff Midghall (Thanks!)

Having A Special Walnut Tree with probably the biggest walnuts in the world I feel really spoiled. Walnut biscuits, cakes, pesto, snacks, walnuts crushed into salads and on sandwiches. Walnuts here and walnuts there. And when days entered quietly into The White I decided to make walnut milk, thinking about some friends who don’t drink the cow variety, especially about a small boy called Leo (www.leoblog.pl/en/).

WALNUT MILK FOR LEO

– 1 glass of shelled walnuts, soaked overnight
– 2-3 glasses of fresh cold water
– OPTIONALLY: pinch of salt, some honey, vanilla pod or grated tonka bean

Blend walnuts into a paste. Slowly add water. Wait a little till smooth. Drink as it is or strain through muslin (the rest you can use for making biscuits, cake or even pesto – please do not throw out!). Keep in the refrigerator – it will last a few days.



O BIELI I NIE TYLKO O NIEJ

Roku pańskiego 1896 Henri Marie Raymond de Toulouse-Lautrec-Monfa napisał list do swojej matki, w którym poinformował ją, iż znalazł mieszkanie w Paryżu i że jest w nim szczęśliwy.

Roku pańskiego 1897 zrobił litografię, zatytułowaną „Zaproszenie na szklankę mleka” i rozesłał do swoich przyjaciół. Praca ta stanowiła swoistą satyrę, będącą reakcją Henryka na nowo otwarty bar mleczny we francuskiej stolicy. Mleko?! Nie, nie! W mleku Henri nie gustował!

Roku pańskiego 1962 Anthony Burgess napisał „Mechaniczną pomarańczę”, a 7 lat później Stanley Kubrick zrobił kultowy film o tym samym tytule. Moloko i Korova Bar przyszły na świat! Nie tylko z białym mlekiem, ale i inną ingrediencją o tym samym kolorze…

Roku pańskiego 1966 Andy Warhol nakręcił film „Więcej mleka”.

Roku Pańskiego 2010 James White namalował „Milk and stuff”.

Aż w końcu roku pańskiego 2015, w lutym, przyszedł śnieg i zaczarował świat wokół. Wessał mnie w swoją biel i zaczarował. Spojrzałam w dal. Gdzieś tam był orzech, ogromne drzewo, dające co roku największe orzechy tego świata. Postanowiłam zrobić Białe. Białe Nie-Mleko. Bo skoro orzechy zdarzyłam już przerabiać na ciasta, ciasteczka, pesto, przekąski, dodatki do sałat, to przecież mogę zrobić z nich mleko dla tych, którzy krowiego nie mogą lub pić nie chcą. Dla Leo – mojego małego przyjaciela (www.leoblog.pl).

MLEKO ORZECHOWE DLA LEO

– 1 szkl obranych orzechów włoskich, namoczonych przez noc
– 2-3 szkl zimnej wody
– opcjonalnie: sól, miód, wanilia lub sproszkowane ziarna tonka

Zmiksuj orzechy na pastę, powoli dodawaj wodę, aż płyn będzie aksamitny.
Pij od razu lub przecedź (nie wyrzucaj resztek, możesz wykorzystać je do zrobienia pesto lub upieczenia ciasta!). Przechowuj w lodówce nie więcej niż kilka dni.

eng

 

About locals, non-locals, Max Weber, strangers and two pears

above / powyżej: MAX WEBER “TWO PEARS / DWIE GRUSZKI” litograph/litografia 1930-32; from/z MOMA


pl

I’m a big fan of local food. But what does it mean in my case? What is “local” for me? I’m a stranger living in four countries, two houses, three flats and one boat (unfortunately none of them are mine). “You don’t need to be local to feel local” – as I read last week in The Queen’s City. So here I am – sometimes local, sometimes non-local, but with a local feeling!

Max Weber was born in 1881 in Białystok to a Jewish family. Polish treat him as a Polish artist, because now Białystok is a Polish city. However in 1881 Poland didn’t exist and it was a part of the Russian Empire. In addition Weber emigrated to the USA, where he was the first to introduce  cubism. He also  spent a lot of time in France. Who was he then? For those who like to put labels on (and who aren’t Poles) he was just simply a Russia born Jewish-American! Simple as that! What did he write when filling out papers and seeing “nationality”? Where did he feel “ at home”? I truly believe that it was everywhere. These kind of “wandering souls” find home in any place. They just have an ability to domesticate it. They are locals in any latitude. And with two pears!

And what about “local” food? I took from my neighbour’s tree some pears. Nobody in our village seems to pick up fruit and it is good! It is good for me! I can take anything I want – apples, pears, plums, crab apples, quince and hazelnuts (walnuts I have in my garden). This autumn wasn’t a great season for fruit, but I managed to find some, including pears. Beautifully shaped and sweet… Heaven! Till that moment they were local, weren’t they? But (always there is a but!) I took them on My Long Trip, we traveled together a few thousand kilometres. We had rain, snow, wind and finally sun. Are they still “local” today, being so far away from their home pear tree?

In my opinion yes, they are, because they feel like it! And today I found two of them, hiding at the bottom of a basket somewhere in the larder.

The original recipe “Cooked pears” sounds quite boring to me, to be honest. Just cook pears in water with sugar? No, not for me! First of all I’m not a big fan of white sugar. Second of all – I’m not a fan of boiled things, in my opinion they lose plenty of flavor and goodness in the water and after I need to use this flavored water for something else. Having local-non-local pears I went to the garden to pick up some rosemary. And I ran to buy some great local cheese from the Kingdom – The Great Stilton.

PEARS WITH STILTON, ROSEMARY AND POMEGRANATE SEEDS
(inspired by Toulouse-Lautrec and Joyant)

– 2 pears
– acacia honey or any different honey you have (local or stranger – you choose)
– Stilton cheese (in my case today, because one month ago it would’ve been Roquefort)
– fresh rosemary (always local!)
– one pomegranate (local or stranger?, if you are i.e. in Turkey now, it will be  perfectly local!)
– olive oil (today non-local, half a year before – absolutely truly local for me!)
– a little butter

Heat a pan, add a little olive oil. Put in unpeeled, but quartered pears without the cores. Fry them gently changing sides. Add some butter to obtain a golden colour. At the end pour on honey and add rosemary. If it’s needed, add some water to make steam, helping the pears to cook, it will also make a nice sauce full of flavors. Take off the flame and add the pieces of Stilton cheese and pomegranate seeds.

Eat hot or warm, preferably with a glass of cold white wine – local or not, possibly bought in a local shop. You can also eat it, drinking good cava, prosecco or champagne. I recommend you the organic prosecco “Brut And The Beast”, which I drunk in Franco Manca in London, eating great pizza with wild mushrooms, but you can buy it / drink it too in Warsaw in the small vegetarian bistro, Eden. This is The Prosecco to write a book about…my number one (while drinking it, please breathe slowly and deeply, you will discover new flavors, I promise). Now having The Beast in your fridge, prepare pears. Enjoy your life!



O LOKALSACH, OBCYCH, MAXIE WEBERZE I DWÓCH GRUSZKACH

Jestem fanką lokalnych produktów, z tym, że mam problem z lokalnym patriotyzmem. Czymże jest dla mnie owo „lokalne”? Mieszkając pomiędzy czterema krajami, dwoma domami, trzema mieszkaniami i jedną łodzią (niestety nic z tych dóbr nie należy do mnie), trudno jest uznać, że coś jest lokalne lub nie. Ja sama przecież lokalną być nie mogę, bo jestem obcą! Jakże więc potraktować mam jabłka z przydrożnej jabłoni, zebrane tydzień temu, zabrane w podróż daleką? Czy po tysiącach kilometrów, spędzonych w bagażniku, szarlotka będzie z lokalnych produktów? Czy cudownie obłędne dwie gruszki, zerwane u sąsiadów, po przelocie do innej krainy, będą lokalnym produktem? Czy ja-obca z obcą-gruszką, ale tydzień temu jeszcze lokalną, będziemy jeszcze w jakikolwiek sposób swojskie? A może już na wieki pozostaniemy lokalne-obce? Max Weber urodził się w 1881 roku w Białymstoku w żydowskiej rodzinie. Przez Polaków uważany jest więc za polskiego artystę. Problem w tym, iż w 1881 roku Polska nie istniała na mapie, a Białystok należał do Cesarstwa Rosyjskiego. Na dodatek Weber wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie stał się prekursorem kubizmu, sporo też czasu spędził we Francji. Kim był? Dla lubiących szufladki był amerykańskim Żydem rosyjskiego pochodzenia. Co wpisywał w rubryce „narodowość”? Gdzie czuł się jak u siebie w domu? Śmiem wierzyć, że wszędzie. Takie „wędrujące dusze” odnajdują dom w każdym miejscu, po prostu oswajając je – lokalsi pod każdą szerokością geograficzną. W dodatku z dwoma gruszkami!

Podobno „bycie lokalsem” jednoznaczne jest z „czuciem się lokalsem”. Zebrane więc przez mnie owoce, oliwa z oliwek z wybrzeża, które jeszcze pół roku temu było moim domem, czy ryż z pól, które były moim sąsiedztwem, my wszyscy CZUJEMY SIĘ lokalsami. Jesteśmy więc nimi! I równocześnie witamy z otwartymi rękoma (czy też gałęźmi lub łodyżkami) wszystkich obcych, bo nimi też się równocześnie czujemy.

W oryginalnym przepisie na Henrykowe gruszki świat wydał mi się nieco nudnawy. Czymże jest w końcu ugotowanie gruszek w wodzie z cukrem? Cóż, niczym więcej jak … ugotowaniem gruszek w wodzie z cukrem! Gdzie miejsce na wyobraźnię? Przecież nie w wodzie z cukrem białym! Przecież nie w wygotowaniu aromatu i słodkości owoców w lepkim roztworze!

Będąc posiadaczką lokalnych-obcych gruszek, powędrowałam do ogrodu zerwać rozmaryn. Następnie udałam się po cudowny ser – fantastyczny angielski Stilton! I zabrałam się do roboty.

GRUSZKI ZE STILTONEM, ROZMARYNEM I GRANATEM (inspiracja: Toulouse-Lautrec, Joyant)

– 2 gruszki (lokalne-obce)
– miód akacjowy lub jakikolwiek inny (lokalny lub obcy – do wyboru)
– Stilton (lokalny dzisiaj, bo kilka dni temu byłby to roquefort)
– rozmaryn (zawsze świeżo zerwany z jakiegoś mniej lub bardziej przypadkowego krzaka)
– 1 granat (lokalny dla np. przebywających w Turcji)
– oliwa z oliwek (dziś obca, 6 miesięcy temu lokalna)
– odrobina masła (lokalne lub obce)

Pokrój gruszki na ćwiartki, pozbądź się gniazd. Nie obieraj owoców, skórki są bardzo zdrowe i dzięki nim gruszki nie rozpadną się. Na rozgrzaną patelnię wlej oliwę z oliwek. Wrzuć poćwiartowane gruszki. Podsmaż je z każdej strony. Dodaj masło i poczekaj, aż się zezłocą. Dodaj trochę miodu i rozmaryn. Jeśli potrzeba, wlej odrobinę wody (utworzona para pomoże owocom zmięknąć i stworzy cudowny sos).
Podawaj ciepłe lub gorące nawet, z serem stilton i owocami granatu. Do tego kieliszek schłodzonego białego wina – lokalnego czy nie, ale zakupionego prawdopodobnie w lokalnym sklepie.

Zamiast wina możesz wypić prosecco, a jeśli jesteś akurat w Londynie, to proszę – idź do pizzerii Franco Manca, zjedź pizzę z grzybami, kup na wynos genialnegenialnegenialne prosecco Brut And The Beast*, które jest moim ostatnim odkryciem i wielką miłością, które należy pić powoli, głęboko oddychając, by odkryć nowe pokłady smaku.

Nie mając jednak Bestii w lodówce i nie zjadłszy pizzy, należy wrócić do gruszek i rozkoszować się życiem! Smacznego!

*UPDATE 06/2020: Brut And The Beast możecie nabyć w świetnym Eden Bistro (kuchnia wegańska i wegetariańska) w Warszawie! (ul. Jakubowska 16)!

eng